Czarny wtorek. Konflikt o aborcję (i nie tylko) rok później

Czy są powody, by prostestować?
10 minut czytania
1160
1
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
2 października 2017
fot. praszkiewicz / Shutterstock.com

3 października mija rok od Czarnego poniedziałku i od Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. W tym roku czeka na nas Czarny wtorek. Co zmieniło się przez ten czas? Mam wrażenie, że niewiele.

Z perspektywy czasu „Czarne protesty” postrzegane są głównie jako wyraz sprzeciwu wobec ewentualnego zaostrzenia przepisów dotyczących możliwości dokonania aborcji, ewentualnie jako forma walki o równouprawnienie.

Czarny poniedziałek

Rok temu, 3 października było tak, że w ramach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet na ulicach pojawiły się tysiące ludzi w około 150 polskich miastach i w 60 za granicą. Udział w proteście można było manifestować na różne sposoby. Były czarne parasolki i ubrania, część osób nie stawiła się tego dnia w pracy, większość po prostu maszerowała w tłumie innych protestujących.

W ramach różnych akcji można było też przy okazji zadeklarować swój sprzeciw wobec całkowitego zakazu aborcji robiąc coś dobrego – oddając krew, pomagając zwierzętom etc. Niektórzy zdecydowali się na grafikę w social media z logotypem i datą strajku lub rysunkiem kobiecego układu rozrodczego pokazującego środkowy palec. Protestowali nie tylko zwolennicy aborcji, ale przede wszystkim te osoby, które nie chciały, by zostało zaostrzone obecne prawo oparte na tak zwanym kompromisie. W skrócie, zareagowali ci, których poruszyło (odpowiednio: przeraziło / oburzyło / zaniepokoiło / wkurzyło), że sejm rozpatruje ustawę wprowadzającą niemal całkowity zakaz przerywania ciąży. Dla przypomnienia projekt ustawy, który wywołał tyle emocji.

W ramach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet na ulicach pojawiły się tysiące ludzi w około 150 polskich miastach i w 60 za granicą (fot. Cinematographer/Shutterstock.com)

Plan ratunkowy?

W rocznicę zeszłorocznej hecy odbędą się marsze i demonstracje w całej Polsce i poza jej granicami. Podczas tych październikowych manifestacji o nazwie „Czarny wtorek – wielka zbiórka” będą zbierane podpisy pod projektem ustawy stworzonym przez Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Ratujmy Kobiety”.

Jeden z jego najważniejszych postulatów to umożliwienie każdej kobiecie dokonania legalnej aborcji do 12 tygodnia ciąży, niezależnie od tego jaka jest przyczyna jej decyzji. Dodatkowo przerwanie ciąży w przypadku, gdy zagraża życiu lub zdrowiu kobiety lub też gdy uszkodzenie płodu uniemożliwia mu życie poza organizmem matki miałoby być możliwe w każdej chwili. Autorzy dokumentu postulują również wprowadzenie do szkół podstawowych „Przygotowania do życia w rodzinie i w społeczeństwie” oraz „Wiedzy o seksualności człowieka”. Na tym nie koniec. Gdyby ustawa weszła w życie tzw. pigułka dzień po, byłaby dostępna bez recepty, a placówki i podmioty, które mają umowę z NFZ musiałyby upubliczniać listy lekarzy, którzy podpisali się pod klauzulą sumienia. Po więcej szczegółów odsyłam do pełnego tekstu ustawy o prawach kobiet i świadomym macierzyństwie.

“Rok temu, 3/10/2016, w Czarny Poniedziałek, dzień Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, ok. 250 000 osób wyszło na ulice […] protestując przeciwko procedowanemu przez Sejm barbarzyńskiemu projektowi całkowitego zakazu aborcji. […] Był to wówczas największy, jeśli chodzi o zasięg terytorialny, protest społeczny po 1989 roku, i jedyny, który zmusił PiS do zrobienia kroku w tył.  Wychodzimy nie tylko po to, żeby wspominać. Nie tylko po to, żeby pokazać siłę, która wtedy się w nas obudziła. W tym roku wychodzimy, bo nie składamy parasolek. Wychodzimy, bo nie odpuszczamy. Wychodzimy, bo walka nadal trwa – organizacje antykobiece szykują kolejne projekty odebrania nam wolności i godności i zbierają pod nimi podpisy, w tym za całkowitym zakazem aborcji” – możemy przeczytać na wydarzeniu Facebookowym deklaracje organizatorek. Tam też udział we wtorkowym marszu z parasolką zapowiada 3,7 tys użytkowników, a kolejne 9 tys. jest zainteresowanych akcją. Frekwencja maleńka w porównaniu z zeszłorocznym zrywem.

Nie ma sensu protestować?

Przeprowadziłam szybkie “testy korytarzowe”. Zapytałam kilku osób, które 12 miesięcy temu emocjonowały się całą sprawą, czy słyszały, że w tym roku mamy czarny wtorek. Większość nie miała o tym pojęcia, ewentualnie kojarzyli zbieranie podpisów pod jakąś ustawą.

W tym roku zaangażowanie wydaje się znacznie mniejsze, co w zasadzie nie dziwi. Do działania nie motywuje już kontrowersyjna ustawa, która ma szansę wejść w życie. Nie ma wspólnego wroga, którego można pokonać tylko wspólnymi siłami. Wygląda również na to, że dużej części społeczeństwa obecne rozwiązanie ustawodawcze po prostu odpowiada. W komunikacie z badań CBOS (Dopuszczalność aborcji w różnych sytuacjach) czytamy, że “większość Polaków jest zdania, że aborcja powinna być dopuszczalna w sytuacji, gdy ciąża zagraża życiu matki (84 proc.), jej zdrowiu (76 proc.) oraz gdy ciąża jest wynikiem gwałtu (74 proc.)”. Najmniej przychylnym okiem patrzymy na terminację ciąży ze względu na złą sytuację materialną lub osobistą matki. Dla większości fakt, że kobieta po prostu nie chce mieć dziecka również nie powinien być argumentem za przerwaniem ciąży.

Wszystko wskazuje na to, że jeszcze przez pewien czas przepisy dotyczące przerywania ciąży się nie zmienią, choć gdybym miała wskazywać kierunek w jakim pójdziemy, to pewnie byłaby nim liberalizacja.

Udział we wtorkowym marszu z parasolką zapowiada 3,7 tys użytkowników, a kolejne 9 tys. jest zainteresowanych akcją (fot. Cinematographer/Shutterstock.com)

Dodatkowo taki mamy klimat, że w polskim społeczeństwie panuje przekonanie, przede wszystkim wśród mężczyzn, że kobiety w naszym kraju mają się dobrze i nie są dyskryminowane. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Szczerze mówiąc nigdy jakoś szczególnie nie dano mi odczuć gorszego traktowania ze względu na płeć, ale może po prostu nie zwróciłam na to uwagi, a może miałam szczęście. Nigdy też nie zostałam okradziona przez kieszonkowca, a takie sytuacje się zdarzają i to całkiem często.

Lewackie darmozjady czy obywatelski sprzeciw?

Większość Polaków (58 proc.) poparła “czarne” protesty, chociaż była też spora część (około 26 proc.) społeczeństwa była im przeciwna. Tym, co szczególnie interesująco prezentuje się w badaniach opinii społecznej na ten temat, (Polacy o prawach kobiet, „czarnych protestach” i prawie aborcyjnym) przeprowadzonych w listopadzie zeszłego roku, są dane, które pozwalają lepiej zrozumieć kim są zwolennicy, jak i przeciwnicy październikowych manifestacji oraz co nimi kieruje.

Wśród osób, które poparły “czarne” protesty można znaleźć przede wszystkim elektorat SLD, PO czy Nowoczesnej. Liczną grupę stanowili też potencjalni wyborcy PSL i Kukiz’15, a co ciekawe choć krytyczni wobec protestów są w większości zwolennicy PiS, to również w tej grupie więcej niż jedna czwarta popiera październikowe manifestacje.

Mam jednak wrażenie, że strajk wymknął się w pewnym stopniu upolitycznieniu i przybrał przede wszystkim formę sprzeciwu wobec idei.  “Więcej niż co dziesiąta osoba popierająca „czarne protesty” (11 proc.) robiła to z pobudek o charakterze obywatelskim, definiując demonstracje jako uznaną w demokracji formę komunikowania się społeczeństwa z rządzącymi i wyraz przysługującego wszystkim obywatelom prawa do wolności wypowiedzi”. Wśród głównych powodów poparcia akcji uczestnicy wskazywali solidaryzm z kobietami i chęć obrony ich prawa do decydowania o sobie, a także sprzeciw wobec dyskryminacji.

Po drugiej stronie sporu motywy działań były bardziej zróżnicowane, a czasem wręcz niejasne.Jak pokazuje raport część osób wyrażała dezaprobatę wobec protestów mówiąc o bałaganie, chaosie i głupocie. Rzeczywiście sporo się działo. Zdarzyły się też wypowiedzi, w których krytykujący demonstracje posunęli się do opisania protestujących jako „darmozjadów, hołoty, lewaków i bezbożników”.

Zarówno rok temu, jak i teraz, pojawiają się zarzuty dotyczące politycznego, mimo wszystko, charakteru protestów, które – zdaniem ich przeciwników – mają zaszkodzić rządowi, a były inspirowane przez opozycję. Co dość zaskakujące, przynajmniej dla mnie, wśród przeciwników manifestacji znalazło się niewiele osób, które uzasadniały swoje zdanie poparciem idei „pro life”.

Moja racja jest mojsza

Niby każdy ma prawo do swojego zdania, ale mam wrażenie, że tylko tak długo jak zachowuje je dla siebie lub gdy się z nami zgadza. Wystarczy zerknąć na komentarze pod postami lub artykułami w sieci. Najlepiej zapomnieć, że racjonalne argumenty mają tu znaczenie. Uwielbiamy oceniać innych. Jeśli nie jesteś za aborcją to usłyszysz, że jesteś zacofanym pisiorem i pewnie wierzysz, że ziemia jest płaska. Gdy popierasz możliwość przerywania ciąży “na życzenie” jesteś egoistką bez moralności, która wie jak wejść komuś do łóżka, ale na odpowiedzialność za dziecko to już nie ma ochoty.

Większość Polaków – 58 proc. – poparła “czarne” protesty (fot. praszkiewicz/Shutterstock.com)

Co najbardziej podnosi mi ciśnienie? Gdy ktoś ze stuprocentową pewnością i w kategorii absolutu wypowiada się na tematy, o których nieszczególnie ma pojęcie. Regularnie okazuje się, że świat pęka w szwach od ekspertów w temacie prawa, polityki, ustawodawstwa, edukacji, medycyny i wychowania dzieci. Nie mam też ciepła w sercu dla osób, które są przekonane, że mają rację i nawet nie rozpatrzą zmiany zdania, gdy się im udowodni, że jednak mogą się mylić.  Nie odmawiam nikomu prawa do własnej opinii, bo to świetna sprawa mieć własne zdanie i umieć go bronić, ale naprawdę byłoby klawo, gdybyśmy brali pod uwagę, że inni ludzie mogą mieć odmienny światopogląd, a co więcej – nadal być w porządku.

Nie umiemy rozmawiać spokojnie o aborcji. Tak na marginesie to o in vitro, eutanazji, homoseksualnych małżeństwach i adoptowaniu dzieci przez partnerów tej samej płci też idzie nam kiepsko. Wydaje mi się, że my ludzie lubimy i w pewnym sensie potrzebujemy myśleć w kategoriach dobra i zła. Zawsze musi być pozytywny bohater i czarny charakter, ale przecież świat nie jest czarno – biały. Po obu stronach aborcyjnej barykady są dobrzy ludzie. Czemu nie spróbują się ze sobą po ludzku dogadać?

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska

Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.


AUTOR

Komentarze