Kucyki kontra Świeżaki, czyli jak skutecznie łowić dzieciaki

Emotki, kucyki i inne marketingowe bzdurki
6 minut czytania
539
1
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
11 października 2017
fot. Sarunyu L/Shutterstock.com

„My Little Pony. Film” to jedynie pełnometrażowa reklama, tym razem serii zabawek powiązanych bezpośrednio z rzeczonym tytułem, które zalały sklepowe półki. Czy rozrywka dla dzieci musi być tak silnie sprzężona ze sprzedażą zabawek?

Do starego dziada jeszcze trochę mi brakuje, ale mam wystarczająco dużo latek, aby móc sobie ględzić, że za mojej kadencji osiedlowego urwisa, to się na karteczki z notesika wymieniało i zbierało wyciągnięte z paczki chrupek żetony z Lukiem Skywalkerem i wszyscy byli zadowoleni. A dzisiaj to emotki, pierdołki, kucyki, bzdurki i warzywne maskotki…

Za moich czasów…

Oglądało się  „Indianę Jonesa” i „Batmana” Bruce’a Timma na Polsacie, a nie gadającą animowaną kupę i żenujące filmiki na YouTube’ie. Rzecz jasna przesadzam (ale może tylko trochę) i wyolbrzymiam te swoje złośliwości na potrzeby niniejszego tekstu, zresztą nie bez pewnej przyczyny, bo wynikają one, jakby nie patrzeć, z czystego lęku.

Dzisiaj wszędzie emotki, pierdołki, kucyki, bzdurki i warzywne maskotki…

Dopiero teraz odkrywam bowiem, że przepaść pomiędzy mną a ludźmi młodszymi o lat, dajmy na to, dwadzieścia jest gigantyczna i nie sposób przerzucić przez nią mostu poskręcanego nawet z kolejnych części „Gwiezdnych wojen” albo pozlepianego z komiksowych stronic. Ale nic dziwnego, bo taka przecież naturalna kolej rzeczy, sam przecież dorastałem już z komputerami i milionem innych rzeczy skutecznie odseparowujących mnie od poprzedniego pokolenia.

Dlatego to moje zrzędzenie podyktowane jest raczej chęcią przyjrzenia się temu, czym obecnie łowi się dzieciaki, bo wydaje mi się, że korporacyjne techniki i strategie znacząco ewoluowały od epoki kreskówek z Żółwiami Ninja i planszowych gier od Parkera. Nie chodzi mi nawet o graniczące z patologiczną obsesją zainteresowanie niesławnymi już Świeżakami, które ponoć były przyczyną płaczu i zgrzytania zębiskami pod niejedną polską strzechą i, jeśli wierzyć internetowym relacjom, zależało na nich bardziej rodzicom niż ich pociechom. Ale zostawmy to.

Co grają w kinie? Reklamy…

Bo bardziej interesuje mnie rzut oka na bieżący repertuar kinowy, tym zajmuję się zawodowo, choć dzisiaj chyba częściej dzieciaki zamiast wyjścia do kina, wybierają ślęczenie przed monitorem albo sesję z telefonem. Stąd nic dziwnego, że jakaś mądra głowa wydumała tak proste rozwiązanie, polegające na połączeniu internetowego aspektu żywota młodzieży szkolnej ze sposobem zarobienia fury hajsu na biletach do kina i zekranizowano niesamowite przygody i zapierające dech perypetię emotikonów.

Zaś najlepsze jest to, że reżysera „Emotek. Filmu” inspirowało podobno „Toy Story” i na tej podstawie zbudował analogię pomiędzy zabawkami, jakimi jego i moje pokolenie bawiło się przed laty, a internetowymi ikonkami. Nie mogę wykluczyć, że facet ma jakąś tam dozę racji i faktycznie dzieciaki ciekawe są, co też się dzieje pod ekranikiem telefonu. Niech teraz rzuci kamieniem ten, kto wyklinał Pokemony jako zubożenie emocjonalnego i intelektualnego przekazu, jaki popkultura serwuje najmłodszym. Bo rzeczone dziełko to nic innego jak reklama poszczególnych aplikacji sugerująca ich niezbędność i portretująca internet jako miejsce, gdzie toczy się prawdziwe życie.

Symptomatyczne jest to, że z filmu nie wyłania się konkretny portret Alexa, posiadacza telefonu, lecz to może również przemyślana konstrukcja charakterologiczna: przeciętny, nijaki nastolatek personifikujący ostatni etap rówieśniczej uniformizacji.

Kucyki pociągowe sprzedaży

Na tym tle o ileż lepiej prezentuje się na pierwszy rzut oka inna propozycja dla dzieci z bieżącego repertuaru, czyli „My Little Pony. Film” (co oni, do jasnego Pikachu, mają z tym „Film”?; ale chociaż pozbyto się tego dziwacznego czegoś, sam nie jestem pewien, jak to określić, lingwistycznego pleonazmu?, „Kucyki Pony”). Rzecz bazuje przecież na sięgającej początku lat osiemdziesiątych franczyzie (sic!) zabawkarskiej.

Swego czasu była przedmiotem pożądania na równi z lalkami Barbie, a na przestrzeni lat zrodziła niezliczone animacje i inne produkty, stając się integralną częścią kultury popularnej, zarówno tej analogowej, jak i cyfrowej (łącznie z „bronies”, czyli starymi, nomen omen, końmi, którzy dalej te kolorowe kucyki kolekcjonują) oraz erotycznymi kostiumami do sypialni). Grany obecnie film, to już któraś inkarnacja z kolei, ale decydenci z Hasbro nie mają najmniejszego zamiaru profilować tej marki tak, jak robi to chociażby Lego filmami stąpającymi pewnie po terenach zarezerwowanych dla poziomu auto- i meta- tematycznego. Zresztą i tak Kucyki nie są brandem tak pojemnym znaczeniowo.

O ile jednak produkcje sygnowane przez duńską firmę okazały się, na przekór obawom, pełnoprawnymi dziełami filmowymi, tak „My Little Pony. Film” to jedynie pełnometrażowa reklama, tym razem serii zabawek powiązanych bezpośrednio z rzeczonym tytułem, które zalały sklepowe półki. Dlatego nikogo nie zmartwił stosunkowo marny wynik finansowy owego tytułu, bo i tak zarobił on swoje, tyle że nie przy biletowych kasach, ale terminalach płatniczych galerii handlowych.

To jeszcze nie apokalipsa

Nie zrozumcie mnie źle, dzisiaj chyba każdy blockbuster podbija sobie zyski sprzedażą pierdółek, tak było odkąd pojawił się sam termin, ale nie każdy robi to cynicznie. Nie mam też zamiaru kreślić obrazu apokalipsy i bić na alarm, bo akurat kina grają równocześnie dwa marne filmy dla dzieci, szczególnie że to nihil novi, a i sami rodzice też częściej od mądrych rzeczy stronią, skoro na „Botoks” poszło grubo ponad półtora miliona ludzi, a na „Blade Runnera 2049” sto dwadzieścia tysięcy z górką (co jest i tak niezłym wynikiem!).

Przed końcem roku do kin – prócz paroma europejskimi animacjami, na których tłumu raczej nie będzie – zawitają także „Coco” od Pixara, drugi „Paddington” oraz nasączona chrześcijańskimi motywami „Pierwsza gwiazdka” (również od Sony, czyli studia, które dało nam „Emotki. Film”) i tak naprawdę będzie co obejrzeć. A potem można od razu pójść do sklepu obok i kupić pluszaka.

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski

Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury, redaktor wydania weekendowego portalu naEKRANIE. Prowadzi fanpage Kill All Movies.


AUTOR

Komentarze