Niejadki nie istnieją (a jeśli już, to rzadziej niż sądzimy)

Pozwól dziecku na decyzję
8 minut czytania
2063
2
Luca
Luca
29 października 2017

Wokół jedzenia dzieci jest zwykle sporo napięcia. Jak to możliwe, że wszystkie dzieci świata są niejadkami, a mimo to gatunek jeszcze nie wyginął? Być może problem nie leży wcale w dzieciach…

Nie ma chyba rodziców, którzy nie martwiliby się, czy ich dziecko wystarczająco dobrze się odżywia. Jest to oczywiście oznaka troski i niewątpliwie dobre odżywianie to podstawa zdrowia. Niestety ciężar tej troski zbyt często spoczywa po stronie ilości, a nie jakości. Matki (zwykle są to matki) na całym świecie obawiają się, że ich dzieci za mało jedzą. O ile jednak strach ten jest uzasadniony w środowisku, gdzie naprawdę brakuje jedzenia, o tyle w świecie zachodnim prawdziwym problemem jest wzrastająca otyłość dzieci. Mimo to matki nadal sądzą, że właśnie ich pociecha nie zjada wystarczająco dużo.

Problemem są oczekiwania dorosłych

Carlos González, hiszpański pediatra i specjalista od żywienia dzieci, otrzymywał wiele sygnałów od zaniepokojonych mam pacjentów, aż doszedł do wniosku, że słowa: „Moje dziecko nie chce jeść” to najczęściej wypowiadanie zdanie w gabinecie lekarskim. Napisał więc książkę pod takim właśnie tytułem, w której pierwszym rozdziale wyjaśnia bez ogródek: „Brak apetytu to problem związany z równowagą między tym, co dziecko zjada, a tym, co powinno zjeść według oczekiwań jego rodziny. Problem znika wraz ze wzrostem apetytu dziecka lub zmniejszeniem się oczekiwań jego otoczenia. Z reguły nie da się zmusić dziecka, by jadło więcej (i całe szczęście, bo byłoby to niebezpieczne). Celem tej książki jest więc zmniejszenie oczekiwań czytelników tak, by zbliżyły się do rzeczywistości”.

Książka, która uspokoiła już niejednego rodzica – szukajcie w Wydawnictwie Mamania

Kolejne rozdziały poświęcone są fizjologii odżywiania się dzieci, czyli wyjaśniają, ile dziecko (od niemowlęcia do nastolatka) faktycznie potrzebuje jeść i w jaki sposób jest w stanie samodzielnie regulować sobie dietę już od urodzenia. Podobne obserwacje, jak dr González, mają też inni specjaliści, na przykład Gill Rapley – autorka książek o BLW (Baby-lead weaning), czyli rozszerzaniu diety niemowlęcia poprzez umożliwienie mu dostępu do zdrowego jedzenia i pozwolenie, by samo je jadło (lub nie). BLW to oczywiście prosta droga do tego, żeby dzieci jadły mniej, niż byśmy chcieli. Jak się okazuje, jest to z korzyścią dla nich.

Większość naszych dzieci dostaje za dużo jedzenia

Problem z oczekiwaniami dorosłych polega w dużym stopniu na tym, że nie znamy dokładnie wytycznych. Trudno jest odgórnie ustalić, ile i czego powinno zjeść konkretne dziecko i choć znane są pewne normy dotyczące średniej ilości kalorii i poszczególnych substancji odżywczych, to towarzystwa naukowe unikają wydawania szczegółowych nakazów dotyczących jadłospisu. Jest to całkiem logiczne, gdy weźmiemy pod uwagę różnice indywidualne pomiędzy dziećmi. Czy podkarmiany piersią dwunastokilowy dwulatek, którego główną pasją są puzzle, potrzebuje tyle samo posiłków, co jego tęższy rówieśnik całymi dniami szalejący na jeździku i jedzący już tylko pokarmy stałe? Oczywiście nie. Carlos González wyjaśnia też, że na przykład dziecko półtoraroczne ma podobne zapotrzebowanie energetyczne, co gdy miało dziewięć miesięcy. Tymczasem większość dorosłych oczekuje, że – będąc dwa razy starszy – młodzian zje dwa razy więcej. Gdyby dzieci rzeczywiście to robiły, szybko zamieniłyby się w małe słonie zamiast, zgodnie z normą, przybierać na wadze coraz wolniej. Kłopot ten dotyczy także niemowląt karmionych piersią, które po trzech miesiącach przestają tak szybko przybierać na wadze, a rodzice lub lekarz nie wiedzą, że to zupełnie naturalne.

Według popularnej teorii żołądek człowieka jest wielkości jego pięści. Oczywiście żołądek jest workiem mięśniowym i może się rozciągnąć, ale umówmy się, że nie jest to naszym celem. Jeżeli przyjmiemy założenie, że podobnie jest u dzieci, to zauważamy od razu, jak małe są ich piąstki. Niektóre dzieci potrafią zjeść porcję sporo większą niż ich garść, ale takie porównanie pomaga zrozumieć, czemu porcja na talerzu dziecka jest zwykle za duża. Tak duża, że maluch może nawet nie chcieć się do niej zabrać. Pół biedy, jeśli pozwalamy mu jeść samodzielnie. Gorzej bywa, gdy karmimy łyżeczką czy butelką, bo niezwykle łatwo wtedy ulec pokusie wmuszania jedzenia.

Dzieci zwykle bardzo lubią jeść samodzielnie

Nigdy, przenigdy nie zmuszaj dziecka do jedzenia

Wmuszanie jedzenia to każde działanie, które ma sprawić, że dziecko zje więcej, niż samo zdecydowało. Przede wszystkim praktyki takie, jak wkładanie łyżeczki do ust dziecka podstępem, gdy ma odwróconą uwagę lub siłą. Wkładanie drugiej osobie czegokolwiek do ust na siłę to przemoc w sferze oralnej i moim zdaniem może być uzasadniona wyłącznie, gdy chodzi o naprawdę niezbędne leki, a i wtedy spróbujmy najpierw wszystkiego innego. Karmieniem na siłę jest także podawanie butelki dziecku, gdy śpi i nie sygnalizuje głodu. Zabawianie, włączanie bajki, „leci samolocik” i „za tatusia, za babcię” to także bardzo ryzykowne praktyki. W ten sposób bowiem uczymy dziecko, że nie może słuchać swojego własnego apetytu. Tymczasem apetyt jest biologicznym mechanizmem, który pozwala nam regulować ilość spożywanych kalorii i jest niezwykle ważne, żeby człowiek umiał rozpoznawać uczucie głodu oraz sytości i słuchać ich. Zaburzenie tego instynktu prowadzi nie tylko do otyłości czy niewłaściwego odżywiania. Może też w przyszłości powodować bardzo poważne, niebezpieczne zaburzenia takie jak bulimia czy anoreksja. Malutkie dzieci bronią się przed przekarmianiem odmawiając posiłków, płacząc, zaciskając usta, przetrzymując jedzenie w buzi lub wymiotując, jeśli ostatecznie uda się je zmusić do przełknięcia.

Ze zmuszaniem czy nadmiernym namawianiem do jedzenia jest jeszcze jeden problem, wcale niemały: posiłki stają się katorgą. Znacie to uczucie, gdy zamiast cieszyć się, że wszyscy razem usiądziecie do stołu, zjecie coś smacznego i pobędziecie razem – martwicie się, czy dzieci cokolwiek zjedzą? Napięcie wokół posiłków oczywiście napędza niechęć do nich, a wszelkie namawianie może jedynie zmniejszyć szansę, że cokolwiek trafi do buzi. Im bardziej jedzenie będzie się maluchom kojarzyć ze stresem, tym większa będzie ich niechęć do jedzenia i wszystko się zapętla. W przypadku kilkulatków do stresów rodzica dochodzi wybiórczość żywieniowa dzieci. Ten etap zaczyna się mniej więcej około dwóch lat i trwa, jak się czasem wydaje, w nieskończoność. Carlos González wyjaśnia, że prawdopodobnie jest to pozostałość z czasów pierwotnych, instynkt, który chronił chodzące już swobodnie wokół grupy maluchy, by nie zjadły czegoś trującego. Dlatego w pewnym wieku dzieci wybierają tylko dobrze sobie znane produkty.

Jedyną osobą, która wie, ile dziecko musi zjeść, jest ono samo

Co więcej, wiadomo też, czemu większość naszych pociech nie chce warzyw. Surówka? Zapomnij. Sałata? Najwyżej skrawek. Kalafior? Ble! Kluczem do zrozumienia tego zachowania jest wiedza o kaloryczności produktów i – znowu – pojemności żołądka. Małe dzieci mają małe brzuszki, a potrzebują dużo energii. Po prostu nie mogą napchać się marchewką, to kompletnie nieopłacalne z energetycznego punktu widzenia. Dlatego ulubione posiłki dzieci w pewnym wieku na całym świecie wyglądają podobnie: makaron, ziemniaki, naleśniki, mięso i ewentualnie sos pomidorowy. No i banany, oczywiście. Znacie to?

Sorry, matko, to raczej nie przejdzie…

Co więc zrobić, żeby nie być jednym z tych panikujących rodziców? Najprostsza odpowiedź jest najtrudniejsza: zaufać dziecku (uprzednio schowawszy słodycze). Odpuścić. Nie naciskać. González proponuje zważyć dziecko, przez dwa tygodnie w żaden sposób nie namawiać do jedzenia, a potem zważyć jeszcze raz. Nie schudło? Świetnie, czyli system działa! Czasem pomaga też, gdy zdamy sobie sprawę, że sok, mleko, jogurcik to też jest dla małego dziecka posiłek, może więc wasz maluch tak naprawdę zjada pięć posiłków, a nie jeden, jak wam się dotąd zdawało? Jeszcze jeden aspekt, który powoduje niepotrzebne napięcie, to traktowanie osobiście tego, że my gotujemy, a szkrab nie je. On nie robi tego złośliwie. Nie przejmuj się i gotuj dla siebie, smacznego!

Na koniec trzeba dodać, że istnieje bardzo niewielka grupa dzieci, które rzeczywiście nie jedzą. Mogą to być dzieci z anemią, która osłabia apetyt. Po leczeniu zgodnym z zaleceniami lekarza sytuacja powinna się poprawić. Niekiedy problem dotyczy innych zaburzeń rozwojowych lub schorzeń, jak wiotka krtań, nadwrażliwość buzi czy kłopoty z napięciem mięśniowym. Wówczas należy zgłosić się do odpowiednich lekarzy albo do szkoły terapii karmienia. W żadnym z wymienionych przypadków przymuszanie do jedzenia również nie przyniesie nic dobrego.

Luca
Luca

Piszę do internetu od ponad dziesięciu lat, obecnie dla IgiMag, Kwartalnika Laktacyjnego i na swojej stronie Milk Power. Trzy lata temu ukończyłam kurs dla Promotorek Karmienia Piersią i od tej pory robię w cyckach. Lubię NVC, Rodzicielstwo Bliskości i w ogóle relacje zamiast reakcji. Kocham jeść, nie cierpię gotować. Imię i nazwisko posiadam, ale nawet mama mówi do mnie: „Luca”.


AUTOR

Polecamy

Komentarze