Karmieni kawiorem. Kto nas zaraża wirusem fake newsów?

Gdy różnica między fałszem a prawdą niebezpiecznie się zaciera
7 minut czytania
1076
0
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
27 października 2017
fot. dimbar76/Shutterstock.com

Kłamstwo, pieszczotliwie zwane fejkiem, potrafi wprowadzić zamęt i skutecznie łamać kariery. Niestety zazwyczaj kariery bohaterów, rzadziej autorów tych rewelacji, więc medialną przestrzeń wypełnia coraz więcej Ziemowitów Kossakowskich. Co ich nakręca – kasa, polityka, a może po prostu nasze lenistwo?

15 dolarów – to koszt przygotowania fałszywej wiadomości przez chińską agencję Xiezuobang. Zdyskredytowanie konkretnego dziennikarza wymaga 50 tys. dolarów, a w pakiecie dostajemy fałszywe artykuły, spamowanie konta na Twitterze i zorganizowany hejt na Facebooku. Koszt rocznej kampanii to już 400 tys. dolarów – takie stawki podaje raport “The Fake News Machine” firmy Trend Micro. Na rosyjskim rynku za 2,60 dolara możemy kupić sto negatywnych komentarzy na YouTube.

W Polsce jedna z firm zajmujących się dezinformacją na użytek partii politycznych miała w ciągu 10 lat stworzyć aż 40 tys. internetowych fałszywych tożsamości. Ujawnił to niedawno Robert Gorwa, naukowiec z Oxford University. Preparowanie treści to dziś prężnie działający biznes.

Gra na emocjach

Nieprzypadkowo redakcja Słownika Oxfordzkiego uznała, że słowem roku 2016 jest postprawda. To właśnie kształtowanie opinii publicznej za pomocą emocji, a nie faktów czy opinii, jest dla “fejków” paliwem, a mieliśmy tego dowody choćby w gorących miesiącach przed referendum o Brexicie (“Prawdziwe koszty członkostwa Wielkiej Brytanii w UE” – głosiły wtedy nagłówki), kiedy to popularność słowa postprawda wzrosła o 2000 proc.

Bo czym właściwie jest fake news? To komunikat, który celowo wprowadza nas w błąd, a intencją autorów jest, według Wikipedii, uzyskanie “finansowych lub politycznych korzyści”.

Dr Jacek Wasilewski, podczas debaty “Polityki” na Festiwalu Nauki, mówił o jeszcze jednej sytuacji – kiedy to sami odbiorcy decydują w co wierzyć poprzez filtr własnych przekonań. Na przykład ta sama informacja podana przez TOK FM będzie dla nas ciekawym newsem, a na stronie Frondy prawdopodobnie żenującym dziennikarskim gniotem.

Zresztą nie zawsze fałszywy przekaz straszy lub bazuje na uprzedzeniach. Pamiętacie uroczy internetowy filmik, w którym młoda Amerykanka szukała Wojtka, chłopaka z Polski? Wszyscy chcieli im pomóc i nagranie rozeszło się viralowo. Ale kiedy okazało się, że to kampania marketingowa Reserved, uczestnicy akcji poczuli się wykorzystani.

Wszystkie odcienie fake newsów

Z fejkami mamy jednak w Polsce problem semantyczny. Samo określenie “fake news”, to już regularna obelga. Nadinterpretacja? Nieporozumienie, kaczka dziennikarska? Rzeczniczka PiS Beata Mazurek nie traci czasu na takie eufemizmy, więc pytana, czy PiS zlecił przedwyborczy sondaż na prezydenta Warszawy mówi na Twitterze: “To #FakeNews!”.

Fake news stał się określeniem tak pojemnym, że poprawność jego użycia czasem budzi wątpliwości. Coraz częściej chodzi już o samą etykietkę. – Czy fake newsem jest powtarzanie, czy tworzenie nieprawdziwej informacji? – pytał Marek Tejchman, zastępca redaktora naczelnego Dziennika Gazety Prawnej, komentując projekt pisowskiej ustawy o fake newsach.

Przykład: kiedy wyszło na jaw, że bloger Łukasz Jakóbiak spreparował wywiad z sobowtórem Ellen DeGeneres, media rakiem wycofywały się z entuzjastycznych relacji. Czy można odróżnić zwykły błąd od świadomego działania? Czy fake newsem jest tylko kłamstwo czy może niepełne, wyrwane z kontekstu przedstawianie rzeczywistości? TVN24 podało niedawno, że w trakcie spotkania z prezydentem Węgier Andrzej Duda wystąpił w tradycyjnym węgierskim stroju. Tak naprawdę była to kurtka uszyta w Poroninie. “Fake news!” – zaczął swojego tweeta prezydent Duda, tylko czy to już “fejk” czy jeszcze po prostu ignorancja?

Gdy fejki idą w świat, zmieniają się sondaże

Efektem takiego słownego ping-ponga jest spadek zaufania do mass mediów. W Polsce ponad połowa internautów wierzy mediom społecznościowym i traktuje je jako główne źródło informacji o świecie. W USA nie jest lepiej: już 46% Amerykanów podziela opinię Donalda Trumpa, najbardziej nielubianego prezydenta w historii USA, że to media tworzą fake newsy na jego temat. On sam, od miesięcy jest na wojennej ścieżce z najbardziej znanymi nadawcami jak CNN, ABC, czy gazetami The Washington Post i New York Times i wzywa do ponownego rozpatrzenia licencji dla tych mediów. Facebook wprowadził nawet określenie “false news”, bo fake news miały dla wyborców Trumpa oznaczać tyle, co treści od mediów opozycyjnych.

A nikt nie zna siły rażenia dezinformacji tak, jak Donald Trump, któremu przecież fejki pomogły wygrać prezydencki wyścig. To z nich Amerykanie dowiedzieli się, że jego konkurentka sprzedaje broń ISIS, ma skłonności pedofilskie, nadużywa alkoholu i miała już trzy zawały serca, a za Trumpa trzyma kciuki nawet papież Franciszek. – To Rosjanie, Facebook i “fake newsy” są winni mojej przegranej – żaliła się Hillary Clinton w wywiadzie dla “Fortune”.

Czasem fejki spuszczone ze smyczy mogą pogryźć własnego pana. Paul Horner, jeden z dziennikarzy publikujących niewiarygodne historie na dużą skalę, w wywiadach dla The Washington Post i dla NBC News dziwił się, że pisane przez niego wiadomości pomogły Trumpowi wygrać wybory. Jak mówił, jego intencją było właśnie zdyskredytować środowisko kandydata i “sprawić, że zwolennicy Trumpa wyjdą na idiotów, poprzez dzielenie się tymi historiami”. Kilka tygodni temu Horner zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach.

Brzmi przerażająco? Odkrycia badaczy z Oxford University na temat naszego rynku nie pozostawiają złudzeń – polski internet to pole bitwy politycznych botów. Robert Gorwa przeanalizował 50 tys. postów na Twitterze i odkrył, że aż jedna trzecia z nich jest zautomatyzowana, czyli publikowana przez boty, a to więcej niż w kampaniach wyborczych we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. To PiS lepiej wykorzystał nowe media do mobilizacji własnych wyborców, choć potocznie są uważani za słabo wykształconych Januszów internetu. Najaktywniejsi prawicowi użytkownicy odpowiadali nawet za 20 proc. całego ruchu na Twitterze!

Możesz zarobić, możesz zaistnieć

Ale płynące szerokim strumieniem przez rynek dezinformacji złotówki, ruble czy dolary nic by nie zdziałały bez odpowiednio zmotywowanych autorów. W grudniu 2016 r. TheGuardian i BBC ujawniły proceder masowego trollingu dla Trumpa i firm amerykańskich, prowadzony przez grupę nastolatków w małym miasteczku w Macedonii. Najlepsi mieli tak zarabiać nawet po kilka tysięcy euro dziennie, w regionie w którym średnia pensja wynosi ułamek tej kwoty. – Amerykanie uwielbiali nasze historie – mówił jeden z nich – Jakie to ma znaczenie, czy są prawdziwe, czy nie?

Zresztą megalomania autora może być główną motywacją. Ziemowit Kossakowski, gorliwy prawicowy bloger, w którym TVP dostrzegła potencjał na dziennikarza, chwalił się, że miał już swoje pięć minut a teraz czeka na kwadrans. Zanim kanapki z kawiorem rzekomo zajadane przez rezydentów, stały się znakiem firmowym jego warsztatu, błysnął m.in. homofobicznym materiałem z parady równości.

To właśnie łatwość puszczenia w obieg dowolnych treści powoduje, że twórcy faktów alternatywnych mają się lepiej niż kiedykolwiek. Ostatnie wydarzenia w Las Vegas pokazały jak łatwo jest fake newsom zaistnieć w wynikach wyszukiwania Google.

Grupa internetowych trolli, a jednocześnie domorosłych detektywów, z portalu 4chan, na podstawie szczątkowych informacji błędnie wytypowała sprawcę strzelaniny, a algorytmy Google podchwyciły nośny temat. I tak nazwisko niewinnego człowieka przez kilka godzin figurowało w topowych wynikach wyszukiwania. To pokazuje, że internetowi giganci nie radzą sobie z pandemią nieprawdziwych informacji, w której biorą przecież mimowolny udział. A na pewno ją bagatelizują – Mark Zuckerberg, prezes Facebooka, jeszcze niedawno zapewniał, że jego portal nie ma problemów z fake newsami, choć można było znaleźć posty z informacją o jego śmierci.

Choroba przewlekła, być może uleczalna

Internetowi giganci deklarują, że problem leży im na sercu. Facebook pochwalił się właśnie pierwszymi sukcesami. Oznaczanie fałszywych informacji ma ponoć drastycznie ograniczać ich rozprzestrzenianie, użytkownicy widząc oflagowane posty nie klikają w nie i nie udostępniają ich znajomym. Wikipedia tworzy listę fejkowych stron i banuje takie źródła, a Google rozwija współpracę z organizacjami fact-checkerów.

Ale nie liczmy, że te działania całkowicie zdezynfekują internet. Samodzielnego myślenia nie zastąpią najlepsze algorytmy, nawet jeśli nie dopuszczą do szerzenia się rewelacji o setkach tajnych meczetów w Polsce, czy o wyhodowaniu zwierzęcia z ludzką głową w tajnym laboratorium w Malezji.

Krytyczny umysł to kluczowe narzędzie w każdych czasach, jednak szczególnie ważne w okresie masowej dezinformacji – brzmi dewiza Stowarzyszenia Demagog, które rozlicza polityków z ich obietnic, ale także prowadzi Akademię Fact-Checkingu dla młodzieży. Zajęcia mają nauczyć jak radzić sobie w świecie dezinformacji i nadmiaru informacji, jak wybierać i jak sprawdzać źródła. To inicjatywa o tyle ważna, że jak podaje Instytut Badań Edukacyjnych, 60 proc. polskich gimnazjalistów nie potrafi odróżnić faktu od opinii.

Dopóki media nie odzyskają utraconego zaufania, wszystkie te działania nic nie dadzą. Przyzwyczailiśmy się już, że okładki prawicowych tygodników to czysta manipulacja, ale u mediów mainstreamowych granica między brakiem rzetelności a jawną manipulacją niepokojąco często się zaciera. I tak Nagrody Złotego Goebbelsa, przyznawane przez grupę fact-checkerów, płyną szerokim strumieniem do dziennikarzy z politycznego centrum.

Przykład z ostatnich dni: Jacek Żakowski na portalu Wirtualna Polska stwierdził, że samospalenie mężczyzny pod warszawskim PKiN to pierwszy taki przypadek od samobójczego aktu Ryszarda Siwca z 1968 roku – Ale co się stało panie redaktorze, że przegapił pan analogiczne przypadki sprzed zaledwie kilku lat? Mechanizm wyparcia, czy prymitywna propaganda z nadzieją na słabą pamięć internautów? – pyta facebookowa społeczność NZG, przypominając nagłówki tabloidów z czasów rządów PO. Choć tekst został poprawiony, społeczność internautów tak łatwo nie zapomina.

Karolina Kowalska
Karolina Kowalska

Śledzi trendy i fenomeny zza zawodowych, marketingowych okularów. Ogląda bloki reklamowe i zdarza jej się przy tym pochlipywać. Lubi czytać historie brandów, które poniosły porażkę, a szczególnie jeśli się po tym podniosły. Inspirują ją ludzie, którzy przy śniadaniu wpadli na pomysł, o którym rok później mówił już cały świat. Obecnie pełnoetatowa Matka-Polka.


AUTOR

Polecamy

Komentarze