Nie tylko Indiana Jones – prawdziwi archeolodzy, o których powinno kręcić się filmy

Nauka to przygoda!
13 minut czytania
276
0
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
15 października 2017

Czy praca naukowca musi być nudna? Cykl filmów o przygodach Indiany Jonesa od niemal czterech dekad udowadnia, że archeolog nie spędza całego swojego czasu na akademickiej katedrze – że ta fascynująca dziedzina nauki może zaprowadzić go na ścieżki, na których sam nie spodziewał się znaleźć.

Postać wykreowana przez Harrisona Forda śmiało może konkurować z licznymi superbohaterami kina przygodowego – choć jej największą supermocą jest rozległa i specjalistyczna wiedza historyczna, a cały wizerunek uzupełniają czysto ludzkie słabostki. „Profesor archeologii, znawca okultyzmu i ktoś, kto potrafi dostarczyć do muzeum unikalne eksponaty” – tak mówi się o tej postaci w pierwszym filmie serii. I nie da się ukryć, że w tych kilku określeniach kryje się już niemal gotowy przepis na świetną filmową rozrywkę.

Rzut oka na sylwetki pasjonatów historii i ludzi zwyczajnie ciekawych świata podpowiada, że w losach wielu z nich można dostrzec pojedyncze rysy, składające się na wizerunek filmowego Indiany Jonesa. Kim więc byli prawdziwi, XIX- i XX-wieczni poszukiwacze śladów minionych cywilizacji? Oto kilka przykładów.

Percy Fawcett i zaginione miasto

Percival Harrison Fawcett spełniał się początkowo jako wojskowy: służba Wielkiej Brytanii zawiodła go na wyspę Cejlon, a później do północnej Afryki – gdzie pracował także dla brytyjskiego wywiadu. Wraz z początkiem XX wieku założył rodzinę, ale nie wybrał wygodnego zaszycia się w domowym zaciszu. Wstąpił wówczas do Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, gdzie doskonalił swoją wiedzę i umiejętności – zgłębiając między innymi dziedzinę kartografii. Wkrótce spożytkował wszystkie swoje talenty, siedmiokrotnie wyprawiając się do Ameryki Południowej.

Percy Fawcett

Fawcett podróżował do tych słabo znanych Europejczykom obszarów właśnie jako przedstawiciel wspomnianej instytucji. Celem tych naukowych ekspedycji było uzupełnianie luk w mapach tego kontynentu: Fawcett badał na przykład granicę biegnącą między Brazylią i Boliwią, śledził źródła rzek Verde i Heath, by umieścić je w oficjalnej dokumentacji. Podczas wędrówek przez Amazonię stykał się jednak nie tylko z egzotyczną florą – podejmował także kontakty z rdzenną ludnością, miał zobaczyć na własne oczy nieznane europejskim naukowcom zwierzęta: chociażby olbrzymią anakondę. Jego doniesienia na temat egzotycznej fauny zostały jednak potraktowane najpoważniej przez Artura Conan Doyle’a – pisarz wykorzystał opowieści przyjaciela podczas pisania książki „The Lost World”, wedle której ku zaskoczeniu fikcyjnych, brytyjskich podróżników, prehistoryczne stworzenia (w tym dinozaury) wciąż mają się świetnie, egzystując z dala od europejskiej cywilizacji.

Stopniowe odkrywanie tego niesamowitego dla oczu Europejczyków świata podziałało także na wyobraźnię samego Fawcetta. Bazując na dostępnej dokumentacji, wypracował on bowiem teorię o istnieniu „zaginionego miasta” – niegdysiejszego ośrodka zamierzchłej cywilizacji. Wiadomo, że w bibliotece w Rio de Janeiro znalazł portugalski manuskrypt, opisujący rzekomo odkryte w połowie XVIII wieku starożytne miasto – być może ta lektura upewniła go, że tego typu ruin może być więcej. Poszukiwania tajemniczego „Z” (tak Fawcett roboczo nazwał domniemane miasto) nie rozpoczęły się szybko – odroczył je wybuch I wojny światowej. Już po niej Fawcett wrócił do Brazylii, gdzie kontynuował naukowe badania i podjął samotną, nieudaną próbę odnalezienia „Z”. Wiosną 1925 roku zorganizowano kolejną wyprawę, która miała zakończyć się sukcesem – a Fawcettowi towarzyszył w niej jego najstarszy syn. Podróżnicy regularnie dokumentowali swoje położenie i osiągane sukcesy, ale ostatni znak życia dali 29 maja – był to list, jaki Fawcett wysłał do żony, odpoczywając w obozie Death Horse Camp. Od tego czasu słuch po nich zaginął: nie odnaleziono ich ani żywych, ani martwych.

T.E. Lawrence – szpieg JKM

Thomas Edward Lawrence jest zdecydowanie lepiej znany jako Lawrence z Arabii – ktoś, kto przyczynił się do wzniecenia arabskiego powstania przeciwko Turcji (które miało osłabić tego poważnego przeciwnika sił Ententy podczas I wojny światowej). T.E. Lawrence był jednak nie tylko wojskowym czy dyplomatą: na Bliski Wschód zaprowadziła go wcześniej praca archeologa, zamiłowanie do szukania tego, co może się kryć w pustynnych piaskach.

Już w wieku szkolnym zdradzał zainteresowanie tym, co wiązało się z historią: nie było więc żadnym zaskoczeniem, że zdecydował się właśnie na ten kierunek, wybierając wyższe studia. Bardziej zaskakująca była z kolei jego motywacja, by w pracy dyplomowej możliwie wyczerpująco opisać twierdze krzyżowców, rozsiane po Palestynie – co więcej, prowadząc owe badania miał przejść pieszo przez cały jej obszar. Uzyskawszy najwyższą ocenę i zdobywszy tytuł naukowy, powrócił na Bliski Wschód – miał niebywałą okazję, by brać udział w wykopaliskach prowadzonych w Karkemiszu, nad rzeką Eufrat. Archeolodzy badali odkryte tam pozostałości hetyckiego miasta: Lawrence odpowiadał wówczas za opisywanie znalezionych przedmiotów ceramicznych, nadzorował też miejscową (arabską) siłę roboczą, którą wykorzystywali europejscy naukowcy.

T.E. Lawrence

Tymczasem sytuacja polityczna w Europie stawała się coraz bardziej napięta. Miejscowi archeolodzy stali się zaś z punktu widzenia brytyjskiego wywiadu wojskowego idealnymi kandydatami do wykonania potencjalnie przydatnego zadania szpiegowskiego: Lawrence i jego przełożony zostali poproszeni o to, by pod naukowym pretekstem udali się na Półwysep Synaj i by dzięki tej wyprawie sporządzili dokładne mapy tego obszaru. Brytyjczycy chcieli w ten sposób upewnić się, że w razie czego nie przyjdzie im walczyć na całkowicie nieznanym terytorium. Wojna rzeczywiście wkrótce wybuchła, ubarwiając także losy Lawrence’a i czyniąc go jedną z najsłynniejszych postaci historycznych tego okresu. W 1918 roku brał on także udział w paryskiej konferencji pokojowej: co ciekawe, jako wysłannik strony arabskiej. Chociaż po wojnie mógł spokojnie zająć się karierą pisarską, wciąż szukał dla siebie miejsca w armii – i choć służył jako wojskowy przez wiele lat, zginął tragicznie przez wypadek motocyklowy, mieszkając już spokojnie w Dorset.

Gertrude Bell  – córka pustyni

Panna Bell, na Bliskim Wschodzie znana jako „córka pustyni”, pochodziła z cenionej rodziny bogatych brytyjskich przemysłowców, z kolei dzięki posiadaniu wuja-ambasadora miała okazję bywać na dyplomatycznych salonach Bukaresztu i Teheranu. Przed tym drugim wyjazdem zyskała motywację do nauki języka perskiego. Archeologią zaś zainteresowała się nieco później: gdy odbyła już więcej podróży po Europie i świecie, zawarła liczne znajomości z naukowcami.

Odwiedziwszy ponownie Teheran, panna Bell wykorzystywała nabytą wcześniej znajomość języka i swoją nieposkromioną ciekawość, by jak najdokładniej poznać prawdziwe miasto, a nie tylko jego uładzone, salonowe oblicze. Potrafiła zjednywać sobie ludzi, których spotykała i także dzięki rozmowom gromadziła bezcenne informacje, równie istotne jak wnioski wyciągane podczas prac archeologicznych. Podróżując z Damaszku do Azji Mniejszej, badała i opisywała pozostałości po rzymskich i bizantyjskich obiektach sakralnych. W 1908 roku podjęła wyprawę przez syryjskie pustynie: u kresu tej ekspedycji odkryła ruiny, którymi wcześniej nie interesowali się jeszcze żadni naukowcy. W wielu zakątkach Bliskiego Wschodu prawdopodobnie pojawiła się jako pierwsza europejska kobieta, w każdym razie w charakterze naukowego badacza.

Gertrude Bell

Przy wykopaliskach w Karkemiszu przecięły się drogi panny Bell i T.E. Lawrence’a, podobno dwójkę archeologów połączyła przyjaźń. Po wybuchu wojny Gertrude Bell wróciła jednak do Londynu, gdzie była niezwykle wartościowym źródłem informacji dla wojskowych, planujących manewry na Bliskim Wschodzie. W rok później jako pracownica arabskiego biura w Kairze, zdobywała kolejne użyteczne informacje, a z czasem, jako sekretarz do spraw Bliskiego Wschodu, uczestniczyła w pertraktacjach politycznych. Przypisuje się jej między innymi wpływ na podjęcie decyzji o utworzeniu Iraku. Z punktu widzenia archeologii zostanie jednak zapamiętana również jako założycielka Muzeum Irackiego w Bagdadzie.

Roy Chapman Andrews i pierwsi ludzie

To bardzo ważna postać przede wszystkim w świecie paleontologii – ale to, w jaki sposób przyczynił się do rozkwitu tej dyscypliny naukowej, stawia go w jednym rzędzie z archeologami, podejmującymi niebezpieczne i ryzykowne wyprawy. Chapman rozpoczął swoją życiową drogę dość zaskakująco: zajmował się strzelectwem i wypychaniem upolowanych zwierząt. Te zarobkowe zajęcia umożliwiły mu później pobieranie wymarzonej edukacji, a także zdobycie pracy w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej (AMNH). Co ciekawe, w tej placówce początkowo… sprzątał (i kontynuował wypychanie zwierząt), bo tylko taką posadę mogło zaproponować mu muzeum. A Chapman zbyt mocno marzył o pracowaniu w tym miejscu, by dać się zniechęcić drobiazgom. Jednocześnie studiował na Uniwersytecie Columbia.

Wkrótce zaczął realizować poważniejsze marzenia, związane z odkrywaniem piękna i bogactwa przyrody – przyłączywszy się do nowojorskiego Klubu Odkrywców („The Explorers Club”) wziął udział w wyprawie do Indii Wschodnich, skąd przywiózł organizmy węży i jaszczurek, podczas podróży prowadził obserwacje wodnych ssaków. W późniejszym czasie w podobnych celach wybrał się na tereny Arktyki. Kolejną ważną wyprawę, której szlak wiódł przez liczne chińskie prowincje, zorganizował już sam, a wyruszył w podróż z niedawno poślubioną żoną.

Roy Chapman Andrews

Nazwisko Chapmana wiąże się jednak przede wszystkim z Mongolią – to tam odbył jedną z bardziej niebezpiecznych wypraw i tam zdobył najcenniejsze, naturalne skarby. Centralna Azja intrygowała go, ponieważ był zwolennikiem teorii, że to ten kontynent jest kolebką ludzkiego życia na Ziemi. W latach 1922-1928 zorganizował kilka wypraw, podczas których chciał znaleźć na to stosowne dowody. Śladów pierwszych ludzi co prawda nie znalazł, ale poczynił inne ważne odkrycia: odnalazł liczne kości dinozaurów, a także gniazdo pełne jaj tych prehistorycznych stworzeń. Owe zasługi sprawiły, że z czasem Chapman został prezesem Klubu Odkrywców, a także dyrektorem AMNH. Późniejsze lata życia poświęcił na spisywanie wspomnień ze wszystkich przedsięwziętych wypraw.

Hiram Bingham III i zrabowane mumie

W historii USA zapisał się przede wszystkim jako polityk, ale w młodości podporządkował wszystkie siły i zdolności fascynacji Ameryką Łacińską. Urodzony na Hawajach, przez głód wiedzy przybył na kontynent: studiował w trzech ważnych ośrodkach uniwersyteckich. Pierwszy tytuł naukowy zdobył na Uniwersytecie Yale, a na uczelni kalifornijskiej był słuchaczem pierwszego kursu na temat historii Ameryki Łacińskiej, jaki organizowano w Stanach. Z kolei na Uniwersytecie Harvarda Bingham w 1905 roku zdobył tytuł doktora, a później pracował tam jako wykładowca.

Być może Bingham spędziłby kilka spokojnych lat na bezpiecznej, uczelnianej posadzie, gdyby nie kryła się w nim natura odkrywcy. W 1908 roku brał udział w konferencji naukowej, organizowanej w chilijskim Santiago. Wracał stamtąd przez Peru i właśnie tam dał się namówić do obrania drogi przez prekolumbijskie miasto Choquequirao. Był zafascynowany niespodziewaną wyprawą, a także owładnięty myślą, że w puszczach Ameryki Południowej może kryć się znacznie więcej zapomnianych ruin, których nie wolno skazać na zapomnienie. W 1911 roku z ramienia Uniwersytetu Yale zorganizował wyprawę, która obierała za cel odnalezienie ostatniej stolicy Inków. Jak się okazuje, dotarł wówczas do odkrytych już wcześniej osad Vitcos i Vilcabamba – choć nie zidentyfikował ich poprawnie.

Hiram Bingham III

W lipcu 1911 roku Bingham dotarł do Machu Picchu – choć oficjalnie przypisuje się mu odkrycie tego miejsca, jest jasne że było ono już znane tubylcom, a bezpośrednio po ogłoszeniu odkrycia do wizyty w starożytnym mieście przyznawali się także między innymi dwaj misjonarze. Za sprawą Binghama ruiny były na ustach wszystkich: także za sprawą wysnutej przez odkrywcę teorii na temat odprawianych tu rytuałów natury religijnej. Bingham wracał do Machu Picchu jeszcze trzykrotnie, a rezultatem tych wypraw było przewiezienie do Stanów Zjednoczonych tysięcy archeologicznych artefaktów (w tym mumii), znalezionych w osadzie. Warto wspomnieć, że rząd Peru dotąd się o nie upomina.

Jane Dieulafoy w męskim stroju

Urodzona jako Jeanne Henriette Magre, w wieku 19 lat zdecydowała, że Marcel-August Dieulafoy będzie najważniejszym towarzyszem jej życia. Gdy w tym samym roku wybuchła wojna francusko-pruska, młoda mężatka w męskim stroju udała się na bitewne pola, nie chcąc opuszczać męża. Po zakończeniu działań wojennych małżonkowie nadal pozostawali nierozłączni, tym razem dzieląc pasję podróżowania i dokonywania fascynujących odkryć. Archeologiczna ciekawość zawiodła ich do Egiptu i Maroka, a następnie do Persji. Jane prowadziła dość szczegółową dokumentację tych podróży: robiła zdjęcia, sporządzała ilustracje, gromadziła notatki.

Małżonkowie dokonali swoich najważniejszych odkryć, gdy dotarli do Suzy – starożytnego miasta, pozostającego kolejno pod panowaniem Babilończyków, Asyryjczyków i Persów. Tu znaleźli liczne zabytki po bytujących tu niegdyś cywilizacjach – i wiele artefaktów przetransportowali do Francji. W paryskim Luwrze zdobyte przez państwa Dieulafoy eksponaty wypełniają dwie sale wystawowe. Warto wspomnieć, że w kilka lat później członkowie innej francuskiej ekspedycji właśnie w Suzie odnaleźli Kodeks Hammurabiego – babilońską kodyfikację prawa, wyrytą na kamiennej steli pismem klinowym.

Jane Dieulafoy

Jane wraz mężem podróżowała przez resztę życia, a zdobyte podczas podróży informacje wykorzystywała także do pisania powieści. Co ciekawe, nie rezygnowała z noszenia męskiego stroju i krótkich włosów: rzekomo taki wygląd pozwalał jej szybciej podróżować, był wygodny i nie zamykał wielu drzwi. Niestety kres wszystkiemu położyła czerwonka, której pani Dieulafoy nabawiła się prawdopodobnie w Maroku – i zmarła w 1916 roku.

Giovanni Battista Belzoni – z cyrku na wykopaliska

To najbardziej nietypowa postać w tym zestawieniu – nie był bowiem naukowcem, z początku nie był nawet pasjonatem archeologii. Zarabiał na życie jako artysta cyrkowy: obdarzony wyjątkową siłą, prezentował swoje zdolności mieszkańcom kolejnych państw europejskich. Wędrując z cyrkiem Astley’a, występował w Anglii, Holandii i Niemczech. Belzoni zasmakował w samym podróżowaniu – z własnej inicjatywy udał się później do Hiszpanii i Portugalii, a następnie przez wyspy na Morzu Śródziemnym dotarł do Egiptu. Tam, za sprawą brytyjskiego konsula, zjawił się w Tebach i posłużył pomocą podczas wydobywania starożytnego popiersia faraona Ramzesa II. Belzoni przyczynił się do tego, że ważący siedem i pół tony artefakt opuścił okupowane od tysiącleci miejsce i trafił do londyńskiego British Museum – gdzie dotąd stanowi jeden z najcenniejszych rekwizytów.

Można chyba śmiało powiedzieć, że Belzoni odkrył nowe powołanie: świadczy o tym zresztą liczba jego późniejszych dokonań. Przemierzał Egipt w poszukiwaniu kolejnych, ukrytych w jego piaskach skarbów. Odsłaniał i badał antyczne świątynie, otwierał i zwiedzał grobowce. Miejsce spoczynku Setiego I w Dolinie Królów nazywa się nawet niekiedy z tej przyczyny „grobowcem Belzoniego”. Włoch był także pierwszym Europejczykiem, który wszedł do piramidy Chefrena.

Giovanni Battista Belzoni

W 1819 roku Belzoni wrócił do Anglii, gdzie opublikował spisane wspomnienia z podróży i prac przy wykopaliskach. Organizował również wystawy własnych, odręcznych rysunków, które w udany sposób uzupełniały zgromadzoną przez niego dokumentację. W 1823 roku podjął kolejną wyprawę, tym razem do zachodniej Afryki. Niestety w trakcie podróży zachorował na czerwonkę, a złożonego chorobą siłacza okradli i być może także zabili rabusie.

Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak

Z wykształcenia polonistka i krytyk literacki: przez zamiłowanie do pracy ze słowami i odkrywania opowieści wszędzie tam, gdzie to możliwe. Na co dzień redaguje i poprawia cudze, ale przede wszystkim tworzy własne teksty, nie stroniąc od wyzwań i eksperymentów. Z drobnych zapisków złożyła także autorski tomik poetycki „Ze zzieleniałymi oczami”. Miłośniczka wielu oblicz sztuki, także tej użytkowej – w wolnych chwilach zamiast słów poskramia różnego rodzaju nitki.


AUTOR

Polecamy

Komentarze