Piła raz jeszcze, czyli dożynki w Halloween

Piła, piła, bo na trzeźwo może być trudno...
7 minut czytania
605
0
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
27 października 2017

Do kin wchodzi kolejny film z makabrycznej serii – “Piła: Dziedzictwo”. Czy to szumnie zapowiadane nowe otwarcie po ostrym cięciu, czy coraz bardziej niesmaczne gmeranie w zwłokach zmasakrowanego początkowego pomysłu?

Ach, komu się nie marzy wyhodować kurę znoszącą złote jaja? Taka sztuka udała się (bynajmniej nie pechowe) trzynaście lat temu Jamesowi Wanowi i Leighowi Whannellowi, którzy, pukając od drzwi do drzwi, uzbierali milion na projekt marzeń. Ich niskobudżetowa „Piła” okazała się sensacją sezonu – zarobiła sto razy tyle, ile kosztowała. Pierwszego z autorów wyekspediowała do Hollywood, gdzie dzisiaj kręci porządne filmy za porządne budżety, a na boku produkuje, drugi też coś tam grywa, coś tam pisze i coś tam reżyseruje.

Sequel post mortem

Odniesiony przez nich sukces sam wygenerował zapotrzebowanie na sequele, ale panowie nie chcieli jednak do końca życia rąbać ani kolejnych „Pił”, ani wypełnionych sztuczną juchą zwłok z gumy i plastiku, dlatego dokonali pewnej wolty. Otóż Układanka, moralnie ambiwalentny (przynajmniej w założeniu), bo mszczący się za doznane krzywdy i posługujący się cokolwiek pokrętną logiką sprowadzającą się do konstatacji, że życie docenić można tylko, kiedy otrzemy się o śmierć, autor skomplikowanych narzędzi zbrodni, wyzionął ducha pod koniec części trzeciej. I nie, nie był to żaden charakterystyczny dla gatunku myk, że zabili go i uciekł, upozorował swój zgon, albo ożywiono go przy pomocy magicznej inkantacji czy pioruna, nie wyleczono mu też raka, na którego chorował. Żywota dokonał, wykrwawiwszy się. Panowie W. i W. skończyli z serią.

Ale seria nie skończyła z nimi. John Kramer, bo tak zwał się ten pomysłowy Dobromir pośród seryjnych odbieraczy życia, miał pojawić się na ekranie jeszcze czterokrotnie, już jako swoisty scenariuszowy kit służący do zalepiania dziur, istny duch retrospektywy, który zza grobu tłumaczył skalę i znaczenie całej tej intrygi o niemalże sekciarskim zacięciu i takowym rozpasaniu. Póki jednak sequele post mortem sprzedawały się znakomicie (a tak było), nikomu nie przyszło do głowy zamykać interesu.

Aż do premiery części szóstej, która zarobiła połowę mniej niż poprzednie i uznano, że czas się zwijać i nie ma co dłużej przeginać piły. Dlatego zamiast planowanych dwóch finałowych odsłon, nakręcono tylko jeden film, ale za to przy wykorzystaniu technologii trójwymiarowej, bo jak już odchodzić, to z hukiem. Siódme Halloween z rzędu spędzone z morderczymi pułapkami miało być ostatnim i przez dłuższy czas wydawało się, że faktycznie tak będzie. Bo kto przy zdrowych zmysłach dokładałby jeszcze jedną cegiełkę do tego fabularnego bajzlu, szczególnie lata po premierze tego – jak się okazało, tylko na niby – finału?

Horror czy parodia?

Pytanie jest, rzecz jasna, retoryczne. „Piła: Dziedzictwo” ma jednak być tyleż sequelem, co rebootem serii, który bez odrzucania, nomen omen, spuścizny tasiemcowego cyklu położy podwaliny pod nowy, już z innymi bohaterami. Dlatego tym bardziej niepokoi, że producenci nie potrafią radykalnie odciąć się od tego, co już powinno zostać zapomniane, bo z amerykańskiego plakatu nadal straszy (między innymi) znajomy Układanka, czyli Tobin Bell, dla którego ta fucha to istne błogosławieństwo.

Z oficjalnej zapowiedzi wynika, że chodzi o naśladowcę inspirującego się dokonaniami starszego kolegi po fachu. Hasło reklamowe „He is everyone” sugeruje, że nadal eksplorowane będą oparte na mętnych podwalinach ideologicznych tropy istnego kultu otaczającego szkołę myśli pana Układanki. Ale przekonamy się, bom sam ciekawy, czy ktokolwiek jeszcze za „Piłą” tęskni.

„Piła: Dziedzictwo” (fot. Brooke Palmer – ©2017 Lions Gate Entertainment)

Co prowadzi do kolejnego pytania: czemu przez tyle lat milionom chciało się to raz po raz oglądać? Bo przecież poza autentycznie interesującą i intrygującą częścią pierwszą, która była na skostniałym rynku pewnym novum, pełnym jeszcze nieokiełznanej młodzieńczej energii, seria stała się niemal parodią samej siebie. Niejaką odpowiedzią może być przywiązanie do rytualnego aspektu kinowego seansu, nieprzypadkowo bowiem każda część wychodziła tuż przed Halloween; innymi słowy, oglądanie „Piły” stało się nieformalną halloweenową tradycją.

Makabryczna układanka

I można na temat cyklu mówić, co się chce, ale momenty tam są takie, że niemieckim dystrybutorom zakazano pokazywania ostatniej odsłony na dużym ekranie i można ją dostać tylko na płytach, do użytku domowego. Stąd nieustanne oskarżenia o nadmierne epatowanie przemocą i przypisywanie serii do nurtu zwanego „torture porn”. Z czym swojego czasu W. i W. się nie zgadzali, lecz trudno z podobnym wnioskiem polemizować, wszak „Piły” przypominają swoisty reality show z tryskającą krwią i latającymi flakami.

Zresztą podobna etykietka nie jest w świecie horroru niczym dyskwalifikującym, z tym, że autorzy kręconych pośpiesznie kontynuacji dwoili się i troili, aby nadać temu wszystkiemu pozory sensu. Bezskutecznie. „Piła” padła bowiem ofiarą przekombinowania, jakby nie rozumiejąc, że istotą pierwszej części była jej stosunkowa prostota, jedynie udająca złożoność. Na zasadzie niepisanej umowy z odbiorcą, ten nie analizował na bieżąco tego, co mu się pokazało i po prostu dawał się ponieść makabrycznej zabawie.

„Piła: Dziedzictwo” (fot. Brooke Palmer – ©2017 Lions Gate Entertainment)

Pretekstu starczyło jednak na dwa, może trzy filmy, potem to już nawet było nie tyle odgrzewanie zleżałego kotleta, co rozpaczliwe próby jego doprawienia poprzez wymyślanie coraz to wymyślniejszych pułapek i zapętlanie intrygi. Szachową grę z widzem pomylono z kompulsywną potrzebą wodzenia go za nos i podsuwania coraz to nowych zagadek i z układanki zrobiła się zgadywanka.

Dlatego wypadałoby, żeby nadchodząca „Piła: Dziedzictwo” faktycznie okazała się nowym otwarciem, symbolicznym spaleniem za sobą mostu. Sam chętnie się przekonam, jak duży potencjał marketingowy jeszcze w tym drzemie i czy uda się rozkręcić całe to szaleństwo na nowo, czy znowu co roku na Halloween będziemy krzywić się z obrzydzeniem, gdy komuś odleci głowa i czy, co bezsprzecznie najważniejsze, Tobin Bell zachowa etatową robotę?

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski

Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury, redaktor wydania weekendowego portalu naEKRANIE. Prowadzi fanpage Kill All Movies.


AUTOR

Polecamy

Komentarze