Rzuć we mnie kamieniem, czyli spowiedź mięsożercy

Co da ci rezygnacja z mięsa?
11 minut czytania
1537
3
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
28 października 2017

Jedni przestają jeść mięso dla zdrowia, inni nie chcą krzywdzić zwierząt, a część podąża za modą, bo wegetarianizm jest teraz zdecydowanie trendy. Czy to źle? Wręcz przeciwnie!

Kilka tygodni temu poznałam wieprza Boczysława. Oczywiście spotkaniu towarzyszyła pełna gama odgłosów zachwytu, ochów i achów, głasków, smyrania, drapania, śmiania się jak podlotek (to ja) i radosnego chrumkania (mojego i świnki). Ostatnio tak się śmiałam z radości, sama nie rozumiejąc czemu, gdy karmiłam żyrafy, które zaczęły łapczywymi, długaśnymi jęzorami szperać mi w torebce w poszukiwaniu jedzenia. Jeszcze też wtedy, gdy poszłam do papugarni i ciekawskie ptaszyska obsiadły mnie i bez skrępowania paradowały po rękach, ramionach, wreszcie głowie. Czy wspominałam, że próbowały otworzyć plecak i zajrzeć, co też można znaleźć interesującego w środku? Jest coś zachwycającego w takim obcowaniu ze zwierzętami, chociaż przyznaję, że koniec końców nie jestem fanką zoo czy papugarni, ale to temat na inne wynurzenia.

Boczysław (fot. Ania Ciężkowska)

Skutki spotkania ze świnką

Warto teraz rzucić we mnie kamieniem. Trochę czuję się parszywą obłudnicą, gdy zachwycam się wieprzem i węszę delikatny smrodek hipokryzji unoszący się wokół mojej osoby. Lata całe unikałam skutecznie czytania o łamaniu praw zwierząt, o tym jak giną, w jakich warunkach umierają nim trafią na mój talerz. Z pełną premedytacją nie oglądałam wstrząsających filmów na ten temat, bo po prostu nie chciałam wiedzieć. Wolałam czuć się dobrze i wcinać kabanoski. Jestem długoletnim pożeraczem kotletów i zjadłam w życiu sporo chrupiącego bekonu. Gdy byłam mała, a Mama na obiad serwowała makaron z serem, to na deser zaglądałam do lodówki i podjadałam plasterek szynki, albo chociaż brałam gryza kiełbasy, bo brakowało mi “konkretów”. Przez ostatni rok starałam się trochę ograniczyć jedzenie mięsa na rzecz owoców i warzyw, by było w mojej lodówce zdrowiej, ale to odkąd poznałam Boczysława coś się zmieniło i zupełnie na poważnie, nagle i bez ostrzeżenia, nie wiem “jak żyć” i co do garnka włożyć. Przekonanie się na własne oczy jak świadomymi, emocjonalnymi i mądrymi zwierzętami są świnie poruszyło moje pokłady współczucia i empatii.

Dostrzegam oczywiście lekką śmieszność mojej małej, osobistej dramy. “Patrzcie ją, obudziła się. Nagle odkryła jak działa świat i skąd bierze się kiełbasa”. Tak czy inaczej na ten moment postanowiłam bardzo mocno ograniczyć jedzenie mięsa (bo nie wiem czy mam śmiałość, by zadeklarować, że z niego zupełnie rezygnuję), chociaż na rozstanie z rybami, jajkami czy nabiałem nie jestem gotowa i nie wiem, czy kiedyś będę. Lubię sushi, tuńczyka z puszki, jajka w koszulkach na toście z awokado i serek homogenizowany z krówką na obrazku. Staram się natomiast w granicach mojego komfortu gastronomicznego zastępować mleko krowie czy kozie roślinnym, ale mam za to problem z soją, bo doszły mnie słuchy, że ona też nie jest wcale taka zdrowa. Weź tu bądź człowieku mądry.

Nie jesz mięsa i co to da?

Jakie to ma znaczenie, że nie będę jadła mięsa? Na stronie countinganimals.com znalazłam ciekawe wyliczenie, oparte na oficjalnych danych amerykańskich organizacji, zgodnie z którym osoby niejedzące mięsa w USA ocalają rocznie przynajmniej jedno zwierzę dziennie, biorąc pod uwagę zarówno skorupiaki, jak i większe zwierzaki, typu kurczak czy świnia. Oczywiście nie dam sobie ręki uciąć, ani innej części ciała, za dokładność tych danych, ale myślę, że można przyjąć, że w jakimś stopniu dają pogląd na to, co daje zmiana diety na wegetariańską czy wegańską. Gdzie mieszkają te uratowane stworzenia, mógłby ktoś spytać złośliwie, bo takie sytuacje się przecież zdarzają. Uratowane rozumiem tu nie jako wzięte w ramiona i zaniesione do farmy pełnej zdrowia i szczęśliwości, gdzie wegetarianie co wieczór drapią je za uszkiem, wyczesują sierść i masują racice przy dźwiękach harfy, ale jako nigdy “nie wyprodukowane”. W związku z mniejszym zapotrzebowaniem na mięso mniej zwierząt zostaje wyhodowanych, a co za tym idzie mniej ginie, by stać się pulpetem, czy innym klopsikiem.

Zaraz zaczną się (albo już to zrobiły) argumenty, że po co ten dramatyzm, przecież to naturalne dla człowieka, by jadł mięso, bo wystarczy spojrzeć na naszą szczękę i sposób w jaki zbudowany jest układ pokarmowy, a w ogóle to przecież przodkowie polowali z maczugami. Lubię myśleć, że trochę się zmieniliśmy od tego czasu. Nie czuję się też na tyle ekspertem w dziedzinie antropologii, by wydawać osądy, o tym, co jest zgodne z naturą człowieka. Zresztą nawet przy założeniu, że człowiek jest mięsożerny (a ja temu nie zaprzeczam) to wydaje mi się, że przede wszystkim na nasze stoły trafia zbyt wiele mięsa niezdrowego i słabej jakości. Nikt mi nie wmówi, że naturalne jest karmienie się jedzeniem naszpikowanym lekami, a do tego smutkiem, cierpieniem i strachem. Mięso oddzielone mechanicznie też nie brzmi jak rarytas, a miazga celulozowa to już w ogóle smaczek dla koneserów.

Na nasze stoły trafia zbyt wiele mięsa niezdrowego i słabej jakości

Możliwe, że za kilka dni lub tygodni mi minie, otrząsnę się z tego kuriozalnego stanu i wrócę do kanapki z polędwicą. Tylko jak spojrzę wtedy Boczysławowi w oczy? A cóż to są za oczy! Piękne, bardzo rozumne i do tego naprawdę niesamowicie przypominają ludzkie. Najbardziej zachwycił mnie jego nos, który jest wprost fenomenalny. Szalenie ciekawski i wiecznie w ruchu, zaskakująco pełen wdzięku. Obśmiałam się jak norka, gdy z nadzieją buszował nim w moich dłoniach na tropie kolejnych żołędzi. Trochę mniej się śmiałam, gdy je obślinił. Do tego wszystkiego dochodzi kręcący w powietrzu wygibasy ogonek i te uszy! Jakże on nimi strzyże. Musicie też wiedzieć, że to bardzo czysta i cwana bestia. Grzecznie załatwia swoje potrzeby do kuwety – chyba, że akurat mu podpadniesz i chce ci pokazać, co o tobie myśli.

Schizofrenia moralna

Tak – jestem skończonym mieszczuchem, który boi się kleszczy i nie lubi biedronek, brzydzi się lepem na muchy, może dwa razy pił mleko prosto od krowy i pierwszy raz w życiu spotkał świnkę. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czy świnia jest jak pies? Aportuje piłkę? Żyję jak większość społeczeństwa w schizofrenii moralnej. Gdybym poznała krowę albo kurczaczka, pewnie też zaskoczyłyby mnie w jakiś sposób i zmieniły mój sposób ich postrzegania. Koty, psy i inne zwierzęta domowe kochamy, podczas, gdy te hodowlane traktujemy jak produkt, mamy w poważaniu ich cierpienie i zjadamy je z apetytem. W jakimś stopniu zapominamy, że one też mają emocje, czują ból i stres, czy po prostu chcą żyć.

Oddalenie zwierząt, które są eksploatowane, od naszej codzienności sprawia, że nie widzimy bezpośredniego połączenia pomiędzy ich losem a produktem, efektem ich wykorzystania, który znajdujemy na sklepowej półce. Nawet w warstwie językowej dość mocno to rozdzielamy. Kupujemy schabowe, drób, golonkę, ligawę, antrykot, rostbef, wołowinę, a nie świnie, krowy, kury. Trochę dajemy się oszukać, że takie mięso na stek to wcale nie była krowa. Stek to stek. Nie byłam gotowa na to, że świnia jest tak czarującym zwierzęciem i teraz dziwnie się czuję z wiedzą, że rocznie 19-20 milionów Boczysławów w Polsce jest zabijanych i przerabianych na smutne kotlety schabowe. Mogłabym podejść do tego racjonalnie, ale nie wychodzi mi to za dobrze Szczególnie jak czytam rewelacje, o tym jak żyją i umierają zwierzęta hodowlane.

Ucięte dzioby i szlachtowanie żywcem

Codzienność mieszkańca fermy wielkoprzemysłowej nie wygląda kolorowo. Świnki żyją maksymalnie pół roku, a te kilka miesięcy wegetują w zamknięciu, narażone na uszkodzenia kończyn, otarcia, ataki pasożytów i choroby. Leki podaje im się nie zaradczo, a profilaktycznie. Prosiaczkom zaraz po urodzinach ucinane są bez znieczulenia ogonki i uszy. Dlaczego? By stłoczone świnki nie obgryzały ich sobie wzajemnie ze złości i irytacji. Dodatkowo małe prosiaki są kastrowane bez środków znieczulających. Maciory natomiast spędzają większość swojego smutnego życia będąc w ciąży, unieruchomione w kojcach. Świnie stosunkowo często umierają świadome sytuacji i przerażone, ponieważ są niewystarczająco ogłuszane podczas uboju. Krowy mleczne całe życie spędzają w budynkach, daleko od zielonej trawy, w związku z czym mają problemy z biodrami i kończynami. Zapładnia się je sztucznie, a cielaki tuż po porodzie zabierane są matce.

Prosiaczkom często zaraz po urodzinach ucinane są bez znieczulenia ogonki i uszy

Część z maluchów jak dorośnie zostanie wołowiną, część będzie produkować mleko, a część czeka anemia, dzięki której ich mięso będzie bladoróżową cielęcinką. Mniam, nic tylko ocierać ślinkę, która cieknie na samą myśl. Kury nioski żyją w klatkach ustawionych jedna na drugiej, z połamanymi kończynami od zbyt szybkiego tycia, zniekształconymi skrzydłami i zapaleniami stawów. Bez znieczulenia obcina im dzioby, by ograniczyć agresję. Od historii o mieleniu żywcem kogucików na karmę dla innych ptaków robi mi się słabo. Takie gigantyczne fermy to nie tylko jądro cierpienia, ale też zagrożenie dla środowiska. By je zbudować wycina się lasy, a gospodarstwa już istniejące przyczyniają się do degradacji gleby, zanieczyszczenia wód gruntowych przez fekalia zwierząt i skażenia powietrza w wyniku emisji gazów. Temat rzeka i to niezbyt czysta.

Znając takie realia naprawdę nie mam ochoty na mięso, a sama myśl o mięsnym posiłku napawa mnie obrzydzeniem. Nie wiem jak to wszystko poprawić, nie mam gotowych rozwiązań. Wiem tylko tyle, że nie chciałabym i nie potrafiłabym być tą osobą, która wrzuca prosiaka żywcem do oparzarki, ucina kurze dziób lub kastruje malutkiego byczka bez znieczulenia. Jedząc mięso z takich miejsc biorę udział w okrutnym procederze i daję na niego przyzwolenie. Czuję się, jakbym to ja wysłała do rzeźni konia Boxera w “Folwarku zwierzęcym”, a warto dodać, że ryczałam (łzy jak groch!) na tym fragmencie książki Orwella tak, że olaboga.

Mięso bez zabijania?

Całe szczęście, z różnych pobudek, ludzie kombinują jakby tu zjeść ciastko i mieć ciastko, a dokładniej – co zrobić, by jeść mięso, ale nie krzywdzić zwierząt. Jedną z takich inicjatyw jest Impossible Foods. Firma stworzyła burgera składającego się z pszenicy, oleju kokosowego, białka ziemniaka i hemu. To ostatnie to związek zawierający żelazo, który odpowiada za smak mięsa i jego czerwony kolor. Mówiąc krótko hem sprawia, że burger roślinny wygląda i smakuje jak klasyk z mięsa. Póki co możecie go spróbować w restauracjach w Nowym Jorku, Las Vegas, San Francisco, Los Angeles i Teksasie, ale lista lokali nieustannie rośnie, więc może w końcu przysmak trafi do Polski. Trwają też prace nad wyhodowaniem mięsa w laboratorium. W 2016 roku profesor Mark Post z Uniwersytetu Maastricht stworzył takiego burgera wołowego, który podobno okazał się smaczny. Czy te rozwiązania okażą się lepsze i zdrowsze? Pozwalam sobie mieć nadzieję.

Mój mąż żyje ostatnio w strachu, że lada moment zabronię mu jeść mięso, chociaż sam też stara się je ograniczać. Ostatnich sprawiedliwych i obrońców praw człowieka uspokajam, że pomimo opływania w glorii i chwale początkującego jarosza z wegetariańskimi aspiracjami uważam, że każdy powinien jeść to, na co ma ochotę, a ja nikomu talerza ze stekiem wyrywać nie będę. Myślę tylko, że warto wiedzieć, co się je i decydować świadomie, rozumiejąc konsekwencje takiej, a nie innej diety, również dla środowiska. Jestem w chaosie. Najbliższa mojemu żołądkowi i rozsądkowi jest dieta, w której pozwalam sobie na mięso raz na jakiś czas, ale chciałabym wiedzieć, że nie pochodzi ono z obrzydliwej i przerażającej hodowli. I tu jest problem. Z sercem natomiast bywa różnie, bo ono wolałoby nikogo nie zjadać. Nie wiem, czy jest możliwa taka opcja rzeczywistości, gdzie wszystko będzie fajniej, ale próbować można, prawda?

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska

Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.


AUTOR

Polecamy

Komentarze