Europa dwóch żywności – czy zakupy mają wymiar polityczny?

Głosuj portfelem, to skuteczne!
5 minut czytania
838
1
Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
23 października 2017
fot. Authentic Creations/Shutterstock.com

Czy Polacy to Europejczycy drugiej kategorii? Tak zdają się myśleć producenci żywności z zachodu Europy. Jak się okazuje, do „nowych” członków Unii Europejskiej wysyłane są produkty gorszej jakości.

Oficjalnie pierwsza głos zabrała Słowacja, choć sprawę niejednokrotnie podnosiły wcześniej organizacje obrony praw konsumentów. Według badań słowackiego ministerstwa rolnictwa przeprowadzonych na początku tego roku, popularne marki sprzedają w Europie Środkowej i Wschodniej gorszej jakości towary, produkowane z gorszych składników.

Bratysława mówi: sprawdzam!

Jak podało ministerstwo połowa z 22 produktów kupionych w Bratysławie oraz w dwóch, oddalonych zaledwie o 20 kilometrów, austriackich miastach, miała nie tylko inny smak, ale również wygląd, zapach i skład. Słowacy oparli się na laboratoryjnych testach przeprowadzonych przez krajowy urząd ds. jakości żywności. Dla przykładu: „sok” pomarańczowy sprzedawany przez German Rewe Group w Słowacji nie zawierał… w ogóle soku pomarańczowego. Od soku z Austrii różnił się również większą ilością środków konserwujących i stabilizatorów. Producenci tłumaczą się tym, że różni odbiorcy ich produktów mają różne gusta i stąd wynika różnica.

– Mamy wspólny rynek i nieetyczne jest tworzenie dwóch klas klientów – oznajmiła na konferencji prasowej słowacka minister rolnictwa Gabriela Matecna. – Argument, że klienci w różnych regionach mają różne preferencje smakowe, jest bez sensu, ponieważ słowaccy konsumenci zdecydowanie nie są zwolennikami sztucznych słodzików i środków konserwujących, czy niższej zawartości mięsa w produktach – dodała.

Kierownictwo Tesco nie ukrywało, że istnieje róznica jakości towarów na różnych rynkach (fot. JuliusKielaitis/Shutterstock.com)

Sprawa jednak nie jest nowa. W 2013 roku Matt Simister, ówczesny szef działu żywności sieci sklepów Tesco na Wyspach rozjuszył opinię publiczną. W wywiadzie dla BBC stwierdził, że artykuły pierwszej jakości trafiają na rynek brytyjski, te drugiego gatunku jadą do Europy Środkowej i Wschodniej. Dodał, że skoro klient jest mniej wymagający, łatwiej sprzedać mu towar gorszej jakości.

Wybuchł skandal, polskie Tesco próbowało sprostować wypowiedź dyrektora, ale sprawa zaczęła już żyć własnym życiem. Minęło parę lat i Simister awansował. Dziś jest dyrektorem Tesco w Europie Środkowej i Wschodniej.

Jak to się dzieje? I dlaczego?

Przyczyna jest oczywiście dość prosta: chodzi o zysk. Potężni i znani producenci z Europy Zachodniej, posiadający silną markę oraz inwestujący duże pieniądze w reklamę, liczą na naszą naiwność lub zwyczajnie nas oszukują. Wykorzystują swoją bardzo silną pozycję na rynku, zmieniają skład produktów, przez co obniżają koszty w celu zwiększenia swojego zysku. Mamy wrażenie, że kupujemy markowy produkt (czyt. wysokiej jakości), podczas gdy w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

Etykieta produktu powinna zawierać pełny skład jakościowy i ilościowy. Jeżeli nie zawiera, to konsumenci są wprowadzani w błąd i naruszane jest prawo. Niestety, w wielu przypadkach nie jesteśmy świadomi tego, co kupujemy – mówi Bartosz Fogel z kancelarii prawnej GFP Legal.

Witold Orłowski, główny ekonomista PwC, dodaje, że jest to efekt pewnego rodzaju przyzwolenia, umowy między producentami oraz wschodnioeuropejskimi konsumentami. – Wy dostarczacie towary gorszej jakości, my to akceptujemy. Ale w zamian domagamy się, by tak samo opakowane produkty były u nas tańsze niż u zamożniejszych sąsiadów. I rzeczywiście – ceny żywności w Polsce należą do najniższych w Unii i są o niemal 40 proc. niższe od unijnej średniej, choć surowce rolne mają w zasadzie ceny takie same. Wyjaśnienie jest tylko jedno – niższa jakość. Na szczęście niewynikająca z niższych standardów ochrony zdrowia, ale po prostu z cichej akceptacji. Podobnej do tej, która pozwala naszym konsumentom kupować mniej intensywne środki do prania, byle tylko na pierwszy rzut oka nie różniły się opakowaniem od niemieckich, a były tańsze” – podsumowuje Orłowski.

Trudno powiedzieć czy opinię ekonomisty należy brać na poważnie, ale jest to z pewnością głos w dyskusji. Jeśli taka „cicha akceptacja” rzeczywiście istnieje, to jestem w stanie się założyć, że większość z nas nie miała pojęcia, że bierze w niej udział.

Jakość gorsza, ale ceny niższe – być może to satysfakcjonuje klientów?

Warto zastanowić się również nad cenami opisywanych produktów. Choć ceny produktów w Polsce bywają do 40 proc. tańsze niż w Niemczech czy Anglii, często również ich ilość jest mniejsza. Mówili o tym niedawno posłowie ruchu Kukiz 15. W dodatku nie wolno zapomnieć, że Brytyjczyk zarabia średnio 2,5 raza więcej niż Polak. W przypadku Niemca różnica jest prawie czterokrotna.

Polska Izba Handlowa analizuje tę sprawę, ale na jej raport trzeba będzie jeszcze poczekać. Czy jesteśmy zatem skazani na gorsze produkty?

Do boju ruszają politycy

– Podwójna jakość żywności wydaje nam się wstępem do Europy dwóch prędkości. Podwójna jakość, podwójne standardy, podwójna prędkość to coś, co nie wydaje się wróżyć dobrej przyszłości – powiedział Victor Orban, premier Węgier.

Podobnie wypowiada się Robert Fico, szef słowackiego rządu. – Nie możemy zaakceptować sytuacji, w której obywateli dzieli się na pierwszą i drugą kategorię – powiedział.

Te opinie padły w Bratysławie podczas Szczytu Konsumenckiego. Nasz kraj reprezentowała premier Beata Szydło oraz sekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa Jacek Bogucki. Spotkanie 13 października br. odbyło się z inicjatywy Czech i Słowacji, przy okazji szczytu przywódców państw UE.

Przywódcy Wyszehradu żądali równego dostępu do produktów oferowanych na wspólnym rynku, a nieuczciwe praktyki producentów określili mianem „niedopuszczalnych”.

Beata Szydło podkreślała, że Polska wspiera działania pozostałych partnerów z Grupy i sama zamierza działać przeciwko różnicowaniu jakości produktów. – Jako Grupa Wyszehradzka ściśle współpracujemy w rozwiązaniu tego problemu. Wspólnie wystąpiliśmy z apelem do Komisji Europejskiej o wnikliwe i uważne potraktowanie tematu podwójnej jakości żywności, przede wszystkim o przeprowadzenie badań na terenie UE i o analizę skali problemu – mówiła premier.

Grupa Wyszehradzka domaga się od Komisji Europejskie zdecydowanej reakcji. Problem w tym, że same kraje członkowskie Grupy, nie wykazują specjalnego zainteresowania w tej dziedzinie. Unijna komisarz ds. sprawiedliwości, konsumentów i równouprawnienia, Vera Jourova (Czechy), również obecna na Szczycie, zapowiedziała wsparcie Komisji. Już miesiąc wcześniej wydała zalecenia co do norm jakości produktów spożywczych na wspólnym rynku Unii, ale nie mają one większego znaczenia. Producenci po prostu je omijają.

Komisarze twierdzą, że trudno jest udowodnić różnice między produktami. Postanowili przeznaczyć „ogromną sumę” 2 mln euro (ponad 8 mln zł) na „zbadanie problemu”. Pierwszy milion jest przeznaczony na działanie Wspólnego Centrum Badawczego, które ma określić ramy badań porównawczych produktów. Drugi milion ma trafić na badania w krajach zainteresowanych. Trwa przetarg, ale chętnych brak.

 

Aby dobrze ocenić skalę unijnego zainteresowania problemem gorszej żywności sprzedawanej w Europie Środkowej i Wschodniej warto uciec się do porównania. Unijny budżet na projekt badający innowacyjną żywność opiewa na 400 mln euro (ponad 1,2 miliarda zł).

Nikłe zaangażowanie Komisji w rozwiązywanie problemu tłumaczy się potężnym lobby żywnościowym, które jest na tyle silne, by skutecznie blokować działania Brukseli. W dodatku sprawa jest niezwykle delikatna także dla Polski, która również eksportuje dużo żywności i nie ma pewności, że produkty rodzimych firm nie różnią się jakością w zależności od rynku dystrybucji.

Być może właśnie ta sprawa tłumaczy słowa ministra Jurgiela, który na zjeździe unijnych ministrów rolnictwa, wyraźnie dystansował się od linii Czech, Słowacji i Węgier. – Sprawa podwójnej jakości jest do zbadania. Jeśli chodzi o Polskę, to na obecnym etapie problemu nie widzimy” – powiedział minister. – „Te produkty nie są gorsze jakościowo. Niezależnie od tego, czy zawartość mięsa w konserwie wynosi 60, czy 80 proc., to jakość i bezpieczeństwo żywności są zachowane – powiedział minister.

Często liczy się tylko cena…

Dwie prędkości, czyli dwie żywności?

W momencie, gdy swoją reformę podziału Unii na dwie prędkości, próbuje przeforsować francuski prezydent Emmanuel Macron, sprawa podwójnych standardów żywności staje się gorącym tematem politycznym. Dla wielu jest przykładem tego, że podział już faktycznie istnieje, a Polska bynajmniej nie jest w „pierwszym koszyku”.

Do tej pory jego oficjalne potwierdzenie Unii dwóch prędkości blokował Berlin. Dzięki tej decyzji Angeli Merkel do Polski płynęły spore fundusze. Byłyby (będą?) mniejsze, jeśli urzeczywistni się sen Francuza i Unia podzieli się na twarde jądro z walutą Euro i wspólnymi euroobligacjami oraz peryferia Unii, działające na zasadzie rynków zbytu dla towarów z jądra.

– Polska uważa, że jeśli wykreujemy Europę wielu prędkości, to wzmocnimy podziały i zaszkodzimy wszystkim – mówiła premier Beata Szydło w wywiadzie dla Le Figaro niecały miesiąc temu. Zapowiada również walkę o „równe prawa wszystkich członków Unii”. Dotyczy to także żywności.

W tym kontekście nie ma co liczyć na szybkie i pozytywne z punktu widzenia Polski rozwiązanie kwestii jakości produktów oferowanych przez zachodnie firmy na naszym rynku. Ta sprawa stała się polityczna i będzie przedmiotem targu między „nowymi” i „starymi” krajami Unii.

Pozostaje nam dokładne czytanie etykiet, sprawdzanie jakości produktów i głosowaniem portfelem. Zwłaszcza ta ostatnia metoda ma szansę okazać się tą skuteczną.

Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński

Rocznik 87, absolwent politologii, historii i dziennikarstwa. Dużo podróżuje, kocha koty i dobre piwo. Tego ostatniego nigdy nie odmawia.


AUTOR

Polecamy

Komentarze