Taka piękna ruina, czyli urbex dla początkujących

Dlaczego fascynują nas opuszczone miejsca?
12 minut czytania
934
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
28 października 2017

Zrobić zdjęcie, nagrać film, pozostawić po sobie co najwyżej ślad buta. Niczego nie niszczyć i nie zabierać. Żadnego wyważania drzwi, żadnej dewastacji, tylko doświadczanie przestrzeni. Urban exploration, czyli zwiedzanie miejsc opuszczonych, trudno dostępnych, czasem niewidocznych lub zepchniętych na margines codziennego życia. Jego miłośnicy poruszają się w szarej strefie, bo tego rodzaju działalność jest nie do końca legalna.

Krajobraz jak po katastrofie. Odchodząca ze ścian farba, rozrzucone papiery, puste szuflady i szafa, która zaraz runie. Piękna ruina. Strach wejść, nie wiadomo, co może tam czekać. Surrealistyczne krajobrazy jak z filmów czy snów i duchy – realne, cielesne, ciekawskie – czyli tzw. miejscy eksploratorzy. Piękne kadry, które można zobaczyć na wielu internetowych portalach, to jednak tylko część tej rzeczywistości. Bo są jeszcze śmieci, brud i gruzy, a ci, którzy już zjedli na tzw. urbeksie zęby, traktują bardziej swoje wyprawy jak „robotę” do wykonania niż jak wielkie uniesienia.

Jednak podkreślają, że dzięki sowim żelaznym zasadom i wyborom odpowiednich lokalizacji, ich działania nikomu nie szkodzą. Nie chcą być utożsamiani z wandalami. Zaznaczają, że dla nich liczy się przede wszystkim szacunek do odwiedzanego miejsca i to by pozostawić je w nienaruszonym stanie. Dlatego mówią, że są jak duchy. – Nie jesteśmy złem, staramy się produkować wartość dodaną – zaznacza Marek Słodkowski, przedstawiciel Urbex Polska.

Opuszczony park rozrywki na Krymie

Ciekawość, czyli pierwszy stopień do…

Czym jest urbex według jego czynnych uczestników? – To spędzanie wolnego czasu poza powszechnie wytyczoną normą – odpowiada jedna z eksploratorek. Jej zdaniem celem i najważniejszym punktem eksploracji jest wyprawa sama w sobie. I choć robi niezwykłe zdjęcia ze swoich alternatywnych wycieczek, zaznacza, że zdarzało się jej wyjść z niektórych miejsc bez ani jednej klatki lub w ogóle nie brać ze sobą sprzętu.

– Nie zależy mi na dokumentacji tylko na pracy kreatywnej, w związku z czym powtarzalność wielu elementów nie kusi już do fotografowania wszystkiego jak leci, jak to było dekadę temu. Fotografuję więc obecnie relatywnie niewiele, wyszukując tylko to, co mnie najbardziej interesuje. Poza tym koczowniczy i „nieuregulowany” tryb życia w trakcie wypraw jest bardzo pociągający, niekiedy przypomina dobry survival, przygodę i ma swoją dawkę adrenaliny – dodaje.

Tym, co najczęściej pojawia się w wypowiedziach uczestników urban exploration jest poczucie wolności, które daje tego rodzaju aktywność. Prócz jej potrzeby, wspólną cechą eksploratorów jest na pewno ogromna ciekawość świata, która w ten sposób, nieporównywalny z żadnym innym, może zostać zaspokojona. Marek Słodkowski zaznacza, że to właśnie ją mieli w sobie niemal wszyscy ludzie zajmujący się urbeksem, których spotkał na swojej drodze przez prawie 10 lat tego rodzaju działalności:

Najważniejsze, żeby mieć wyobraźnię i wrażliwość na tego typu miejsca, które nie są bezwartościowymi obiektami, są w pewnym stopniu magiczne.

Wyburzony już zamek Miranda w Belgii to było jedno z najchętniej odwiedzanych przez urbeksowców miejsc w Europie

Urbeksowiec z krwi i kości

Urbeksiarzy często uważa się za uczestników pewnej mody czy trendu. Wielu internautów podkreśla, że tego typu wyprawy były naturalnym elementem ich dzieciństwa i nikt wtedy nie nadawał im specjalnej nazwy. I faktycznie wydaje się, że ta naturalna potrzeba odkrywania, ma w sobie coś z dziecięcej ciekawości i cechuje ja podobna intensywność. Jednak zasady, które towarzyszą urbeksowi, choć niepisane, są dość wyraźnie określone. To właśnie one odróżniają eksploratorów od przypadkowych odkrywców.

Ich przestrzeganie oczywiście nie jest łatwe. Bo jak zwraca uwagę przedstawiciel Urbex Polska, tego rodzaju zajęcie wymaga ogromnej cierpliwości i odporności na różnego rodzaju niedogodności. Wiele osób pisze więc o zasadach, ale często nie trzyma się ich w rzeczywistości. Eksploratorzy, którzy czują odpowiedzialność i szacunek dla odwiedzanych miejsc, krytykują dewastacje, urządzanie imprez w ruinach, nie mówiąc już o kradzieżach, złomiarzach i różnych poszukiwaczach „skarbów”. Jak podkreśla Marek Słodkowski, w ostatnich latach zrodziło się też ciekawe zjawisko w obrębie urbeksu. Prócz tego, że wiele grup i jednostek czynnie zaangażowanych w ten rodzaj wypraw przestrzega żelaznych zasad w ich organizacji, pojawiają się też zewnętrzni obserwatorzy. To osoby, które intensywnie komentują działania urbeksowców, oglądając ich materiały w internecie i oceniając, czy nie posunęli się za daleko. Zależy im na oddzieleniu urbeksu od zwyczajnego wandalizmu.

Jakie więc zasady ma urbeksowiec z krwi i kości? Po pierwsze miejsce, które odwiedza powinno być zupełnie opuszczone. Oczywiście są różne rodzaje tej aktywności i różni jej uczestnicy, także tacy, którzy po prostu wybierają miejsca niedostępne dla zwykłych ludzi, ale wciąż działające. Jednak zarówno Marek Słodkowski, jak i moja rozmówczyni, podkreślają, że dla nich to, żeby budynek, który odwiedzają był już niezamieszkały lub wyłączony z użytku, jest kwestią podstawową przy doborze miejsca. Nie można wyważać drzwi, wybijać okien, ani robić nic, co przyczyniłoby się do dodatkowego zniszczenia odwiedzanego obiektu. „Take only pictures, leave only footprints” mówi chcąca zachować anonimowość uczestniczka wypraw. O tej zasadzie wspominają niemal wszyscy eksploratorzy.

fot. facebook.com/UrbexPolska

Piękny fałsz i historia

Grupa Urbex Polska publikuje filmy ze swoich akcji w internecie, ale jej członkowie podkreślają, że zanim udostępnią je w sieci, mija odpowiednio długi czas. Często dzieje się to np. już po wyburzeniu lub rozbiórce danego budynku, tak by nie szkodzić mu, przyciągając nieproszonych gości. Dzięki temu w pewien sposób zachowują również pamięć o danym miejscu i jego wnętrzach. Możliwość obejrzenia przestrzeni, do których samemu nigdy by się nie dotarło, to niewątpliwa zaleta działalności dokumentacyjnej urbeksu, takiej jak filmy czy zdjęcia. Często właśnie w takich wnętrzach powstają dzieła sztuki fotograficznej. Ich piękno można docenić bez adresu i dokładnej lokalizacji. Jednak to, co oglądamy jako zewnętrzni obserwatorzy, jest niejednokrotnie tylko rodzajem fantazji, dobrego ujęcia czy też „efektem ubocznym”, jak zwraca uwagę moja rozmówczyni. Bo tak naprawdę nieodłącznym elementem urbeksu są stosy śmieci, pozostałości po dzikich lokatorach i grożące zawaleniem stropy.

Ale zdarza się też, że urbeksowe wyprawy przywracają pamięć o jakimś miejscu i wzbudzają dyskusję na temat jego niepewnego statusu. Przykładem tego może być budynek przy ul. Sobieskiego w Warszawie, dawna siedziba ambasadorów ZSRR, która miała opustoszeć po upadku komunizmu. Grupa Urbex Polska stworzyła ośmioodcinkowy film dokumentujący wizytę w budynku, o którym krążą legendy. Co odkryli? Między innymi rosyjskie gazety z roku 2004 oraz mieszkania z pełnym wyposażeniem, opustoszałe, czasem wyglądające, jakby ktoś wychodził z nich w pośpiechu, kiedy indziej zupełnie zrujnowane. Nie brakowało też śladów współczesnych bywalców – porzuconego telefonu komórkowego, opakowań po jedzeniu czy… dziecięcego kombinezonu.

Odporność na trudy i brudy

Urbex to nie tylko wkraczanie w opuszczone przestrzenie, które w jakiś sposób fascynują, ale przede wszystkim ciężka praca. Choć eksploratorzy zapytani o to, jak znajdują lokalizacje, często nie chcą zdradzać tajemnicy „zawodowej”, zaznaczają, że wymaga to wiele wysiłku i zaangażowania. Przede wszystkim wiąże się z dogłębnym poszukiwaniem informacji w sieci, korzystaniem z licznych znajomości i kontaktów z ludźmi zajmującymi się tą dziedziną, a poza tym bystrego oka i spostrzegawczości, kiedy człowiek już znajduje się w terenie.

Od dworów i zamków do opuszczonych fabryk i dworców kolejowych

– Ogólnie determinacja, wytrwałość, odporność na trudy i brudy (w tym odciski od klawiatury), jak również pracowitość, bardzo się przydają. To jest taka rzecz, której poświęca się masę czasu jeśli chce się tym zajmować na poważnie, taki drugi etat – dodaje uczestniczka wypraw.

Podobnie o istocie rekonesansu przed odwiedzeniem danego miejsca mówi również Marek Słodkowski. Przygotowania do wypraw zajmują wiele czasu, to przede wszystkim intensywne zbieranie informacji o danym miejscu – jego historii, stanie, statusie prawnym, a także ochronie. Eksplorator zwraca też uwagę, że jest to szczególnie trudne, bo urbex to szara strefa, nie do końca legalny proceder, który wymaga wiele rozwagi:

Nasze żelazne zasady trochę nas chronią, po prostu nie robimy nic takiego, co można by uznać za dewastację czy włamanie jako takie. Jedyne, co można nam zarzucić, to przebywanie na danym terenie bez pozwolenia. Jeśli chodzi o skalę wykroczeń, ma to stosunkowo niską szkodliwość społeczną, ale trzeba też liczyć się z konsekwencjami – podkreśla Słodkowski.

Dodaje też, że zdarzają się wyprawy, na które zgodę wyraża właściciel niszczejącej nieruchomości. Niektórzy są nawet zadowoleni z wykonanej przez urbeksowców dokumentacji.

Eksploracja nie dla wszystkich?

Istotą urbeksu jest tajemnica. Jego czynni uczestnicy wyraźnie mówią, że to rodzaj ekstremalnej działalności, która nie jest dla wszystkich. Nie chodzi oczywiście tylko o sprawność fizyczną czy odporność na rozmaitego rodzaju fobie, jak klaustrofobia czy lęk wysokości. Podstawą jest pewnego rodzaju wyczucie i szacunek do miejsc, które w pewien sposób są zawieszone w czasie i żyją swoim życiem. W Polsce ich nie brakuje. To zimnowojenne pozostałości, takie jak bazy wojskowe, lotniska czy bunkry, ale też opuszczone kamienice, zapomniane kościółki – podobno szczególnie popularne wśród obcokrajowców – i pałace czy podziemia miast, wciąż budzące wiele emocji. Paradoksalnie więcej „miejscówek” tego typu, jak nazywają je eksploratorzy, znajduje się poza miastami, w których swoje robią ceny gruntu, szybkie wyburzanie i działalność ludzi. Wielu urebksowców pilnie strzeże tajemnicy ich lokalizacji, nie chcąc narazić ich na atak tłumów i bardziej materialistycznie nastawionych gości.

Im atrakcyjniejsze miejsce, tym bardziej ukrywana jego lokalizacja

– Osobiście nie jestem zwolenniczką popularyzowania zjawiska urbeksu, bo różne niepowołane jednostki biorą się za to na sposób niedzielnego kierowcy i albo sobie robią krzywdę, albo tym miejscom. Nie potrzeba tego – zaznacza doświadczona eksploratorka.

Wśród miłośników urbeksu nie brakuje też kobiet. W Europie podobno nawet sześćdziesięciolatki, które mają już wnuki, wciąż biegają z aparatem po ruinach. W Polsce również jest wiele aktywnych uczestniczek tego rodzaju wypraw. Jeszcze parę lat temu nie było to takie oczywiste, teraz bardzo często na forach pojawiają się informacje o kobiecych ekspedycjach.

– Obecnie kobiet jest całkiem sporo, można rzec, że czasy się zmieniły i to znacząco. W polskim towarzystwie urbeksowym pojawiły się mężne dziewczyny, które niczego się nie boją, znam parę niezłych twardzielek – mówi zaangażowana w miejską eksplorację fotografka.

Turystyczne ciągoty

Adrenalina, wolność i tajemnica. Urbex ma w sobie niezaprzeczalny czar, który podobnie jak zdobywanie szczytów, wielu może postrzegać jako rodzaj turystycznej atrakcji, zwłaszcza z zewnątrz, jeśli nie zna jego trudnych realiów. Czy możliwa jest komercjalizacja tego rodzaju aktywności? To pytanie pojawia się w kontekście miejskiej eksploracji już od kilku lat. Przykładem dla wielu jest Czarnobyl, do którego Zony można wybrać się na zorganizowaną wycieczkę. Marek Słodkowski przyznaje, że do grupy Urbex Polska zgłaszały się z propozycjami wypraw za pieniądze różnego rodzaju korporacje. Dodaje jednak, że to trudny rynek, ryzykowna aktywność, i przede wszystkim nie taka jest idea urbeksu.

Słynne maski w Prypeci – niegdyś miejscu, o którym marzyli urbeksowcy. Dziś to pospolita komercja

Podobno ci, którzy próbują zarabiać na tego rodzaju działalności, często poddawani są ostracyzmowi przez środowisko eksploratorów. Uznaje się, że psują założenia leżące u jej podstaw, zdradzając adresy miejsc i narażając je na wizyty tłumów. Autorka zdjęć z opuszczonych miejsc przyznaje, że jeśli ktoś poważnie myśli o urbeksie, to raczej dokłada do swojej pasji, niż czerpie z niej materialne korzyści:

– To ważne, żeby nie zgubić kręgosłupa, bo granica jest śliska. I to kolejny powód, żeby uważać, co się gloryfikuje w mediach i robić to właściwie, żeby uszanować miejsca tak bardzo wrażliwe na zniszczenie i dewastację – zaznacza.

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek

Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.


AUTOR

Polecamy

Komentarze