Celebrity fiction, czyli gwiazdy piszą. Jak im to wychodzi?

Udane debiuty celebrytów
8 minut czytania
432
0
Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk
26 października 2017
Matteo Chinellato/Shutterstock.com

Co łączy Carę Delevingne, Toma Hanksa i Pablopavo? Cała trójka zadebiutowała niedawno w roli pisarzy. I to udanie.

Nazwisko celebryty na okładce ma przede wszystkim przyciągnąć uwagę czytelników. Zawartość książki w zasadzie nie ma większego znaczenia: czy będzie to autobiografia, poradnik zdrowego odżywiania, garść światłych wskazówek życiowych czy wspomnienia z wakacji w egzotycznych krajach – wszystko jedno, byle zarobić jeszcze parę groszy na popularności filmowej lub telewizyjnej gwiazdki. Piszą więc aktorzy i prezenterzy telewizyjni, piszą sportowcy i bohaterowie skandali, uczestnicy reality shows i ci, którzy przypadkiem znaleźli się na chwilę w centrum publicznej uwagi. „Piszą” to zazwyczaj słowo umowne, tę ciężką pracę zazwyczaj w pocie czoła wykonują ghostwriterzy, anonimowi, za to całkiem przyzwoicie wynagradzani. Andrew Crofts, jeden z najbardziej znanych brytyjskich ghostwriterów, podawał, że stawka za dzień pracy waha się od stu do tysiąca funtów, zależnie od tego, w czyim imieniu i jaką książkę się pisze.

Zostawmy jednak ghostwriterów z boku. Zostawmy autobiografie (choć wśród nich znalazłoby się sporo wartościowych książek, ot choćby wydane także u nas „Born to Run” Bruce’a Springsteena czy „Nie taka dziewczyna” Leny Dunham), pamiętniki, wywiady rzeki, poradniki, książki kucharskie (ta od Gwyneth Paltrow jest całkiem udana) i przewodniki po świecie popkultury. I sprawdźmy, którzy celebryci naprawdę potrafią pisać.

Cara

Jest wziętą modelką, coraz popularniejszą aktorką, chętnie angażuje się w akcje charytatywne – co dla celebryty dbającego o publiczny wizerunek jest dziś obowiązkiem – a teraz zadebiutowała jako pisarka. Cara Delevingne przebojem wdarła się do wyobraźni masowej publiczności, a teraz chce udowodnić, że ma do pokazania więcej niż role w „Legionie samobójców” czy „Valerianie i Mieście Tysiąca Planet”. Powieścią „Mirror Mirror” (w Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Jaguar w przekładzie Zuzanny Byczek) próbuje wszystkim odrzuconym, samotnym, niedostosowanym do społecznych wymogów dzieciakom powiedzieć: nie jesteście same/sami.

„Mirror Mirror” jest nie jest może arcydziełem, ale to ważna książka

Jako dziecko czułam się dziwna i inna, a to było coś, czego nie rozumiałam i czego nie potrafiłam wyrazić – mówiła Delevingne w rozmowie z serwisem Net-A-Porter. Choć wychowywała się w dość zgodnej rodzinie, zawsze czuła się wyalienowana. – Nastolatki potrafią być bardzo okrutne. Nie interesowałam się tym, czym moi popularni znajomi – opowiadała. – Czułam się wyobcowana i samotna, zastanawiałam się, co ze mną nie tak. Chciałam, żeby ludzie mnie kochali, więc nie czułam wobec nich gniewu, ale ten gniew skierowałam przeciwko sobie samej.

W szkole przeszła załamanie nerwowe, miała myśli samobójcze, wreszcie trafiła na leczenie. Do swoich doświadczeń wróciła po latach w powieści „Mirror Mirror”, choć, jak zastrzega, nie jest to biografia, lecz książka, którą „musiała napisać”.

Historia czworga nastolatków, zmagających się z odrzuceniem, nieszczęśliwą miłością, próbą znalezienia własnego ja i innymi wyzwaniami wieku dojrzewania nie jest prozatorskim arcydziełem, ale to ważna książka. Bo Cara Delevingne potrafi własne doświadczenia przełożyć na literacką fikcję, nie boi się trudnych tematów ani ulicznego języka. „Mirror Mirror” (tytuł to jednocześnie nazwa zespołu, w którym grają bohaterowie książki) to nie perypetie młodych, pięknych i bogatych, lecz realne problemy, z którymi mierzyć się może każdy współczesny nastolatek: od dorastania w rodzinie alkoholików po homofobię rówieśników. Czytając pomińcie jedynie wstęp, który mogliby napisać do spółki Paolo Coelho z dowolnym coachem („Poznaj swoje mocne strony i uświadom sobie, że masz siłę, by zmieniać świat”), bo dalej jest tylko lepiej.

To jednak zasługa nie tylko Cary Delevingne, lecz także współpracującej z nią brytyjskiej pisarki Rowan Coleman – to ona nadała powieści ostateczny szlif.

Delevingne nie jest pierwszą celebrytką, która próbuje swoich sił w prozie dla młodych czytelników. Sukces w tej dziedzinie odniósł bez wątpienia Colin Meloy, lider rockowej grupy The Decemberists i autor świetnego, trzyczęściowego „Uroczyska”. Na drugim końcu skali można zaś umieścić Macauleya Culkina z jego „Juniorem” – ni to powieścią, ni pamiętnikiem, raczej zbiorem luźnych (i bardzo bełkotliwych) zapisków i bazgrołów. Krytyk Kirkus Review napisał, że dawny gwiazdor „zdołał obniżyć i tak już nisko zawieszoną poprzeczkę dla piszących celebrytów”.

Tom

Tego pana nikomu przedstawiać nie trzeba. Dwukrotny laureat Oscara i zdobywca kilkudziesięciu innych nagród. Ulubieniec Stevena Spielberga. Reżyser, producent, scenarzysta. Forrest Gump, Robert Langdon i kowboj Chudy (tylko jeśli oglądaliście „Toy Story” w oryginale). Od niedawna także pisarz. Tom Hanks publikował swoje ciepło przyjęte przez czytelników opowiadania na łamach New Yorkera i The New York Times, wcześniej o porady prosząc swoją przyjaciółkę Norę Ephron. Najważniejszą, jaką od niej otrzymał, była ta – prawdę mówiąc, niezbyt oryginalna – by mówił własnym głosem.

I w zbiorze „Kolekcja nietypowych zdarzeń” (tłum. Patryk Gołębiowski, wyd. Wielka Litera) ten głos słychać. Hanks jako pisarz bywa ironiczny, czasami złośliwy – jak w „Balandze w Mieście Świateł”, przedstawiającej niedole gwiazdora promującego nowy film – jednak najczęściej jest nostalgiczny. Pisze o zwyczajnych ludziach, rzeczach, marzeniach. Nieśmiało eksploruje różne prozatorskie gatunki, czasami wraca do ulubionych bohaterów, a jego książka jest taka, jak stereotypowe wyobrażenie o Hanksie: sympatyczna. – Grałem w filmie kata. A potem dziennikarz mi mówi: Tak, ale byłeś miłym katem. To nie było fajne grać gościa, którego robota polega na uśmiercaniu ludzi. W „Drodze do zatracenia” grałem faceta, który strzelił człowiekowi w głowę. I wiesz, co mi powiedzieli? „Tak, ale zastrzeliłeś go ze słusznego powodu” – rozmawiając z dziennikarzem New York Timesa Hanks nie ukrywał irytacji z powodu aktorskiego zaszufladkowania. Ale przyznawał jednocześnie, że jako pisarza nie interesuje go badanie mroków ludzkiej duszy. Wśród pisarzy, którzy go inspirują, wymienia zarówno Czechowa, jak i autora szpiegowskich thrillerów Philipa Kerra, ale sam woli opisywać trochę tylko niezwyczajną codzienność.

Wcześniej Hanks publikował swoje opowiadania na łamach New Yorkera i The New York Times

A z „Kolekcją nietypowych zdarzeń” dołączył do całkiem licznego grona aktorów i reżyserów mierzących się z poważną prozą. Od Woody’ego Allena („Nie tylko nie ma boga, ale spróbujcie w weekend złapać hydraulika”, pisał w „Wyrównać rachunki”), przez Carrie Fisher, po tych, których literackie próby krytycy przyjmowali z mniejszą wyrozumiałością, jak Ethan Hawke czy James Franco („Franco, człowiek renesansu, ma na koncie kilka publikacji. Wszystkie są równie żenujące”, donosił The Huffington Post).

Paweł

Być może Pablopavo obrazi się za umieszczenie go w kategorii „celebryci”, ale trudno – spełnia podstawowe warunki: nie jest zawodowym pisarzem, a wymierną popularność zdobył jako muzyk. Jego „Mikrotyki”, zbiór krótkich opowiadań wydanych niedawno przez Czarne, to literackie złoto. Nic w tym dziwnego: w końcu Pablopavo jest doskonałym tekściarzem, teraz okazał się równie doskonałym opowiadaczem. Choć właściwie opowiadaczem okazał się Paweł Sołtys, na okładce nie ma jego scenicznego pseudonimu, jakby autor chciał się choćby na chwilę zdystansować od swojego muzycznego wizerunku.

„Mikrotyki” zachwycają i budzą zawiść: że można pisać tak precyzyjnie i tak poetycko jednocześnie. Że można z zakamarków pamięci przywołać wydarzenia błahe, a zarazem znaczące. Że można życie opisać paczkami wypalanych papierosów, a każda przywołuje konkretne wspomnienia i emocje. Że można odnaleźć piękno w zadymionej spelunie, między blokami na Stegnach, w „badyliadzie na rogu Bonifacego i Sobieskiego”. – W literaturze nie masz się za czym schować. W piosence jest muzyka, która pomaga, niesie, daje nastrój i buduje emocje. W opowiadaniu masz tylko tekst. Kartkę, literki i czytelnika, jeśli jakiś się znajdzie. Próbujesz opowiedzieć mu historię, i w dodatku, przynajmniej ja tak myślę o literaturze, musisz opowiedzieć mu ją tak, żeby to było piękne – mówił Pablopavo w wywiadzie dla Gazeta.pl. I opowiada, najpiękniej jak potrafi.

Fragment okładki książki Pawła Sołtysa (czyli Pablopavo), który okazuje się doskonałym opowiadaczem

To kolejny – po powieści Natalii Fiedorczuk „Jak pokochać centra handlowe” – udany literacki debiut autora związanego z niezależną sceną muzyczną. I być może to jest trop, którym powinni podążać szukający nowych nazwisk wydawcy? Nie brakuje w Polsce muzyków, którzy piszą świetne teksty, wystarczy rzucić okiem (uchem?) na scenę hiphopową. Łona, Pjus, Ten Typ Mes – nie mam pojęcia, czy poradziliby sobie z dłuższą formą literacką. Ale ewentualna próba byłaby bez wątpienia warta uwagi.

Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk

Dziennikarz i redaktor „Dziennika Gazety Prawnej”, współpracownik „Urody Życia”, „Noise Magazine”, a od czasu do czasu także serwisu naEKRANIE.pl. Widz, czytelnik, słuchacz – w tej właśnie kolejności. Lubi to i tamto, a zwłaszcza Muminki i Hellboya. Nie zjada zwierząt (nachalna promocja wegetarianizmu).


AUTOR

Polecamy

Komentarze