Piękny Władzio. Historia jednego z najgroźniejszych seryjnych morderców

"Elegancki morderca"
16 minut czytania
1196
0
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
18 października 2017

Władysław Mazurkiewicz – elegancki, przystojny jak z żurnala i śmiertelnie niebezpieczny. Kim był człowiek, któremu przypisywano nawet kilkadziesiąt morderstw?

W jego rękach nawet kanapka z szynką stanowiła narzędzie zbrodni. 20 października do kin wchodzi najnowszy film w reżyserii Krzysztofa Langa – “Ach śpij kochanie”. Andrzej Chyra wciela się w nim w postać Mazurkiewicza, nazywanego eleganckim mordercą. Przed seansem warto zajrzeć do książki Cezarego Łazarewicza pt. „Elegancki morderca”, w której ta pasjonująca historia została zwięźle opowiedziana i dobrze udokumentowana.

Kim był potwór z Biskupiej?

Towarzyski, wesoły, dowcipny, niezwykle grzeczny, honorowy, uprzejmy, szarmancki wobec kobiet, zrównoważony. Zwykły, miły człowiek. Takimi słowami najczęściej opisują go bliżsi lub dalsi znajomi. Regularnie jeździł na grób swojego ulubionego pieska, gdzie zasadził kwiaty ku czci pupila. Dzieciom z kamienicy na Biskupiej kupował czekoladki, bo wiedział, że w Polsce ludowej lat 40. i 50. jest to dobro luksusowe, niedostępne dla większości. Do tego wszystkiego nie pił wódki i nie używał wulgarnego języka. Przede wszystkim nie był jednak eleganckim i uczynnym amantem z Krakowa, a świetnym manipulatorem. Jeździł eleganckimi samochodami, otaczał się pięknymi kobietami i majętnymi ludźmi, był zawsze elegancko ubrany. Za pomocą swojego zachowania i zręcznie rozsiewanych plotek bez problemu przekonał otoczenie o swoich licznych koneksjach w świecie władzy czy polityki. Dzięki temu działał spokojnie i pewnie na czarnym rynku, gdzie zajmował się handlem walutą, złotem czy towarami, których próżno było szukać w polskich sklepach.

Czy jego dzieciństwo zapowiadało mroczną przyszłość? Matka, niezwykle piękna kobieta marząca o lepszym życiu, porzuciła małego Władka, gdy miał trzy latka i nie interesowała się losami chłopca, który tęsknił za nią szalenie. Gdy miał dziewięć lat popełniła samobójstwo po kłótni z narzeczonym. Jako dziecko lubił czytać kryminały i konfabulować, a jako młody chłopak dostał się na studia. Chciał być prawnikiem, ale po dwóch latach na Uniwersytecie Jagiellońskim bardziej niż nauka zaczęły go ciekawić życie towarzyskie i łatwy zarobek.

Zaczęło się od kanapki…

Makabryczny taniec Mazurkiewicza ze śmiercią zaczął się w 1943 roku, gdy próbował otruć Tadeusza Bommera, polskiego oficera żydowskiego pochodzenia, ukrywającego się przed Niemcami pod nazwiskiem Staniecki. Żyjąc w ukryciu radził sobie handlując złotem i dolarami. Tak też poznał swojego niedoszłego zabójcę. Wybierają się razem w podróż, by sprzedać nielegalnie walutę, ale po drodze Mazurkiewicz częstuje go kanapką z cyjankiem. Bommer orientuje się, że został otruty i zaczyna szukać pomocy. Cudem przeżywa atak, chowając się przed Mazurkiewiczem w pobliskim domu, gdzie trafia pod opiekę chłopów, którzy częstują go mlekiem. Najpewniej to zneutralizowało, przynajmniej w części, działanie trucizny.

Również Władysław miał wtedy dużo szczęścia – Tadeusz ze strachu o własne życie nie zgłosił przestępstwa, a jedynie wymusił na nim zwrot pieniędzy. „Schodziłem mu z drogi, żeby sobie o mnie nie przypomniał” wyznał po latach Bommer. Czemu milczał aż do procesu w 1955 roku? W trakcie wojny bał się Niemców i prowadzącego z nimi interesy Mazurkiewicza. Po kapitulacji III Rzeszy również nie skontaktował się z milicją, bo jako były żołnierz AK, nie był w najlepszych stosunkach z władzą, w przeciwieństwie do naszego „eleganckiego mordercy”. Co ciekawe, Bommer nawet podczas procesu w 1956 roku unikał wzroku Mazurkiewicza.

Ilustracja z książki Cezarego Łazarewicza „Elegancki morderca”

Kolejne otrucie poszło znacznie lepiej. Dla 1200 dolarów Mazurkiewicz uśmiercił Wiktora Zarzeckiego częstując go herbatą z cyjankiem. Po blisko 10 latach nadal pamiętał, że kwota składała się z samych 100 dolarówek. Ciało utopił w Wiśle.

Od trucizny do broni

Władysławowi Brylskiemu przypadło miano pierwszej zastrzelonej przez Mazurkiewicza osoby, a w każdym razie takiej, o której wiemy. Podczas wspólnej podróży, gdy pasażer zerkał przez okno, Mazurkiewicz strzelił mu w tył głowy. Nim utopił ciało Brylskiego w Wiśle spędził kilka godzin na plaży opalając się i czekając, aż brzeg rzeki opustoszeje. W swoich zeznaniach na temat tego morderstwa nie zapomina wspomnieć, że przed powrotem do domu ponownie przeliczył pieniądze. Porządek przede wszystkim!

Trochę chaosu wdarło się w jego działania, gdy próbował pozbyć się ciała Józefa Tomaszewskiego, który chciał za jego pomocą wymienić 500 dolarów na złotówki. Mazurkiewicz zastrzelił go w swoim garażu, a następnie wyruszył samochodem do lasu pod wsią Brodły, by pozbyć się denata. Miał pecha. Drogi samochód, ślady krwi na butach i jego nerwowe zachowanie wzbudziły zainteresowanie miejscowych. Jeden z mieszkańców wioski zapisał numer rejestracyjny auta. Gdy niedługo potem zostają znalezione nagie zwłoki porzucone pod lasem i zakrwawione ubrania oraz podarte dokumenty mieszkańcy wsi nie mają wątpliwości, kto jest sprawcą morderstwa.

Jak to się stało, że pomimo zeznań świadków i przytłaczających dowodów Mazurkiewiczowi udało się wówczas uniknąć odpowiedzialności? Jego adwokat i serdeczny kolega Henryk Wallisch oraz prokurator wojskowy Edward Jaśko (niespodzianka! również dobry znajomy Władka) zadbali o odpowiedni przebieg śledztwa, natomiast piękny (i dobrze ustawiony) Władzio zapewnił sobie alibi dzięki fałszywym zeznaniom Agnieszki Riesenhorst-Riess.

Bankiety i morderstwa

Oficjalnie śledztwo zostało umorzone, ponieważ prokurator uznał, że na terenie Brodła musiały znaleźć się w tym samym czasie dwa identyczne samochody, których kierowcy mieli takie same przygody, a ludziom się po prostu wszystko pomieszało. Przypadek? Taki sam, jak to, że po zakończeniu śledztwa Mazurkiewicz zaprosił na bankiet szefostwo prokuratury, prowadzących śledztwo, milicjantów oraz swojego adwokata. Wszystko to brzmi logicznie.

Ilustracja z książki Cezarego Łazarewicza „Elegancki morderca”

Następnym po Zarzeckim delikwentem, który spoczął na dnie Wisły był Jerzy de Laveaux, gruba ryba krakowskiego czarnego rynku. Mazurkiewicz uśmiercił go swoją ulubioną metodą – w trakcie jazdy samochodem, strzałem w tył głowy. Po kilku latach od tego „wypadku” nawiązał bliskie relacje z żoną Jerzego, Jadwigą, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że i ona posiada znaczny majątek. W obawie przed rewizją Urzędu Bezpieczeństwa wdowa dała Mazurkiewiczowi na przechowanie 470 tysięcy dolarów i trochę złota. Dlaczego to zrobiła? Ufała mu. Elegancki i uczynny sąsiad przekonał ją, że należy do struktur UB, bądź też ma tam wysoko postawionych przyjaciół. Z reportażu Łazarewicza dowiadujemy się, że para zaręczyła się w 1955 roku.

Gdy Jadwiga chorowała Władysław opiekował się nią, serwował kawę (ja doceniam takie gesty!) i dotrzymywał towarzystwa. Na niedługo przed jej śmiercią pojechali nawet na wspólną wycieczkę – Władysław chciał w ten sposób odwrócić uwagę kobiety od pieniędzy. „Przez pięć lat pieniądze wydałem na własne potrzeby. […] Zwróciła się do mnie, abym oddał jej depozyt. Zwodziłem ją i dawałem wymijające odpowiedzi. Ona ciągle naciskała, domagając się zwrotu pieniędzy”, wspominał w swoich zeznaniach morderca. Nie widząc innego wyjścia zastrzelił w swoim garażu Jadwigę, a kilka godzin później niewygodnego świadka – jej siostrę Zofię. Ciała kobiet ukrył w podłodze, pod grubą warstwą betonu.

Osiem wyroków śmierci

W 1956 roku, po 15 dniach procesu, Władysław Mazurkiewicz został uznany winnym popełnienia sześciu morderstw oraz dwóch prób zabójstwa i otrzymał osiem wyroków śmierci. Sąd przez trzy godziny czytał uzasadnienie. Czy to wszystko, co miał na sumieniu Mazurkiewicz? Ciężko powiedzieć i pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Elegancki Władzio twierdził, że nigdy nie przyznałby się do zabicia swoich ofiar, gdyby śledczy podczas wizji lokalnej nie pokazali mu ciał, które ukrył pod podłogą swojego garażu. Do tego momentu zachowywał zimną krew i twierdził niezmiennie, że jest niewinny. W toku śledztwa zmienił jednak zdanie i wyjawił szczegóły morderstw, nawet tych, o które nie był podejrzewany. Dość kuriozalnie na koniec procesu, gdy mógł już być pewien wyroku skazującego, odwołał wcześniejsze zeznania i uparcie postulował swoją niewinność.

„Przyznałem się, bo mając przedstawioną listę szeregu morderstw wybrałem sobie te, które uważałem, że najbardziej do mnie pasują […] nie mam dowodów na to, że zarzucanych czynów nie popełniłem. […] To wszystko jest nieprawdziwą prawdą”.

Wystraszył się śmierci? Zrozumiał, że jego bezkarność się skończyła? Napisał nawet do Gomułki z prośbą o uniewinnienie. Nawet nie o złagodzenie kary, co to to nie. Pragnął całkowitego oczyszczenia z zarzutów. Nie doczekał się listownej odpowiedzi od I sekretarza.

Hejterzy byli zawsze

Za to 84-letni mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski, obrońca Mazurkiewicza, codziennie otrzymywał listy.  Naszpikowane nienawiścią, obelgami, a nawet groźbami pobicia czy śmierci. Oczywiście praktycznie wszystkie były anonimowe. Nie brzmi to tak bardzo odmiennie od tych wszystkich nasączonych jadem komentarzy, których wiele możemy znaleźć w internecie. Cezary Łazarewicz przytacza najlepsze kąski.

“Cały nasz zakład pluje na wasze nazwiska i waszego kolegi i nic nie pomoże”.

“Krew nas zalewa, że znajdują się ludzie, którzy nawet mając osiemdziesiąt cztery lata nie usiądą na dupie tylko próbują podle bronić takiego łotra”.

“Jeśli morderca Wł. Mazurkiewicz wyjdzie bez kary śmierci w świetle toczącego się procesu ze względu na dobrą obronę, to zapewniamy Pana, że przestaniemy uczciwie pracować i wstąpimy na taką samą drogę przestępstwa”.

“Wstyd, mecenasie. Chyba chorujesz na uwiąd starczy. Taka opinia jest całej Warszawy”.

“Wyprowadźcie tego szubrawca z sali co broni bandytę za zrabowane pieniądze. Jak będzie on i jego rodzina żarła za te skrwawione pieniądze co dostał od bandyty Mazurkiewicza to niech się udławi sakramencki żyt i niech uważa, bo może długo nie chodzić po świecie. Jak bandyta nie zginie zaraz po rozprawie to on zginie po pięciu dniach”.

“Gdyby we mnie wstąpił demon Mazurkiewicza pierwszego zamordowałbym pana, panie mecenasie”.

Ilustracja z książki Cezarego Łazarewicza „Elegancki morderca”

Jak odpowiadała na to legenda polskiego sądownictwa? Przypominał, że jako adwokat nie ma swojej opinii, ma jedynie rolę, którą musi wykonać. Jego zdaniem wszyscy jesteśmy niewinni tak długo, jak nasza wina nie zostanie nam udowodniona w sądzie. W jego zapiskach możemy przeczytać „Lepiej dziewięćdziesięciu dziewięciu winnych usprawiedliwić, niż jednego niewinnego zasądzić”.

Nie znasz dnia ani godziny

Łazarewicz wprowadza nas w końcu do celi skazańca oczekującego na egzekucję. Wiemy, że karmią go dobrze i regularnie. Dowiadujemy się, że zgodnie z regulaminem wykonywania kary śmierci Centralnego Zarządu Zakładów Karnych więzień nie miał prawa znać dokładnej daty i godziny wykonania egzekucji. Pozostawało mu nasłuchiwanie kroków na korytarzu. Na tym nie koniec. Regulamin sugerował, by skazaniec do końca nie zdawał sobie sprawy, że jest prowadzony na szafot. Zapewne chciano uniknąć “niepotrzebnej” szarpaniny, krzyków, stawiania oporu, wiadomo, liczy się komfort. Strażnicy stosowali różne taktyki i blefowali, że czas na spacer, widzenie, wizytę w łaźni. Brzmi jak barbarzyństwo? Zdecydowanie.

Gdy skazaniec dotarł pod szubienicę otrzymywał prawo do ostatniego życzenia, ale zaspokojenie go mogło zająć maksymalnie godzinę. Mazurkiewicz wybrał rozmowę ze swoją macochą, a niedługo po niej udał się do pomieszczenia z zapadnią. Zgodnie z regulaminem jego ciało wisiało co najmniej 20 minut. Dla pewności. Zgon stwierdzono o 19:44. Ciało zostało przekazane na eksperymenty medyczne.

Wypadki chodzą po ludziach

Czy mordował z miłości? Tak, tyle że nie do żony, jak mogą sugerować zwiastuny filmu, ale do… pieniędzy. O swoich morderstwach mówił „wypadki” odsuwając od siebie ich prawdziwy wymiar, dystansując się. W rzeczowych opisach zdarzeń skupia się na szczegółach dotyczących logistyki, trudności z pozbyciem się ciała czy też na przedmiotach i sumach, które przejął w wyniku swojego procederu. Morderca pamięta, jak wyglądał pierścionek, ale nie kojarzy z czyjej ręki go zdejmował. Bez problemu umie przywołać z pamięci sumę, która znajdowała się w danym portfelu, ale nie pamięta imienia jego właściciela lub o czym rozmawiali. W swoich zeznaniach jest chłodny, praktyczny i pozbawiony emocji. Takim też widział go jego znajomy od gry w pokera, Pogonowski: „Z jego twarzy nigdy nie można było nic wyczytać. Był zawsze spokojny, czy szczęście mu dopisywało, czy przegrywał. Nawet w największym hazardzie nawet krztyny podniecenia”. Czytając zeznania eleganckiego potwora można wręcz odnieść wrażenie, że żali się na fakt, iż skradzione ofiarom pieniądze zbyt szybko się kończyły. Zupełnie jakby to wszystko nie była jego wina, ot po prostu potrzebował środków, by żyć. Tak mówił o sumie 160 tysięcy, zabranej Brylskiemu.

„[…] dużo kosztowało mnie utrzymanie samochodu osobowego. Z pieniędzy z tego wypadku kupiłem dla siebie jesionkę i płaszcz letni koloru granatowego, który już zniszczyłem. Wydaje się, że dużo pieniędzy było, ale tak nie jest”.

Wiadomo, w zniszczonym nie wypada się pokazywać na mieście. Średnia pensja wynosiła wtedy w Krakowie około 1000 złotych.

Piękna Helena

Rola byłej żony jest niepewna w całej tej sprawie. Pomimo rozwodu , którego przyczyn nie znamy, utrzymywali bardzo dobre stosunki, a nawet razem mieszkali. Śledztwo dotyczące jej zaangażowania w morderstwa zostało umorzone po tym, jak Mazurkiewicz wziął na siebie całą winę. Pozostało jednak wiele znaków zapytania. Czy nie zauważyła w jego zachowaniu nic podejrzanego? Jak mogły nie zastanawiać jej tajemnicze źródła dochodu byłego męża? Żyła za jego pieniądze i utrzymywała kontakty z jego sympatiami. Co więcej, to właśnie Helena namówiła Agnieszkę Riesenhorst-Riess do złożenia fałszywych zeznań w sprawie Tomaszewskiego. Żona Mazurkiewicza przekonała 18-latkę, że Władysław pomagał w czasie morderstwa żołnierzom AK, ukrywającym się w lesie i tylko oni mogliby dać mu prawdziwe alibi.

Agnieszka, która brała udział w powstaniu warszawskim uległa namowom, dając sobie wmówić, że działa w dobrej sprawie. Czy Helena wiedziała jaka jest prawda? Była z wykształcenia farmaceutką, więc mogła też pomóc byłemu mężowi w przygotowaniu cyjanku, który tak chętnie pakował do prowiantu swoich towarzyszy podróży. Raczej nigdy nie poznamy prawdy, szczególnie, że po 1957 roku ślad po niej zaginął.

Ilustracja z książki Cezarego Łazarewicza „Elegancki morderca”

Za co lubię tę książkę?

Za konstrukcję. Niechronologiczną, przypominającą rasowy kryminał. Autor stopniowo odsłania modus operandi krakowskiego potwora, a następnie kulisy głośnego na całą Polskę procesu. Buduje klimat, szczegółowo opisuje przestrzenie, nastrój, ubiór, jedzenie. Zręcznie buduje napięcie. Poznajemy nie tylko mordercę, ale również jego ofiary i innych bohaterów dramatu. Łazarewicz kreuje fascynujące postaci mecenasa Zygmunta Hofmokl-Ostrowskiego i dziennikarza Lucjana Wolanowskiego. Doceniam też książkę za takie smaczki jak informacja, że reporter posługiwał się w trakcie procesu okularami ze Szwecji z bardzo czułym aparatem słuchowym, dzięki którym miał możliwość podsłuchiwania rozmów. James Bond na pewno nie pogardziłby takim gadżetem szpiegowskim od niezastąpionego Q.

Autor udostępnia nam również prywatne zapiski, publikacje, artykuły, akta sprawy, przemówienia, zeznania, a nawet tekst zasłyszanej w pociągu piosenki na dziadowską nutę o Mazurkiewiczu. Daje nam wiedzę, pokazuje dwie strony medalu i zachęca do wyciągania z wniosków. Przede wszystkim jednak wprowadza kontekst historyczny. Opisuje sytuację społeczno-polityczną, tłumacząc tym samym genezę i działanie czarnego rynku. Poznajemy ówczesne realia i możemy lepiej zrozumieć motywacje ofiar Mazurkiewicza, który żerował na ich chciwości, szukaniu szansy na lepsze jutro bądź na naiwnym marzeniu o interesie życia. Dzięki temu otrzymujemy też odpowiedź na nurtujące od początku lektury pytanie: dlaczego „morderca z kwiatkiem” pozostawał przez tyle lat bezkarny? Ja już wiem, ale zachowam odpowiedź dla siebie. Nie chcę wam odebrać przyjemności czytania książki Pana Cezarego.

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska

Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.


AUTOR

Polecamy

Komentarze