Jak ożyły obrazy van Gogha? Rozmowa z twórcami filmu „Twój Vincent”

Lata mozolnej pracy, zespół składający się ze 120 malarzy, którzy pomalowali 65 tysięcy klatek filmu
10 minut czytania
549
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
6 października 2017
fot. materiały prasowe

Jak opowiedzieć o genialnym malarzu? Tworząc film, który wygląda jak namalowany przez słynnego postimpresjonistę. O tytanicznej pracy, która stoi za ręcznie malowanymi kadrami, opowiadają twórcy: Dorota Kobiela i Hugh Welchman.

Robert Skowroński: Patrząc na statyczne płótna Vincenta van Gogha od razu widzieliście w nich zaklęte ruchome historie?

Hugh Welchman: Obrazy Vincenta są nietypowe. Gdy oglądamy portret Margaret Gachet, to spogląda ona w bok. Zastanawialiśmy się, co by było, gdyby spojrzała na nas i przemówiła. Podobnie jest z doktorem Gachetem, który wygląda na płótnie na niezwykle smutnego. Rodzi się pytanie, kim jest ten człowiek, co czuje po śmierci Vincenta, którym się przecież opiekował? Takie postrzeganie obrazów van Gogha pomogło nam w stworzeniu bohaterów filmu.

Nie sposób pominąć kwestii technicznych. Lata mozolnej pracy, zespół składający się ze 120 malarzy, którzy pomalowali 65 tysięcy klatek filmu. Jak wyglądał cały proces?

H.W: Sama praca nad wizualną stroną filmu zajęła dwa lata. Jednak przez trzy wcześniejsze zbieraliśmy materiał, fundusze i nakręciliśmy sceny z aktorami, które później zostały pomalowane. Na ekranie pojawiają się w sumie 94 obrazy van Gogha w formie bardzo zbliżonej do oryginałów. Dodatkowo oglądamy kolejne 31 jego dzieł będących częściowo lub znacząco przekształconych. Każda sekunda filmu to 12 olejnych płócien.

Dorota Kobiela: Zaczynaliśmy z malarzami z Polski, bo nasze uczelnie artystyczne, przez pięć lat dobrze przygotowują studentów do zawodu. Myśleliśmy, że uda się zakończyć prace przy udziale 40 malarzy, jednak zbieranie funduszy zajęło dużo więcej czasu niż zakładaliśmy. Dołączyli do nas malarze z Ukrainy, gdzie system edukacji artystów jest podobny do naszego. Niezwykle pomocny w kompletowaniu artystów był fanklub Douglasa Bootha, aktora, który wcielił się w rolę Armanda Roulina. Jeden z jego członków przechwycił z naszej strony internetowej trailer filmu i zamieścił go na YouTube. Zwiastun w ciągu doby miał dwa miliony odsłon. Wzbudził zainteresowanie projektem, bo rozdzwoniły się telefony i zaczęli się zgłaszać kolejni malarze.

H.W.: Dorota przeglądała portfolia płynące z całego świata. Zgłosili się naprawdę niesamowici artyści. Musieliśmy ich jednak ostrzec, że muszą pojawić się na wstępnym teście w Polsce. Dla wielu było to ryzyko, że wydadzą pieniądze na bilet lotniczy na marne. Weryfikowaliśmy, czy artyści odnajdą się przy pracy nad animacją, a kolejnym etapem było szkolenie. Malarze studiowali technikę van Gogha robiąc niezliczone ilości kopii jego obrazów. Ważny był sposób nanoszenia farby, kolejność nakładania warstw, kolorystyka, gra światłem, po prostu każdy szczegół.

Margaret Gachet przy pianinie (fot. materiały prasowe)

Wrażenie robi technika wykonania filmu, ale też kostiumy, za które odpowiadała Dorota Roqueplo. Jak wyglądała wasza współpraca?

D.K.: Dorota jest laureatką sześciu Złotych Lwów za kostiumy do filmów „Prowokator”, „Mój Nikifor”, „Pręgi”, „Sala samobójców”, „Młyn i krzyż” i „Hiszpanka”. Przywiązuje ogromną uwagę do detali, a to było dla nas istotne. Na przykład ręcznie obszywała guziki Armanda. Zastanawiałam się czy jest to potrzebne, obawiałam się, czy będzie to widoczne na ekranie, ale okazało się, że kostiumy są też bardzo ważne dla aktorów.

H.W.: Aktorzy kręcili swoje sceny na green screenie. Perfekcyjność kostiumów Doroty pomogła im wcielić się w postacie i przenieść do XIX wieku, choć byli przecież w studiu.

Typowe biografie filmowe to historie od kołyski aż po grób. Wy zaczęliście od tego drugiego etapu.

H.W.: Powstały już co najmniej trzy filmy o życiu Vincenta van Gogha. My chcieliśmy skupić się na tajemnicy jego osobowości i tej, którą owiana jest jego śmierć. Od samego początku uważaliśmy, że historię van Gogha powinny opowiedzieć obrazy jego autorstwa. On sam był tego samego zdania. W swoim ostatnim liście, który znaleziono przy nim jak już wyzionął ducha, napisał: “Mogą mówić za nas tylko nasze obrazy”. Dlatego głównym bohaterem uczyniliśmy nie tyle samego Vincenta van Gogha, co właśnie jego płótna. Z ekranu przemawiają listonosz Joseph Roulin, doktor Gachet, rybak i inni. Wszyscy ci, których uwiecznił na obrazach. To oni mogli pokazać, kim był naprawdę.

Vincent (Robert Gulaczyk) maluje w deszczu (fot. materiały prasowe)

Kontrastujecie pojawiające się w filmie głosy zachwytu nad van Goghiem z tymi wyrażającymi krytykę. Prawda o malarzu pozostaje zagadką.

D.K.: Poszczególne postaci mają odmienne opinie o van Goghu. Niektórzy twierdzą, że był geniuszem, a inni uznają go za zło wcielone. A jak było naprawdę? To zostanie tajemnicą. Nie chcieliśmy nawet próbować jej odkrywać, dlatego zdania poszczególnych bohaterów nie pokrywają się ze sobą. Van Gogh wymyka się jednoznacznej definicji, nie sposób zamknąć go w szufladce.

H.W.: Do dziś pojawiają się spory dotyczące van Gogha, więc musieliśmy zawrzeć w filmie różne spojrzenia na jego osobę. To też kolejny z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na osadzenie wydarzeń po jego śmierci. Gdybyśmy pokazali go za życia musielibyśmy zmierzyć się z próbą ukazania jego szaleństwa i choroby.

A kim był dla was?

H.W.: Przystępując do prac nad “Twoim Vincentem” podzielałem ogólną opinię, że po prostu urodził się jako geniusz i był predysponowany do tego co robił. To jednak nie do końca prawda. Zgłębiając wiedzę na jego temat odkryłem, że ciężko pracował na to, aby coś osiągnąć jako artysta. Zaczął malować późno, bo mając 27 lat. Zdziwiło mnie, że wcześniej nie wykazywał pociągu do sztuki. Postanowił jednak włożyć w to całego siebie i na przestrzeni zaledwie siedmiu lat odmienił świat malarstwa, stając się inspiracją dla całych kolejnych pokoleń artystów.

„Taras kawiarni w nocy” (fot. materiały prasowe)

Przygotowując się do “Twojego Vincenta” zapewne szperaliście w całej masie książek i nie opuszczaliście galerii sztuki.

H.W.: Moją robotą było czytanie książek. W sumie uzbierałem ich 40. Zaznajomiliśmy się też z listami van Gogha oraz z najważniejszymi publikacjami naukowymi czy esejami. Od 2014 roku zaczęliśmy współpracować z Muzeum van Gogha w Amsterdamie. Tamtejsi eksperci służyli nam pomocą za każdym razem, gdy nie mogliśmy znaleźć odpowiedzi na jakieś pytania.

D.K.: Wzajemnie uzupełnialiśmy się w podejściu do pracy i zbieraniu materiałów. Ja postępuję bardziej intuicyjnie. Skupiałam się na obrazach i tym w jaki sposób można je ze sobą połączyć, aby opowiedziały spójną historię. Hugh z kolei przemienił się w mola książkowego chłonącego wiedzę. Im bardziej zagłębiał się w temat, tym więcej informacji chciał przyswajać. To oczywiście pozytywnie odbiło się na filmie.

“Twój Vincent” to też doborowa obsada. Od samego początku typowaliście właśnie tych aktorów?

H.W.: W porozumieniu z Trademark Films, naszymi koproducentami, zrobiliśmy listę osób, które chcielibyśmy zaangażować do filmu. W ten sposób dopasowaliśmy twarze aktorów do twarzy znanych z portretów. Nasz budżet przeznaczony na gaże był niewielki, więc obawialiśmy się, że spotkamy się z odmowami, ale chyba musiał przemówić scenariusz. Ponadto aktorzy chcieli zostać pomalowani jak na obrazach Vincenta. Dodatkowym atutem było też to, że film nie zabrał im dużo czasu, bo sceny z udziałem ludzi nagraliśmy w dwa tygodnie. Douglas Booth i Robert Gulaczyk byli na planie najdłużej, ale i tak prace zajęły im zaledwie trzy dni.

Dr Gachet (fot. materiały prasowe)

Doroto, masz doświadczenie jako malarz. Czy między tym zawodem, a byciem reżyserem jest podobieństwo?

D.K.: Różnice są duże. Będąc malarzem pracuje się samemu w czterech ścianach, jest się odpowiedzialnym za cały proces kreatywny, ma się pełną kontrolę nad tym co się robi. W pracy reżysera jest zupełnie na odwrót, bo jest się częścią zespołu, który także wpływa na powstające dzieło.

Ale koniec końców w obu przypadkach opowiada się obrazem.

D.K.: Tak, ale w malarstwie nie tyle chodzi o narrację, a bardziej o uzyskanie pewnych emocji. W filmie to połączenie obrazu, dźwięku i innych elementów. Wszystko dzieje się równolegle.

Podobno planujecie teraz film o Francisco Goyi, który byłby horrorem.

H.W: Jest taki pomysł. Film realizowany byłby tą samą techniką co “Twój Vincent” i inspirowany portretami Goyi. Robiąc obraz o van Goghu oglądaliśmy dużo filmów noir, a dla rozluźnienia włączaliśmy sobie horrory. Dlatego mamy zamiar wejść w świat kina grozy.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą.
AUTOR

Polecamy

Komentarze