Ostra jazda w białej sali, czyli przy jakich dźwiękach operują chirurdzy

Skalpel jak batuta
17 minut czytania
513
1
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
19 października 2017

Jeśli wybierasz się na operację, ciesz się, że będziesz pod wpływem narkozy. Inaczej mógłbyś nie znieść bodźców muzycznych, jakimi zaatakują cię chirurdzy. Jak się okazuje, 49 proc. spośród nich przy stole operacyjnym słucha ostrego rocka.

Kto by pomyślał, że muzycy rockowi, uchodzący za awanturników, skandalistów i wielbicieli alkoholu, narkotyków oraz przygodnego seksu, to w gruncie rzeczy herosi, którzy, wprawiając lekarzy w dobry nastrój, pomogli uratować tysiące pacjentów na całym świecie. Również w Polsce.

Laparoskopia przy dźwiękach rocka

Badania ankietowe przeprowadzone w tym roku przez serwis muzyczny Spotify wśród kilkuset chirurgów z USA i pięćdziesięciu innych krajów pokazują, że 90 proc. lekarzy tej specjalizacji podczas zabiegów operacyjnych słucha muzyki. Nie zawsze jest to rock. 48 proc. medyków wybiera pop, natomiast 43 proc. to tradycjonaliści lubiący poszperać w pacjencie przy dźwiękach utworów klasycznych (podczas badania lekarze mogli wskazać więcej niż jeden gatunek muzyki). Polscy medycy też chętnie używają skalpela, gdy z odtwarzacza sączy się melodia. Mało tego, są i tacy, którzy sami grają w kapelach.

Należy do nich profesor dr hab. Marcin Słojewski, urolog ze Szczecina i jeden z założycieli zespołu EndoPower. „Jest pewne podobieństwo między operacją a muzyką. Uczę wielu ludzi urologii, przeprowadzania operacji, a szczególnie laparoskopii, w której operuje się delikatnymi narzędziami przez otwory w ciele. Zawsze tłumaczę, że operowanie to jak granie na instrumencie, zawsze używa się dwóch rąk i trzeba umieć je odpowiednio skoordynować”, mówił w rozmowie z portalem Nasze Miasto. Ulubione zespoły nie tylko urologów to Metallica, Led Zeppelin, AC/DC czy Scorpions. A za najlepsze muzyczne wytwory skoordynowanych rąk uważają oni: „Break on Through” The Doors, „Whole lotta love” Led Zeppelin, „We will rock you” Queen, „Cocaine” Erica Claptona, „Rebel rebel” Davida Bowiego oraz „Paint it black” Rolling Stones. Z tych właśnie utworów skonstruowana jest playlista chirurgów.

Precyzja Mozarta, solidność rapera

O repertuarze decyduje zazwyczaj głównodowodzący chirurg. Reszta zespołu oczywiście akceptuje tę decyzję, choć na przykład anestezjolog miewa inne preferencje i, jak przystało na speca od zasypiania, nierzadko woli coś spokojniejszego. Chirurdzy ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu podkreślają, że posiłkują się muzyką wyłącznie w przypadku stosowania znieczulenia ogólnego, bo nie chcą narzucać swoich gustów muzycznych zestresowanym przed zabiegiem chorym. Warto dodać, że związany ze wspomnianą placówką geniusz kardiochirurgii prof. Zbigniew Religa, przeprowadzając arcytrudne operacje, słuchał „What a wonderful world” Louisa Armstronga.

Przy muzyce zmniejsza się ryzyko błędów w sztuce lekarskiej, a ręce stają się tak sprawne jak wtedy, gdy grają na fortepianie – mówi chirurg z Harvardu Claudius Conrad, posiadacz doktoratu z filozofii muzyki. Ten młody lekarz, a zarazem pianista zawsze operuje w obecności Mozarta i Scarlattiego, towarzyszących mu na etapie wykonywania ruchów wymagających największej precyzji. Przy zakładaniu szwów przerzuca się na gatunki mniej wysublimowane – techno i rap.

Frankenstein operuje śpiewająco

Zarówno polscy lekarze, jak i ich zagraniczni koledzy zwracają uwagę, że muzyka podczas operacji uspokaja i odpręża, poprawia humor i ułatwia koncentrację. Co nie znaczy, że lekarze nie radzą sobie i bez niej. Doktor Adam Domanasiewicz z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu, specjalista od przeszczepów kończyn, którego jedni nazywają polskim doktorem House’em, a inni, analizując niewiarygodne efekty jego zabiegów – wręcz Frankensteinem, lubi operować w asyście Led Zeppelin. Jednak podkreśla, że skoncentrowany jest zawsze, niezależnie od tego, czy pracuje przy dźwiękach czy w ciszy. Natomiast muzyka po prostu umila mu pracę.

W podobnym duchu wypowiada się światowej sławy urolog, a jednocześnie drugi z założycieli zespołu EndoPower – prof. dr hab. Piotr Chłosta z Krakowa. Zaznacza, że muzyka to jedynie tło, które nie może przeszkadzać. Najważniejszy zaś jest pacjent. Dlatego, jak pokazują badania Spotify, w kluczowych momentach operacji lub w razie komplikacji jest wyciszana. Profesor Chłosta, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego, mówi, że metoda laparoskopowa, jaką stosuje, to przemeblowywanie pokoju przez dziurkę od klucza. On sam lubi przemeblowywać m.in. przy dźwiękach AC/DC. Efekty? Współpracownicy powtarzają, że gdy profesor przystępuje do akcji, dokonuje cudów, na widok których wszystkim obecnym przy zabiegu opadają szczęki.

Prostata nie taka straszna, jak jej zagrają

Szczęki opadły też wszystkim uczestnikom kongresu naukowego Polskiego Towarzystwa Urologicznego, gdy w 2013 roku zobaczyli na estradzie swoich kolegów po fachu, którzy chwycili nie za instrumenty chirurgiczne lecz muzyczne. I tak prof. Chłosta sięgnął po gitarę i skrzypce, prof. Słojewski po gitarę prowadzącą, prof. Tomasz Szydełko z Wrocławia zajął się instrumentami klawiszowymi i wokalem, a dr Jerzy Skopiński z Warszawy zaśpiewał i zagrał na gitarze, podobnie jak doktor Jacek Kudelski z Białegostoku. Taki był rdzeń zespołu EndoPower, który gra do dzisiaj, choć został powołany do życia na jeden występ w czasie trwania kongresu. „Kapela nazwę zawdzięcza naszej wewnętrznej sile i endourologii, z którą każdy z nas jest związany”, tłumaczyli.

Obecnie ci wielbiciele muzyki, niektórzy nawet po muzycznych szkołach, w nieco innym składzie i ze wsparciem zawodowych muzyków wykonują okazjonalnie covery rockowo-bluesowych piosenek z repertuaru AC/DC, Pink Floyd czy Dżemu. Mają też na koncie autorską piosenkę promującą kongres urologów. Można ich podziwiać m.in. podczas krakowskiego festiwalu KultURO, który pokazuje, że muzyka ma wielką moc nie tylko na salach operacyjnych. To cykliczne przedsięwzięcie promujące profilaktykę w dziedzinie urologii i, mówiąc w uproszczeniu, posyłające do wszystkich diabłów tabu związane z chorobami pęcherza i prostaty.

Można na nim spotkać lekarskie sławy z Europy, a także pacjentów, dla których organizuje się bezpłatne konsultacje medyczne czy dzień otwarty w klinice urologicznej. Festiwal eventy branżowe łączy z tymi kulturalnymi – i tu oprawę muzyczną zapewnia oczywiście EndoPower. Mimo że, jak podkreślał w wywiadzie prof. Słojewski, jeden występ na estradzie to dla lekarzy-muzyków większe obciążenie psychiczne niż 100 operacji przeprowadzonych przy udziale wypełnionej po brzegi Sali Kongresowej.

Trzmiel nad wyrostkiem

Stres nie mniejszy niż ten EndoPowerowców przed występem odczuwają pacjenci czekający na operację. 22-letnia Agnieszka, jak sama o sobie mówi, jest nadwrażliwa i dlatego już w tak młodym wieku trafiła na oddział gastrologiczny jednego ze śląskich szpitali.

Chciałabym, żeby grzebano w moich uchyłkach jelitowych przy dźwiękach poezji śpiewanej, która koi i łagodzi – wyraża głośno swoje życzenie. – No tak, coś takiego mogła wymyślić tylko studentka polonistyki – odparowuje Darek, jej chłopak, który z zawodu jest rehabilitantem i w swojej pracy stosuje muzykoterapię. Tłumaczy więc, że muzyka na sali operacyjnej to nie koncert życzeń dla pacjenta, lecz ewentualne wsparcie dla operującego.  – Dźwięki, owszem, mają medyka odprężać, ale w razie potrzeby nadają odpowiednie tempo pracy. Nie mogą więc być zanadto rozmamłane. Gdyby lekarze chcieli dostosowywać się do wymagań swoich podopiecznych, to operowanemu entomologowi puszczaliby „Lot trzmiela” Rimskiego-Korsakowa, a pracownikowi zakładu pogrzebowego „Marsz żałobny” Chopina. A wtedy skutki zabiegów mogłyby być dla zainteresowanych opłakane – przekonuje.

Ale może nie w każdym przypadku? Gdyby tak elektryka potraktować repertuarem Elektrycznych gitar, mogłoby to wpłynąć pozytywnie zarówno na jego osobę, jak i na operujących, bo wokalista zespołu, Kuba Sienkiewicz, sam jest neurologiem, więc pewnie zna upodobania i kolegów po fachu, i pacjentów.

Podudzie w stanie depresyjnym

Pacjenta na bloku operacyjnym o gusta muzyczne wprawdzie nikt nie pyta, ale zazwyczaj pozostaje on w znieczuleniu ogólnym, więc prawdopodobnie jest mu wszystko jedno. Co jednak z tymi, którzy dostają znieczulenie niewyłączające w pełni ich świadomości? Pani Sonia, lat 39, niedawno przeszła zabieg reperujący jej złamane podczas karkołomnego spaceru kości podudzia. Miała kontakt z rzeczywistością i czuwającym przy niej anestezjologiem. Prowadzili „konwersację”, ale mimo to pacjentka cały czas słyszała stukanie, borowanie i piłowanie, będące efektem ubocznym starcia chirurgów z jej układem kostnym.

Oczywiście wolałabym słyszeć Anję Orthodox, którą kocham miłością bezgraniczną, ale nie wiem, czy lekarze podzieliliby moje upodobanie do tej artystki – mówi Sonia. – W jednym z wywiadów wokalistka opowiadała, że gdy poszła do psychiatry, ten od razu postawił diagnozę: depresja. Jak się okazało, lekarz znał doskonale pisane przez nią teksty piosenek i jej fanów, którzy masowo do niego trafiali. I spodziewał się, że jeśli oni  przychodzą, musi przyjść też ich guru. Zatem gdyby pod wpływem mrocznej muzyki stan depresyjny miał się udzielić operującym mnie lekarzom, to wolę już te odgłosy borowania – zwierza się pacjentka. Rzeczywiście repertuar, śpiewającej w stylu gotycko-rockowym, Anji Orthodox raczej trudno uznać za terapeutyczny. Sama mówi, że patrzy na świat satanicznie, w jednym z teledysków podnosi się z trumny, a w odniesieniu do jej twórczości używa się określeń typu „czarna farba poezji i dźwięków”.

Niepohamowany odruch taneczny

Jakich więc utworów można by słuchać, będąc w sytuacji naszej rozmówczyni? Otóż świetny przy znieczuleniu częściowym jest ponoć „Comfortably numb” zespołu Pink Floyd. Tak przynajmniej twierdzą dr David Bosanquet i Raphael Chavez, lekarze z wydziału chirurgii uniwersyteckiego szpitala w Cardiff (Walia), którzy opracowali, opublikowaną przez British Medical Journal, listę piosenek terapeutycznych. Pokazuje ona, że przy operacjach sprawdza się też „Stayin’ alive” zespołu Bee Gees, jeśli tylko lekarze pohamują naturalny przy niej odruch taneczny (ta piosenka ma też idealny rytm do przeprowadzania resuscytacji), natomiast w okresie rekonwalescencji doskonała jest „Wake me up before you go-go” grupy Wham.

Z kolei przy operacjach kardiologicznych sprawdza się bardzo dobrze „Un-break my heart” Toni Braxton. Choć gdyby operację wykonywali polscy specjaliści od chorób serca, pewnie wzbogaciliby ten repertuar. Wystarczy powiedzieć, że stworzyli oni znany i w kraju, i za granicą zespół Kardioband, który wykonywał już J. Haydna, E. Claptona, J. Hendriksa i K. Komedę. Kardiolodzy występowali w Teatrze Muzycznym „Roma” oraz brali udział w międzynarodowym projekcie, w ramach którego współtworzyli Philharmonic Doctors Opera i zaprezentowali operę Mozarta „Czarodziejski flet”. Prawykonanie mające charakter koncertu charytatywnego odbyło się w Stuttgarcie w 2010 roku.

Moc zdartych głosów

Operacyjno-lecznicza playlista wydaje się stabilna i dobrze spełniająca swoją rolę. Trzymajmy więc za nią kciuki i miejmy nadzieję, że żaden minister zdrowia ani kultury nie będzie chciał jej uzdrawiać, dostosowując do obowiązujących u nas standardów. Bo ani repertuar religijny, ani narodowo-patriotyczny nie zastąpi zdartych od wódy, dragów, papierosów i awantur głosów prawdziwych rockmanów. A najwyraźniej takich właśnie doznań trzeba wielu chirurgom biorącym odpowiedzialność za życie operowanych pacjentów.

Trzymajmy też kciuki za to, by za kilka lub kilkanaście lat polskie sale operacyjne nadal były zasiedlone przez lekarzy. Bo jeśli obecny konflikt między, walczącymi o zmianę warunków pracy, większe nakłady na służbę zdrowia i wyższe płace, rezydentami a rządem nie zostanie zażegnany i zdecydują się oni wyjechać za granicę, nie pozostanie nam nic innego, jak położyć się na stole operacyjnym, przy którym stanie Józefina Hrynkiewicz, posłanka PiS-u, która podczas niedawnej debaty sejmowej na temat służby zdrowia gorąco młodych medyków do emigracji „zachęcała”. A to byłoby bardzo ryzykowne posunięcie, niezależnie od tego, przy jakim repertuarze posłanka Hrynkiewicz lubi operować.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska

Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.


Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.


Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.


AUTOR

Polecamy

Komentarze