O sadystach, jasnowidzach, agentach FBI i najgłośniejszej zbrodni w Polsce. „Skóra” 19 lat później

Czy to już koniec tej zagadki?
19 minut czytania
2481
0
Michał Piasecki
Michał Piasecki
24 października 2017

Robert J. przechadza się po jednoosobowej celi przy ulicy Montelupich w Krakowie. Ma na sobie drelich w jaskrawym czerwonym kolorze. To oznacza, że w „białko”, jak za kratami nazywają dokumenty, ma wpisaną klasę „N” – szczególnie niebezpieczny osadzony. Policja uważa, że ten misiowatej postury, krótko ostrzyżony 52-latek to słynny „kuśnierz”, który oskórował Katarzynę Z., studentkę krakowskiej uczelni, niemal dwie dekady temu.

Sprawa „skóry” z Krakowa przez 19 lat była najbardziej tajemniczym morderstwem, z jakim przyszło się mierzyć polskim organom ścigania. Było to zdarzenie tyleż odrażające, co bezprecedensowe: bestialski, sadystyczny i oparty o głośny film „Milczenie owiec” mord, który pozostawał bezkarny. Dewiant torturował i obdarł ze skóry młodą dziewczynę, a potem zapadł się pod ziemię. Jego przypadek przeczył teoriom zbudowanym na zachowaniach wszystkich znanych FBI psychopatów i seryjnych zabójców.

Milczenie owiec w Krakowie

Swoisty kunszt polskiego mordercy podziwiali eksperci z akademii FBI w Quantico i specjaliści od tortur z Portugalii. W sprawę zaangażowano media, jasnowidzów, pionierskie technologie, a nawet Brunona Kwietnia (terrorystę, który zdaniem ABW planował wysadzenie Sejmu i Senatu).

Odnaleziona w Wiśle skóra 23-letniej studentki dała przyczynek nieskończonej liczbie teorii, domysłów i miejskich legend. Nazywana sprawą „kuśnierza”, „skóry”, „polskiego Milczenia Owiec” czy „Buffalo Billa z Krakowa” stała się największą kryminalną zagadką ostatnich dwóch dekad w Polsce. Każdy, kto w grodzie Kraka spędził więcej niż miesiąc, przynajmniej trzy razy słyszał o skrytym gdzieś w tłumie psychopacie skórującym kobiety pod osłoną nocy. To na kanwie tej sprawy powołano do życia legendarne, okryte mrokiem licznych tajemnic, policyjne Archiwum X.

Stopień wodny Kraków-Dąbie. To tu znaleziono ciało Katarzyny Z. (fot. Ithil, CC BY-SA 2.5 via Wikimedia Commons))

Czy to będzie już koniec?

4 października 2017 roku, ulica Trynitarska przy skrzyżowaniu z ul. Gazową na krakowskim Kazimierzu.

Jest kilka minut przed godziną 15.00. Rozlega się jęk policyjnej syreny, słychać ryk silnika, pisk opon, krzyki. Nie wiadomo skąd, na ulice wypada kilkunastu zamaskowanych funkcjonariuszy operacyjnych. Niczego niepodejrzewający Robert J. właśnie otwiera drzwi wejściowe niepozornej kamienicy. Ubrany w szarą kurtkę przysadzisty mężczyzna z czarno-pomarańczowym plecaczkiem zostaje sprawnie skuty i wpakowany do policyjnego busa. Wszystko rejestruje kilka kamer. Tak wygląda zatrzymanie słynnego Buffalo Billa z Krakowa, który wymykał się policji przez prawie 20 lat, choć od początku był głównym podejrzanym.

Robert J. usłyszał zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Złożył obszerne zeznania, choć nie na wszystkie pytania śledczych chciał odpowiadać. Nie przyznał się do winy. Sąd zgodził się na wnioskowany przez prokuraturę trzymiesięczny areszt. Jednocześnie skierował aresztowanego na badania psychiatryczne. Biegli podejrzewają, że jest schizofrenikiem. Wiadomo, że mężczyzna leczył się w przeszłości. Otrzymał status więźnia szczególnie niebezpiecznego. To oznacza, że jest przetrzymywany w jednoosobowej, stale monitorowanej celi na oddziale psychiatrii. Strażnicy nie pozwalają mu nosić nawet własnych kapci. Musi używać więziennego obuwia bez sznurówek i charakterystycznego czerwonego drelichu. Za każdym razem, gdy opuszcza celę lub do niej wraca, robi to pod wzmożonym nadzorem, a strażnicy poddają go kontroli osobistej.

W tym czasie śledczy przeszukali już jego mieszkanie i piwnicę. W poszukiwaniu śladów krwi skuli nawet tynki. Robert J. położył je 19 lat temu. W tym samym czasie, gdy z Wisły wyłowiono szczątki Katarzyny Z.

Płaszcz z ludzkiej skóry

6 stycznia 1999 roku, nabrzeże Wisły w rejonie Zabłocia w Krakowie.

Mieczysław M., kapitan pchacza typu „Łoś”, klnie po nosem. Czuje, jak spadają obroty silnika. To oznacza, że w śrubę znów wkręciły się dryfujące po rzece śmieci i gałęzie. Powoli dopływa do brzegu i cumuje barkę. Dopala papierosa i idzie do domu. Nie przejmuje się dryfkotwą. To codzienność. Za oczyszczanie śruby bierze się dopiero na drugi dzień. Po zdjęciu dekla włazu bezpieczeństwa nad komorą śruby próbuje wypchnąć śmieci bosakiem. Wtedy okazuje się, że na wale śruby znajduje się olbrzymi kawał ludzkiej skóry.

Początkowo lekarz stwierdza zgon bez udziału osób trzecich. To nie żart. Policja przyjęła całkiem prawdopodobną wówczas wersję wydarzeń mówiącą, że dryfujące w Wiśle zwłoki wkręciły się w śrubę barki. Dopiero po rozłożeniu znaleziska okazało się, że to nie śruba zmieliła i oskórowała ciało. To były precyzyjne, fachowe i dobrze przemyślane cięcia. W protokole stwierdzono, że „skóra pochodzi z przedniej części kobiecego korpusu, jest pozbawiona tkanek kostnych, posiada widoczny pępek i fragmenty owłosienia łonowego”. Skóra była zszyta na kształt ubrania – czegoś w rodzaju płaszcza. Całość została zawinięta w sweter ofiary z wyciętym kraciastym wzorem. Dopiero z czasem śledczy zorientowali się, że jest on niemal identyczny z tym, jaki pojawia się w finałowej scenie „Milczenia owiec”. Film o Buffalo Billu – sadystycznym mordercy, obdzierającym kobiety ze skóry i zszywającym z nich odrażający kostium – miał w Polsce telewizyjną premierę kilka miesięcy wcześniej.

W Krakowie zapanowała panika – według opinii publicznej morderca czyhał na kobiety w parkach i nad Wisłą

Kilka dni później przeprowadzono pierwsze w Polsce badania DNA na potrzeby policji. Okazało się, że ofiara to zaginiona niecałe dwa miesiące wcześniej studentka religioznawstwa.

Tajemnice smutnej Kasi

12 listopada 1998 roku, budynek przychodni na os. Uroczym w Nowej Hucie.

Bogusława Z. siedzi pod drzwiami gabinetu psychologa. To chyba jedyne drzwi w przychodni, przed którym nie kłębi się kolejka pacjentów. Kobieta spogląda nerwowo na zegarek. Już po godz. 18.00. Córka jest spóźniona. To dziwne, zazwyczaj jest bardzo punktualna, choć nie ukrywa, że nie lubi tych cyklicznych spotkań z psychologiem. Matka czeka. Wreszcie wychodzi przed budynek, gdzie znowu czeka dłuższą chwilę. Potem wraca pospiesznie do mieszkania. Tam jednak nie zastaje córki. Bogusława Z. już przeczuwa, że stało się coś złego. Ponownie wychodzi. Tym razem idzie na policję, gdzie zgłasza zaginięcie. Ma straszliwego pecha.

Policjanci z całego Krakowa są zajęci w tamtym czasie poszukiwaniem niejakiego „Miśka”, który podczas słynnego meczu pucharu UEFA pomiędzy Wisłą a włoską Parmą, trafił w głowę nożem rzuconym z trybun w Dino Baggio. Zirytowani funkcjonariusze każą matce wracać do domu. Znajdzie się – mówią. W pewnym sensie mieli rację. Dwa miesiące później skóra Katarzyny Z., a po pewnym czasie także odcięta noga i pośladki, zostają wyłowione z Wisły. Reszty ciała do dziś nie odnaleziono.

23-latka była skrytą i tajemniczą osobą. Lubiła samotność, góry, książki sci-fi, muzykę klasyczną i hipisowski Grateful Dead. Do swojego świata dopuszczała nielicznych. Miała tylko dwie bliższe koleżanki. Jedną z nich była Anna G. – dziś nauczycielka angielskiego. Zdaniem części mediów, kobieta wie więcej o zniknięciu Katarzyny Z. i jej relacji z oprawcą, niż chce powiedzieć. Unika jednak tematu i dziennikarzy jak ognia.

Jedynym powiernikiem Katarzyny Z. był jej ojciec. Pracował w szkole. W 1996 roku zmarł z powodu komplikacji po wypadku w Tatrach. To córka namówiła go na wyjazd. Potem nie mogła sobie tego darować. Po jego śmierci pogrążyła się w depresji. Stała się jeszcze bardziej zamknięta i wycofana. Matka i lekarze nie umieli jej pomóc.

Katarzyna Z. była bardzo inteligentna. Dostała się na studia psychologiczne. Nie umiała się jednak na nich odnaleźć. Po roku zrezygnowała i zaczęła studiować historię, którą także porzuciła na rzecz religioznawstwa. Na trzy tygodnie przed śmiercią przestała pojawiać się na uczelni. Jej matka nie miała o tym pojęcia. Podobnie jak o tym, że córka zatrudniła się jako sprzątaczka w Instytucie Biochemii Lekarskiej UJ pod fałszywym nazwiskiem.

Zamiast chodzić na uczelnię Katarzyna Z. zaczęła często włóczyć się po kinach, sklepach z płytami i kawiarniach w centrum Krakowa. Pojawiała się także regularnie w nieistniejącym już klubie Pod Przewiązką (podziemia akademika Bydgoska). Co niedziela odbywały się tam giełdy muzyczne.

Przyjaciel ojca – kochanek Roberta J?

Czy to tam poznała Roberta J.? A może w Sukiennicach, gdzie często przychodziła, a on pracował dorywczo. Tego nikt nie wie. Pewnym jest jednak, że się znali. Być może poznał ich tajemniczy mężczyzna – 70-letni dziś przyjaciel jej ojca, który odwiedzał ich dom po jego śmierci. Znali się z pracy w jednej ze szkół. Mężczyzna był także nauczycielem i długoletnim powiernikiem 20 lat młodszego od siebie Roberta J. Zdaniem części dziennikarzy zajmujących się sprawą, panów miało łączyć coś więcej niż tylko męska przyjaźń… Zdecydowanie więcej. 70-latek został przesłuchany po zatrzymaniu Roberta J. Śledczy nie zdradzają ani słowa z tego, co zeznał.

Wisła być może nadal skrywa to, czego nie udało się odnaleźć do dziś

Nie jest pewne, czy Robert J. i Katarzyna Z. byli parą. Na pewno się spotykali. Dziewczyna bardzo zmieniła się pod wpływem mężczyzny. To dla niego zaczęła się odchudzać, inaczej ubierać, przefarbowała włosy na blond. Robert J. uznawał tylko blondynki. Razem znikali gdzieś na peryferiach Krakowa. Co robili i co ich łączyło, do dziś pozostaje tajemnicą. Wiadomo, że wszystko zaczęło się na trzy tygodnie przed jej zniknięciem. Dokładnie wtedy, gdy przestała chodzić na zajęcia.

Policyjny amok

Już kilka dni po wyłowieniu skóry Katarzyny Z. jasnym stało się, że to sprawa bezprecedensowa (z czasem okazało się, że wręcz w skali światowej). Kraków szalał już wówczas z przerażenia. Miasto dusiło się strachem przed sadystą skórującym ofiary. Zapanował stan podobny do zbiorowej paniki. Ludzie zabraniali dzieciom wychodzić z domów. Po zmroku ulice pustoszały. Mało kto miał odwagę spacerować nadwiślańskimi bulwarami. Media rzucały się na każdy, hipotetyczny nawet ślad w sprawie.

Nic dziwnego, że władze wszystkich szczebli wywierały gigantyczną presję na policję, by jak najszybciej wyjaśnić sprawę. Potrzebny był sprawca. Dlatego śledczy szybko ukuli teorię – z perspektywy czasu więcej niż kontrowersyjną – że za morderstwem stoi Jakub P. To cichy i skromny chłopak, który handlował płytami na giełdzie w klubie Pod Przewiązką. Znał Katarzynę Z., która szukała u niego nagrań Grateful Dead. Jedna z koleżanek zeznała, że dziewczyna chyba zakochała się w Jakubie P., a on nie wiedział, co z tym zrobić.

Czy to jednak był powód, żeby zabić? Zdaniem (naciskanej przez władze) policji – tak. Tym bardziej, że ojciec chłopaka był policjantem. Śledczy uważali, że pomógł synowi uprowadzić, zamordować i rozczłonkować dziewczynę. Podejrzewany funkcjonariusz rzeczywiście dużo wypytywał o postępy w śledztwie i ewidentnie „węszył”. Jak sam potem przyznał w rozmowie z mediami, czuł, że on i syn są wrabiani. Potrzebne były szybkie efekty i wiarygodny kozioł ofiarny. Pilnował więc, jak umiał, by nie fałszowano dowodów. Po tym, jak lansowana przez śledczych teoria upadła, odszedł z policji.

Na horyzoncie pojawił się nowy, jeszcze bardziej pasujący podejrzany. Kilka miesięcy po wyłowieniu z Wisły skóry, Krakowem wstrząsnęła inna historia rodem z horroru. Pochodzący z Rosji student UJ, Władimir W., zabił własnego ojca i w taki sposób zdjął skórę z jego głowy i twarzy, że naciągał ją na siebie jak kominiarkę. Wszystko przy użyciu prostych kuchennych narzędzi. Zrobił to, by udawać ojca przed dziadkiem.

Śledczy rzucili się na tę sprawę, przekonani, że dwa podobne w swym bestialstwie mordy w ciągu kilku miesięcy w tym samym mieście nie mogą być przypadkiem. Niestety, tak właśnie było. Nie znaleziono nawet cienia powiązań pomiędzy Władimirem W. i Katarzyną Z. Rosjanin został z czasem – na własną prośbę – deportowany do swojej ojczyzny, gdzie odsiaduje resztę wyroku.

FBI: Kryminalny ewenement

Śledczy zaczęli kręcić się w miejscu. Pojawiały się kolejne teorie – wielu sprawców, wyjazd mordercy za granicę, jego śmierć, wieloletnia odsiadka w zupełnie innej sprawie… Czas mijał, a sprawa „kuśnierza” tonęła w coraz gęstszej mgle niewiadomych, strachu i miejskich legend.

W sprawę zaangażowano wreszcie FBI. Agenci najbardziej znanej na świecie jednostki śledczej byli porażeni szczegółami zbrodni. Ich zdaniem było to niebywale wierne odwzorowanie fabuły „Milczenia owiec”. Sprawca utożsamiał się z filmową postacią Buffalo Billa – nie miał skrupułów i był skrajnie okrutny, gdyż cierpienie ofiary podniecało go seksualnie bardziej, niż ewentualny stosunek. Kryminolodzy nazywają taką zbrodnie morderstwem ekwiwalentnym. To skrajna forma sadyzmu opisana przez markiza de Sade – polega na zastąpieniu satysfakcji seksualnej przedłużanym cierpieniem i brutalną śmiercią męczonej ofiary.

Wielokrotnie uważano, że udało się odnaleźć „kuśnierza” – wszystkie rozwiązania okazywały się błędne

Psycholodzy z FBI byli więcej niż pewni, że sprawca powtórzy atak. To co zrobił zdradzało, że jest seryjnym zabójcą, nawet jeśli początkowo nie planował dalszych morderstw. Z analiz FBI na temat wszystkich podobnych zbrodni wynikało, że w przypadku tak wynaturzonych pragnień o podłożu seksualnym, podniecenie i głód dalszych doznań zawsze okazują się silniejsze. Innymi słowy, morderca prędzej czy później zabije ponownie w bardzo podobny sposób, szukając tej samej lub silniejszej satysfakcji, nad która nie umie zapanować.

Jednak morderca Katarzyny Z. okazał się ewenementem przeczącym kryminalnym regułom FBI. Krakowski „kuśnierz” nie uderzył ponownie. Wbrew twierdzeniom psychologów i kryminologów, potrafił wtopić się w tłum i ukryć swoje pragnienia seksualne, choć przekroczył wcześniej granicę i poznał smak chorej satysfakcji. Gdy w 2005 roku w parku Jerzmanowskich w Krakowie znaleziono ciało z precyzyjnie odciętą głową, śledczy byli pewni, że to on. Jednak sprawca tej zbrodni wpadł sześć lat później i ze sprawą „skóry” nie miał nic wspólnego.

Eksperci z FBI przygotowali drobiazgową analizę psychologiczną „kuśnierza”. Wynikało z niej, że jest cichym i niebudzącym niczyich podejrzeń ekscentrykiem z trudnym dzieciństwem i homoseksualnymi skłonnościami. Do życiorysu Roberta J. pasowało to jak ulał.

Dziwak z Kazimierza

Całe sąsiedztwo dobrze znało Roberta J. 52-latek był nazywany „dziwakiem z Kazimierza”. Jest niezwykle inteligentnym i bystrym, ale zarazem trudnym i konfliktowym człowiekiem, o skomplikowanej i niejasnej osobowości. Trudno jednoznacznie go sklasyfikować. Część sąsiadów twierdzi, że w przeszłości miał ewidentne problemy natury psychicznej.

Od dziecka fascynował się muzyką. To zaawansowany w swym hobby audiofil. Sam konstruował i składał sprzęt muzyczny – wzmacniacze, przestery i głośniki. Jednocześnie znany był z tego, że znęca się nad okolicznymi psami i kotami. Z lubością patroszył też ryby, a wędkował bardzo chętnie. Bardzo lubił też długie nocne spacery nad Wisłą. Dał się też we znaki niemal wszystkim sąsiadkom. Część z nich prześladował, śledził, podglądał przez lornetkę, obrażał i straszył w wulgarnych listach. Kilka kobiet wyprowadziło się z okolicy właśnie z jego powodu. Większość z nich była blondynkami.

Robert J. mieszkał raptem kilkaset metrów od miejsca, gdzie wyłowiono skórę. Żył z renty razem z matką. Jest synem krakowskiego poety Józefa J. Jego ojciec kontynuował wielopokoleniową tradycję swojej rodziny, polegającą na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad dziećmi. Sam był ofiarą przemocy domowej i tak też traktował Roberta i jego siostrę Joannę. Matka także dokładała swoje. Co ciekawe, oboje rodziców było jednocześnie głęboko religijnych.

Przez pewien czas Robert J. mieszkał z matką w Kanadzie, gdzie oboje pracowali. Wrócił jednak do Polski na początku 1998 roku Dłuższy czas mieszkał wtedy sam. To wtedy dowiedział się, że rodzice się rozwodzą. Ojciec odszedł do innej kobiety, a matka została w Kanadzie. Był sfrustrowany. Mniej więcej wtedy poznał Katarzynę Z.

Zbrodnię w parku Jerzmanowskich także wiązano ze sprawą zamordowania Katarzyny Z. (fot. MiK Kraków, CC BY-2.0)

Jak twierdzą jego sąsiedzi, Robert J. uważa się za szczególnie inteligentnego, błyskotliwego i przenikliwie pomysłowego. W swoim mniemaniu przerasta intelektem zdecydowaną większość społeczeństwa. Sposób jego wysławiania się, filozoficzne wtręty i zawiła logika, sprawiały, że był jednak bardzo niekomunikatywny. Przypominał niespełnionego naukowca. Pisał starannymi drukowanymi literami, co zdaniem ekspertów zdradza ludzi zdolnych, ale zamkniętych w sobie. Skończył jedynie zawodówkę. Jak wykazało jedno z dziennikarskich śledztw, został wyrzucony ze szkoły po pierwszej klasie. Miał opinie krnąbrnego i pyskującego ucznia. W szkole wpadł na pomysł wykręcania z boazerii na korytarzu jednej śrubki dziennie. Oczywiście zakończyło się to spektakularnym oderwaniem się całości od ściany i wielką awanturą.

Damskie ciuszki, prosektorium i wypatroszone króliki

Mężczyzna lubił kupować damską bieliznę. Wobec kobiet miał ponoć bardzo precyzyjne wymagania. Dotyczyły one m.in. wykształcenia i właśnie noszonej bielizny. Sam chodził na solarium, robił sobie nagie zdjęcia i pokazywał je niektórym kobietom. Z kilku różnych źródeł wynika, że był aktywnym biseksualistą i fetyszystą. Jednocześnie przez długi czas trenował sztuki walki (to ważne w kontekście obrażeń, jakie znaleziono na ciele Katarzyny Z.).

Nie czytam gazet, nie mam telefonu komórkowego, nie oglądam telewizji – mówi sam o sobie Robert J. Wiadomo jednak, że prowadził wiele zapisków w swoim notesie. Policja znalazła w nim – to nieoficjalne informacje – zawoalowany opis morderstwa oraz kronikę jego erotycznych schadzek: dziesiątki kobiecych nazwisk, adresów i opisów. Zdaniem psychologów, Robert J. nigdy nie zdefiniował swojej pełnej tożsamości seksualnej. Po morderstwie Katarzyny Z. stał się bardzo religijny. Do kościoła chodził codziennie, najczęściej do Bonifratrów przy ul. Krakowskiej. Siadał zawsze w tym samym miejscu – w pierwszej ławce. Był aż przesadnie zaangażowany w życie lokalnej wspólnoty modlitewnej.

Gdzieś w połowie lat 80. Robert J. otrzymał powołanie do wojska. Służbę odpracował w szpitalu przy ul. Trynitarskiej, który dziś jest w rękach Bonifratrów. Wówczas znajdowało się w nim prosektorium. Nie jest jasne, co dokładnie i w jakim czasie robił tam Robert J. Wiadomo jednak, że miał dostęp do zwłok, a jednym z jego zadań było ich przenoszenie. Później był zatrudniony m.in. w Instytucie Zoologii UJ, z którego został w pewnym momencie wyrzucony. Za co? Podczas swojej nocnej zmiany wszedł do pomieszczenia, gdzie trzymano króliki przeznaczone do badań naukowych. Wszystkie wypatroszył. Przełożonym nie umiał wyjaśnić, dlaczego to zrobił. Wcześniej bardzo interesował się techniką skórowania zwierząt. To wszystko, zdaniem śledczych, tłumaczy niesłychaną wprawę z jaką sprawca oskórował ciało Katarzyny Z.

Archiwum X, jasnowidz i tajemnica spowiedzi

Od samego początku sąsiedzi plotkowali, że to Robert J. stoi za brutalnym morderstwem Katarzyny Z. Nie tylko oni byli tego zdania. Już kilka dni po znalezieniu skóry policja wpadła na jego trop. Przez prawie 20 lat był głównym podejrzanym. Dziś potwierdza to Bogdan Michalec szef policyjnego Archiwum X. – Co z tego, skoro przez te wszystkie lata niczego nie można było mu jednak udowodnić – dodaje.

Międzywydziałowy zespół do spraw niewyjaśnionych o charakterze operacyjno-śledczym, bo tak oficjalnie nazywa się małopolskie Archiwum X, ma na koncie kilkadziesiąt rozwiązanych zagadek kryminalnych, na których inni śledczy połamali sobie zęby. Jednak dopiero teraz jego członkowie będą mogli czuć się spełnieni. Dziś mało kto o tym pamięta, ale grupa powstała właśnie po to, by rozwikłać sprawę „skóry”.

O polskim Archiwum X napisano już setki materiałów i nakręcono dziesiątki reportaży. To jednostka oparta o pięciu doświadczonych policjantów, którzy biorą się za śledztwa, których nikomu nie udało się doprowadzić do końca. Uchodzą za elitę policji. To pierwsza tego typu grupa w Europie, która od początku ściśle współpracuje z bazą FBI w Quantico. Korzystają z najnowszych technologii policyjnych, ale także swoich irracjonalnych intuicji i bardzo niekonwencjonalnych metod, które sami wymyślają. Ich praca owiana jest legendami nie mniejszymi niż sama sprawa „skóry”. Wystarczy wspomnieć o angażowaniu w śledztwa jasnowidzów.

Czy morderca przez 19 lat prowadził spokojne życie na krakowskim Kazimierzu? (fot. Agnes Kantaruk/Shutterstock.com)

Prokuratura potwierdza, że w sprawie Roberta J. w materiale dowodowym znajdują się obszerne opisy, których autorem jest najbardziej znany polski jasnowidz – Krzysztof Jackowski. Nie, to nie jest żart. Jak ujawniono, przyczynił się on do ważnego przełomu w śledztwie. Policjanci z Archiwum X na różne sposoby próbowali sprowokować Roberta J. Krakowskie redakcje regularnie otrzymywały od nich „cynki”, że sprawa jest już na finiszu. Do mediów podrzucano też fałszywe tropy – np. informację, że mordercą jest młody doktorant z instytutu religioznawstwa. Takie techniki sprawdzały się już wcześniej. Dzięki fałszywym informacjom w mediach śledczym z Archiwum X udało się m.in. wyjaśnić słynną sprawę „hakowego z Podhala”. Robert J. pozostawał jednak niewzruszony ich  prowokacjami. Tym bardziej, że – jak sam wyznał – odcinał się od mediów. Dlatego śledczy sięgnęli po jasnowidza, który wprowadził w narrację o sprawie wątek niematerialny. To natychmiast podziałało na podejrzanego, który zaczął regularnie odwiedzać grób Katarzyny Z. Jackowski przyczynił się być może także do tego, że – jak wynika z jednego z dziennikarskich śledztw – Robert J. wyspowiadał się ze swojej zbrodni jednemu z bonifratrów. Duchowny już nie żyje. Tajemnicy spowiedzi nie złamał i zabrał ją ze sobą do grobu. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że swoim przełożonym powiedział, kto pojawił się w konfesjonale.

Rekonstrukcja zbrodni w 3D

W sprawie „skóry” był też jednak inne przełomy. Warto o nich wspomnieć, by pokazać, jak żmudną drogą śledczy latami dochodzili do celu. Udział agentów i psychologów z FBI był bardzo ważny, ale nie mniej istotna była ekspertyza specjalisty od tortur, którego ściągnięto z Portugalii. Wcześniej wykonano bezprecedensowy w naszym kraju „model obrażeń ofiary w 3D”. To pierwsze wykorzystanie takiej technologii przez policję w Polsce. Dzięki niemu można było odtworzyć trójwymiarowy przebieg morderstwa. Ujawniono, że oprawca zadał ofierze rany kłute ostrym narzędziem w szyję, pachę i pachwinę. Portugalski ekspert wykazał zaś szczegółowy charakter ciosów. Okazało się, że Katarzyna Z. była przed śmiercią katowana przez kogoś, kto dobrze znał sztuki walki, szczególnie technikę silnych kopnięć.

W 2016 roku ponownie przeszukano dno Wisły. Wykorzystano wówczas ekipę płetwonurków i sprzęt, który został skompletowany do poszukiwania zwłok w innej głośnej sprawie – zabójstwa Ewy Tylman. Wcześniej, w 2012 roku, przeprowadzono ponowną sekcję zwłok Katarzyny Z. Biegli z zakresu… botaniki orzekli, że pyłki roślin znajdujących się na szczątkach studentki dowodzą, że nie została ona zabita nad rzeką, lecz gdzieś w podziemiu.

Kuśnierza pogrążył papier

To wszystko pozwoliło zrekonstruować prawdopodobny przebieg zbrodni. Sprawca zabrał Katarzynę Z. z jej mieszkania rano. Dziewczyna nie stawiała oporu, znając mężczyznę. Wiele wskazuje na to, że porwaną kobietę umieszczono w piwnicy i podwieszono. Przed śmiercią ofiara była męczona psychicznie i maltretowana fizycznie. Oprawca poddał ją torturom: przez długi czas kopał, a potem zadawał ciosy twardym, tępym i tępokrawędzistym narzędziem, a następnie także ostrokrawędzistym, czyli nożem lub skalpelem. Prawdopodobnie kobieta wciąż żyła, gdy jej kat zdejmował z niej skórę. Na koniec poodcinał jej kończyny.

Po wszystkim morderca prawdopodobnie próbował zakładać na siebie zdjętą skórę ofiary. Nie wiadomo, co zrobił z resztą ciała. Skórę zabrał ze sobą. Do Wisły wrzucił ją dopiero miesiąc później.

Robert J. jest pierwszym zatrzymanym w tej ciągnącej się od 19 lat sprawie. Czy jest mordercą i słynnym „kuśnierzem z Krakowa”? Oceni to sąd. Prokuratura wątpliwości nie ma, choć przez prawie dwie dekady nie była w stanie tego udowodnić. Jaki więc błąd popełnił 52-latek, że wreszcie został zatrzymany? Nieoficjalnie, kluczowym elementem, który przesądził o zaciśnięciu się pętli dokoła Roberta J., był pewien list. Wiadomo jedynie, że jego autorem ma być kolega aresztowanego. Prawdopodobnie znajduje się w nim relacja ze zbrodni, która autor usłyszał od samego sprawcy. To jednak tylko spekulacje, bo na razie list jest najpilniej strzeżoną policyjną tajemnicą w całej sprawie.

Proces Roberta J. będzie zapewne jedną z najgłośniejszych spraw ostatnich lat, porównywalną ze sprawą morderców z Rakowisk czy matki małej Madzi z Sosnowca. O „skórze” usłyszymy więc jeszcze nie raz. Zapewne kwestią czasu jest także film o Buffalo Billu z Krakowa. Pozostaje mieć nadzieję, że nie znajdzie on swoich naśladowców, jak miało to miejsce w przypadku „Milczenia owiec”.

Michał Piasecki
Michał Piasecki

Absolwent filozofii (UJ) oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej (UPJPII). Studiował trzy kierunki na czterech uczelniach w dwóch miastach. Animator, wychowawca, dziennikarz i redaktor. Pasjonat popkultury, książek, przemian kulturowych i zachowań młodzieży. Entuzjasta nowych mediów i wyznawca death metalu. Kolekcjoner wszystkiego co mieści się w domu i/lub głowie. Wydawca aplikacji Upday.


AUTOR

Polecamy

Komentarze