Czy rewolucja seksualna pożera swoje dzieci? Odpowiadam Rafałowi Ziemkiewiczowi

Kosmate myśli pana Rafała
6 minut czytania
3701
7
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
30 października 2017
fot. By Adrian Grycuk, CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons

Rafał Ziemkiewicz napisał, odnosząc się do afery Weinsteina i akcji #metoo, że oba zjawiska są pokłosiem rewolucji seksualnej, która właśnie pożera swoje dzieci. Ponieważ, jak wiadomo, przed rewolucją seksualną lat 60. i 70. żaden bogaty i wpływowy mężczyzna nigdy nie wykorzystał swojej władzy nad kobietą, zmuszając ją do seksu. Żodyn. Molestowania też właściwie nie było, bo co to za molestowanie, że ktoś klepnął babę w tyłek?

Akcja #metoo mocno uwiera wiele osób. I dobrze, niech uwiera. Niech się na ten temat dyskutuje i spiera, niech się tego tematu nie spycha w mroczne “o tym się nie mówi, bo nie wypada”. Argumentacja w stylu “ach, wszystko przez to lewackie rozluźnienie obyczajów, bo kiedyś to było nie do pomyślenia, by ktoś publicznie nagabywał czy molestował kobietę” należy zaś do żelaznego repertuaru oponentów.

Kobiety nie czerpią z seksu przyjemności

Radośnie zamiatają w ten sposób pod dywan wszelkie nadużycia seksualne (gwałty małżeńskie, zmuszanie do seksu panien służących czy pracownic, zadzieranie spódnic chłopkom), bo “takie były czasy”. Takie były czasy, że kobieta i jej seksualność stanowiły temat tabu. Uważano na przykład, że “normalne” kobiety nie czerpią z seksu przyjemności (tę może im dać jedynie macierzyństwo), zaś kobiety, które świadczą usługi seksualne to właściwie nie są w ogóle istoty ludzkie. Przy czym w takiej Warszawie początku XX wieku nawet co trzecia kobieta w wieku od dwudziestu do trzydziestu pięciu lat parała się prostytucją. Czemu? Bo był na nią wielki popyt. Seks, którego nie uprawiało się z cnotliwą narzeczoną, ani zajętą macierzyńskimi obowiązkami żoną, świadczyły wyzute z jakichkolwiek praw prostytutki. No ale kiedyś to było lepiej, prawda? Tylko komu?

“Polegała ona [rewolucja seksualna – przyp. red], generalnie, na tym, żeby po obaleniu „przesądów” rasowych, klasowych i przezwyciężeniu nierówności socjalnych dokonać również „wyzwolenia seksualnego”. Czyli odrzucić wszelkie ograniczenia w tej dziedzinie jako relikt ciemnoty i zacofania czasów słusznie minionych i radośnie uprawiać seks metodą podwórkowych kotów. Jak każda rewolucja, tak i ta czerpała ze swych świętych ksiąg – zwłaszcza były to badania niejakiego Kinseya (delikatnie mówiąc, „podkręcone”, bo robione na ochotnikach – a umówmy się, że ludzie chętni, by uprawiać seks na oczach innych musieli być nieco przesunięci względem normy) (…)”.

Tak scharakteryzował rewolucję seksualną Rafał Ziemkiewicz, myląc przy okazji Kinseya z Mastersem (pierwszy przeprowadził obszerne, ale też słusznie krytykowane za błędy metodologiczne, badanie ankietowe, drugi w dwie dekady później badania laboratoryjne, w których jednak nikt uprawiających seks par nie podglądał, jedynie rejestrowano różnymi przyrządami pomiarowymi reakcje ich organizmów). Prace obu badaczy, zwłaszcza w obszarze dotyczącym seksualności kobiet, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że dziś niemal powszechnie uważamy, iż kobieta ma ma prawo czerpać przyjemność z seksu. Tylko tyle i aż tyle.

Każdy ma prawo do orgazmu?

Napisałam „niemal powszechnie”, bo pan Rafał ironizuje:

“Jednym słowem – >>każdy ma prawo do orgazmu<<, w seksie nie wolno niczego odmawiać ani sobie, ani bliźniemu, jakiekolwiek tłumienie czy ograniczanie naturalnego popędu, uznanego za jedną z głównych sił poruszających człowiekiem, prowadzi do chorób, aberracji i faszyzmu”.

Tak, każdy ma prawo do orgazmu – czy to coś złego, że nagle połowie ludzkości przestano odmawiać takiego prawa? Co do reszty to są to oczywiście wyłącznie wyobrażenia pana Ziemkiewicza, bo pokłosiem badań nad seksualnością człowieka jest m.in. przyjęta przez Światową Organizację Zdrowia Powszechna Deklaracja Praw Seksualnych Człowieka, a jeden z jej punktów brzmi:

“Każdy człowiek ma prawo do kontroli oraz do podejmowania decyzji związanych ze swoją seksualnością oraz ze swoim ciałem w sposób wolny, w tym do dokonywania wyboru zachowań, praktyk, partnerów, relacji i stosunków seksualnych przy jednoczesnym poszanowaniu praw drugiego człowieka”.

Innymi słowy efektem rewolucji seksualnej jest to, że możesz uprawiać seks jeśli chcesz, tak jak chcesz i z tym, z kim chcesz. Ważna jest jednak świadoma zgoda tego kogoś i poszanowanie jego praw i wolności. A jak nie chcesz uprawiać, to nie musisz i nikomu nic do tego.

Wymuszanie seksu, wymuszanie uległości

Co to ma wspólnego z aferą Weinsteina czy akcją #metoo? Ano tyle, że w obu istotny jest aspekt braku zgody na jakieś zachowania seksualne. Weinstein latami wykorzystywał swoją pozycję w środowisku filmowym – aczkolwiek tajemnicą Poliszynela jest, że takich wszechmocnych producentów jest tam co najmniej kilku – by zmuszać uzależnione od jego łaski kobiety do różnych form obcowania seksualnego. Część pewnie świadomie godziła się na nie “dla kariery” i cokolwiek myśleć o ich moralnej postawie, nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia dla Weinsteina. Wymuszanie seksu w zamian za pracę jest przestępstwem, a nazywanie kobiet, które takiemu przymusowi ulegną “kobietami takich a nie innych obyczajów”, jak czyni to Ziemkiewicz, jest co najmniej nadużyciem.

„>>Akcja<< opowiadania wszem i wobec, że >>ja też<<, zrównuje przypadki brutalnego gwałtu czy pedofilii z tym, że ktoś osobę klepnął, gwizdnął na jej widok, mrugnął do niej albo zwyczajnie dotknął” – twierdzi też pan Ziemkiewicz. Nie, nie zrównuje. Pokazuje tylko, że tego niechcianego kontaktu, na który nie wyraziło się zgody jest dużo i nie dotyczy on tylko sytuacji ekstremalnych, jak gwałt. Ale także tego, że ktoś obcy klepnie cię w pośladki, szef obejmie ramieniem, a napalony gość na imprezie włoży bez ostrzeżenia rękę pod bluzkę. Albo jak jesteś dorastająca panienką, to wujek na imieninach u cioci obmaca ci piersi “by sprawdzić czy rosną” (true story – zdarzyła się mnie. I uważam, że nie powinna się zdarzać już nigdy więcej żadnej dorastającej dziewczynce – po to jest akcja #metoo).

Kluczem jest elementarny brak zgody osoby macanej i poklepywanej na takie zachowania. I to, że przyzwolenie na takie traktowanie kobiet jest niemal powszechne (oj bez przesady, jaka krzywda się stała? To już nie można okazać kobiecie zainteresowania?) podczas, gdy trudno wyobrazić sobie analogiczne zachowania wobec mężczyzn czy chłopców. Ciocia macająca nastolatka po przyrodzeniu podczas rodzinnego obiadku? Nie sądzę, by to przeszło bez echa.

Internet zawsze pamięta…

Nie chodzi o seks, chodzi o władzę

“Istota sprawy tkwi w tym, że jeśli nawet nie cała przyjemność płynąca z seksu, to znaczna jej część, płynie z łamania zakazu (kiedyś włożyłem w usta bohaterowi jednej ze swych powieści stwierdzenie, że tylko katolicki ortodoks i fundamentalista może wiedzieć, jaka to przyjemność grzeszyć). Jak wszystko wolno, to się niczego nie chce. Dlatego w całych dziejach ludzkości, nieustannie okresy rozszalałej „rui i poróbstwa” przeplatają się z okresami doprowadzonej do absurdu pruderii”.

Być może ten akapit tekstu pana Rafała (tak, naprawdę strzelił ortografa w słowie “porubstwo”) ujawnia prawdziwe źródło problemu i tych gwałtownych reakcji obronnych przed #metoo. Postrzeganie seksu jako “grzechu” a związanej z nim przyjemności jako “wynikającej ze złamania zakazu” sprawia, że seks staje się czymś mrocznym, złym i pokątnym. Kto go uprawia jest z definicji wyjęty spod prawa, więc nie należy mu się żadna obrona jego osobistej wolności, tylko potępienie.

Oczywiście każdy ma prawo (patrz deklaracja praw seksualnych) definiować sobie seks i swoje potrzeby seksualne, jak chce (o ile nie narusza tym wolności i praw innych osób). Jednak istotą rewolucji seksualnej jest uznanie seksu nie za grzech, a za coś normalnego, co powinno stanowić przestrzeń wolności i zaufania. Dla mnie przyjemność płynąca z seksu w ogóle nie łączy się z przyjemnością łamania jakiegoś zakazu czy dajmy na to przysięgi małżeńskiej, ale każdemu jego porno, jak to mówią.

Jednak byłoby fajnie, gdyby ludzie, którzy mają tak specyficzne potrzeby seksualne nie narzucali swoich upodobań reszcie ludzkości i respektowali jej prawa. Tylko tyle i aż tyle. No, ale przecież tak naprawdę nie o seks tu chodzi, tylko właśnie o władzę nad innymi ludźmi, czyż nie?

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska

Od ponad dziesięciu lat „robi w słowie” jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.

Put on your red shoes and dance the blues.


AUTOR

Polecamy

Komentarze