Drugie sezony, na które czekam (nie tylko tej jesieni)

Seriale dobre, złe i brzydkie
8 minut czytania
881
3
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
5 października 2017
©Netflix

Z drugimi sezonami seriali jest jak z drugą płytą zespołu, którego debiut nam się spodobał – oczekujemy, że będzie w zasadzie to samo, tylko lepiej, więcej, mocniej. Rozczarowania są więc w zasadzie nieuniknione, ale na razie jeszcze możemy żyć nadzieją, że „Stranger Things” wciąż będzie miało ten sam urok nowości, a „Westworld” ucieknie od banału, opowiadając o buncie maszyn.

Jesienne ramówki zawsze pękają w szwach od premier i wielkich powrotów, więc atmosfera oczekiwania wydaje się jak najbardziej na miejscu. Zauważyłam jednak, że czekam nie tylko na te produkcje, które uważam za udane – z niecierpliwością wyglądam również kilku niewątpliwych knotów. Może mam tendencję do samoudręczenia, może tęsknię za moimi guilty pleasures. Albo lubię wygrażać postaciom na ekranie i mówić o nich przykre rzeczy – wiem, niektórzy w tym celu oglądają wiadomości i publicystykę.

„Stranger Things”

Zacznijmy od oczywistości – 27 października na Netfliksie pojawi się wyczekiwana niecierpliwie (nie tylko przeze mnie) kontynuacja naprawdę udanej opowieści o dzieciakach z sąsiedztwa i ich potwornych przygodach. Maestria tego serialu polega na tym, że potrafił wywołać w odpowiednich proporcjach zarówno lekki (no dobrze, miejscami nielekki) dreszczyk, szczery śmiech i jakże przyjemne uczucie nostalgii (ach, ta bezpowrotnie utracona niewinność lat 80.!).

Wszystko wskazuje na to, że drugi sezon zachowa te walory: będą arkadówki, skojarzenia z „Ghost Busters” czy „Opowieściami z krypty” i co tam jeszcze miło smyra nas, czterdziestolatków, po obwodach pamięci. Promujące premierę halloweenowe zdjęcie z szeryfem Hopperem pozwala obiecywać sobie powrót do klimatów z horrorów, które oglądaliśmy w dzieciństwie na zajechanych do niemożliwości kasetach VHS…

Jeśli coś budzi moje obawy, to nie kwestia klimatu, który niemal na pewno uda się utrzymać. Natomiast boję się, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, ani do tego samego świata po drugiej stronie (Alicja może mieć inne zdanie na ten temat) i historia będzie już siłą rzeczy po prostu wtórna w porównaniu z pierwszym sezonem. Mam nadzieję, że bracia Dufferowie znów zdołają nas jednak zaskoczyć, nawet jeśli wiąże się to z ryzykiem spania potem przez kilka nocy przy zapalonym świetle (czemu ono tak mruga?!).

„Riverdale”

Jeszcze zanim dzielni kumple i Jedenastka (wraca, wraca – w dodatku w nowej fryzurze, co podkreślają wszystkie newsy, jako naprawdę Bardzo Istotną Wiadomość) staną do walki z czającym się w mroku złem, ja zanurzę się w innym wielowarstwowym fikcyjnym światku. 12 października premierę drugiego sezonu będzie mieć produkcja stacji CW, słusznie ochrzczona przez krytyków mianem „Teen Peaks”.

Koncept wydaje się karkołomny: to połączenie klasycznego teenage drama o nastoletnich ansach i amorach z bardzo, bardzo czarnym kryminałem, w którym morderstwo, kazirodztwo, przekupstwo i zdrada czai się na każdym kroku. W dodatku serial w dość bezceremonialny sposób wykorzystuje postaci obecne w amerykańskiej popkulturze od lat 40. – komiksowych bohaterów, takich jak Archie Andrews, Betty Cooper czy Veronica Lodge.

Aby bohaterów uwspółcześnić i uczynić atrakcyjnymi dla obecnych (nie tylko) nastoletnich odbiorców, serial poddaje ich dość ostremu liftingowi, po którym bezpowrotnie tracą znaną z klasycznych komiksów niewinność i ujmującą naiwność. Ma to posmak szargania popkulturowych świętości. To jak by nakręcić film o Charliem Brownie z „Fistaszków”, w którym Charlie, zamiast hamletyzować po swojemu, wreszcie bzyka się z Małą Rudą Dziewczynką. A potem wrzuca o tym post na fejsa…

Mnie ten serial kupił nie tylko pomysłowymi reinterpretacjami i rudowłosym wdziękiem odtwórcy głównej roli (staram się nie myśleć o tym, że nowozelandzki aktor KJ Apa jest ode mnie o 20 lat młodszy), ale przede wszystkim inteligentną narracją, która bierze całość w gatunkowy nawias, a przy tym skupia uwagę na prawdziwych emocjach, których nie brakuje w życiu żadnego nastolatka.

Od czasów mojej ukochanej „Veroniki Mars” i jej metanawiązań do stylistyki noir żadna produkcja, bawiąca się konwencją filmu o amerykańskiej młodzieży, nie przemówiła do mnie tak, jak „Riverdale”. Mam nadzieję, że drugi sezon udźwignie ciężar moich oczekiwań (przypominam sobie kretyński drugi sezon „Veroniki” i drżę…).

„Trzynaście powodów”

Skoro jesteśmy przy nastoletnich Weltschmerzach, to pora wspomnieć o kolejnej produkcji, której wypatruję z lękiem. Podjąć temat samobójstwa nastolatki, dorzucić garść szkolnej przemocy, gwałtów i innych okropieństw, unikając przy tym smutnej dydaktycznej pogadanki – to trzeba umieć.

Pierwszy sezon „Trzynastu powodów” umiał – oglądałam siedząc na brzeżku krzesła i nerwowo ssąc kciuk. Może dlatego, że za chwilę moja wrażliwa córka stanie się nastolatką, więc pytanie czy potrafię ją obronić przed ohydą tego świata, zaczyna mi się coraz częściej wyświetlać w głowie. Odpowiedź chyba niestety znam.

Tamten sezon mocno poruszał takie rodzicielskie lęki, opowiadając poznawaną dzięki pomysłowej retrospektywie historię Hanny Baker – dziewczyny, która odebrała sobie życie. Ale zanim to uczyniła, nagrała 13 kaset (znów kokietujemy 40-latków motywami retro. A może one teraz są cool?), w których wskazuje (i oskarża) 13 powodów, a właściwie osób, które pchnęły ją do samobójstwa. Nie chcę zdradzać szczegółów, żeby nikomu nie odbierać przyjemności (i grozy) odkrycia, co zadecydowało o tak radykalnym kroku. Ja nadal nie umiem myśleć o tym spokojnie.

Jednak mimo uznania dla twórców (a producentką była niejaka Selena Gomez – jak te dzieci szybko dorastają!) nie bardzo sobie wyobrażam kontynuację. To przejmująca, ale zamknięta historia. Na podstawie powieści Jaya Ashera, która nie ma dalszego ciągu. Trochę więc obawiam się próby dyskontowania sukcesu na siłę i – oględnie mówiąc – spadku jakości. Zwłaszcza, że z wywiadu z nowym showrunnerem serii, Brianem Yorkeyem, wynika, że nie ma spójnego pomysłu na to, o czym zamierzają opowiadać. Dokładna data premiery nie jest jeszcze znana.

„Westworld”

Jak ktoś lubi roboty (od dziecka), zagadnienia i dylematy związane z rozwojem sztucznej inteligencji (od większego dziecka), to oglądanie zeszłorocznej produkcji HBO było zarazem przyjemnością (tematyka sama w sobie, wspomnienie „Świata Dzikiego Zachodu” Crichtona, perfekcyjnie dopracowana strona wizualna, o obsadzie nie wspominając – Hopkins! Harris! Marsden! – tyle dobra!) jak i cierpieniem (ale to już wszystko było, ale to jest oczywiste, no i jeszcze niech się zbuntują te roboty, i niech się okaże, że ten co myślał, że nie jest robotem… taaaak).

Właściwie jedynym powodem, dla którego tak naprawdę czekam na drugi sezon (premierę zapowiedziano już na wiosnę 2018), jest – nie wiem czym uzasadniona, biorąc pod uwagę inklinacje Nolana i Abramsa, producentów serii – nadzieja na wykorzystanie jakichś jeszcze niezgranych do cna motywów. Jest wszakże tyle dobrej fantastyki, jest z czego czerpać, naprawdę…

„Dirk Gently’s Holistic Detective Agency”

A skoro o dobrej fantastyce mowa – moje serce fanki Douglasa Adamsa zostało tym serialem podbite ze szczętem. Śmieszny, niegłupi i pięknie, pięknie zrealizowany (choć to zupełnie inna półka budżetowa niż kapiący od CGI „Westworld”) serial przywraca wiarę w to, że nie wszystko jeszcze widzieliśmy i nie czeka nas już tylko rozczarowanie i nuda. Są rzeczy, które potrafią pozytywnie zaskoczyć. Choć akurat nie bohatera tego serialu.

Adaptacja prozy Douglasa właściwie zawsze gwarantuje brak nudy, ale ulubione przez tego pisarza absurd i groteska są narzędziami, którymi należy operować z wyczuciem. I to się autorom adaptacji udało nad podziw. Są sceny koszmarne, są porąbane pomysły (kotek, który jest rekinem – spoiler, wiem, ale tak bardzo kocham ten pomysł, że nie mogę o nim milczeć), są momenty, kiedy śmieję się na głos i turlam po podłodze.

Właściwie z podobną niecierpliwością (więcej, więcej tego szaleństwa, chcę więcej!) czekam tylko na będący w produkcji „Dobry omen” – gatunkiem i klimatem stojący najbliżej jak się da „Holistycznej agencji” . Właściwie mogłabym urządzić sobie tu jakiś celebrity death match: Douglas kontra Pratchett i Gaiman oraz Elijah Wood i Samuel Barnett kontra Michael Sheen i David Tennant. Będę potrzebowała dużo popcornu!

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze