Warszawskie porachunki, czyli jak Legia bije Legię. Nowa definicja dna?

Nie ma już żadnych zasad?
7 minut czytania
506
0
Michał Piasecki
Michał Piasecki
3 października 2017
fot. Tomasz Bidermann/Shutterstock.com

Kibice (choć to chyba określenie na wyrost) Legii Warszawa wyczerpali – płytki z zasady – rezerwuar łaski wobec postawy swojej drużyny w tym sezonie. Gdy piłkarze wrócili z zakończonego blamażem wyjazdu do Poznania, przywitali ich ultrasi. Nie było okrzyków, że „nic się nie stało”. Zawodnicy zostali pobici i to na terenie klubu. Każdy wysiadający z autokaru otrzymał siarczysty „strzał z liścia”. Różne rzeczy w polskiej lidze widziano, ale to wydarzenie wyznaczyło nową definicję upadku.

Noc z niedzieli na poniedziałek. Klubowy autobus Legii Warszawa dojeżdża na Łazienkowską 3. Jest pierwsza w nocy. Pięć godzin wcześniej, w Poznaniu, zakończył się hit 11. kolejki Lotto Ekstraklasy. Legioniści zostali znokautowani. Po wołającej o pomstę do nieba grze, w której odwieczny rywal upokorzył ich, wygrywając 3:0. Kibice poczuli się dotknięci porażką z Lechem nawet bardziej niż piłkarze. Niemal od początku sezonu kwestionowali „zaangażowanie niektórych zawodników”. W ich ocenie przyszedł więc czas na sprawiedliwość.

Na klubowym parkingu autokar otacza grupa kiboli. Jest ich około pięćdziesięciu. Wrzaski, przekleństwa, kominiarki na twarzach. Zestresowani piłkarze boją się wysiadać. Czują, że czeka ich szorstka reprymenda. Spodziewają się pohukiwania, wyzwisk, może nawet gróźb. Do autokaru wchodzi przywódca ultrasów i w krótkich żołnierskich słowach zaprasza wszystkich na zewnątrz. Wysiadający kolejno piłkarze są zwyczajnie, ordynarnie i metodycznie bici. Nie dotkliwie, ale upokarzająco. Każdy dostaje „z liścia” w twarz lub protekcjonalny i pogardliwy cios otwartą dłonią w tył głowy. Spoliczkowany zostaje nawet Aleksandar Vuković, legenda klubu, dziś asystent trenera. Na koniec herszt ultrasów wygłasza złowieszczą sentencję, która jest ukoronowaniem tej absurdalnej sytuacji: – Jeśli znów zagracie tak samo, to znów przyjedziemy.

… chyba że jest przeciw wam i życzy sobie was ukarać (fot. Tomasz Bidermann/Shutterstock.com)

Trener nie uciekał, trener po prostu patrzył

Pierwszy o pobiciu piłkarzy Legii poinformował założyciel weszlo.com, Krzysztof Stanowski. Rękoczynów oszczędzono jedynie nowemu trenerowi, Romeo Jozakowi. Nieoficjalnie „kary” uniknęli też Michał Kucharczyk i Arkadiusz Malarz. Oficjalnie jednak nikt z uczestników nie chce o sprawie powiedzieć choćby słowa. Piłkarze milczą jak zaklęci – czy to ze wstydu, czy też by nie prowokować kibiców. Zajście skomentował jedynie Jozak i to tylko dlatego, że chorwackie media zarzuciły mu, że uciekł z miejsca bójki.

Nie uciekłem! – broni się Chorwat na łamach Vecernji.hr i przedstawia swoja wersję wydarzeń. Jego zdaniem już na samym początku „incydentu” lider ultrasów oświadczył: – Trenerze, to nie ma nic wspólnego z tobą, tylko z piłkarzami. Następnie kibice przede mną i moim sztabem krótko rozliczyli się fizycznie z zawodnikami. Potem powiedzieli o swoim rozczarowaniu wynikami zespołu w dwóch ostatnich spotkaniach – kwituje Jozak.

Po wszystkim trener… pozwolił zawodnikom rozjechać się do domów.

Jego postawa wobec drużyny to temat na oddzielną dyskusję (sportowo-moralną). Niedawno trener nazwał swoich piłkarzy „dziewczynkami”. Teraz stał i patrzył, jak kibole dokonują na nich samosądu. Nie wróży to wielkiej miłości pomiędzy nim a szatnią. To dziś jednak jeden z najmniejszych problemów klubu.

Nie było podstaw do niepokoju?

Dariusz Mioduski, właściciel Legii, milczy. Nie odbiera telefonów od dziennikarzy, nie komentuje sprawy w social mediach. Klub wydał jedynie oświadczenie, że rzeczywiście „na parkingu doszło do ostrej wymiany zdań i szarpaniny z udziałem zawodników oraz członków sztabu, które łącznie trwały około ośmiu minut”. Dowiadujemy się też, że teraz „trwa analizowanie zajścia”. Uff, co za ulga.

Raz dopingują, raz wymierzają „sprawiedliwość” (fot. MediaPictures.pl/Shutterstock.com)

Przegląd Sportowy poinformował, że część zawodników ma żal do włodarzy klubu i rozważa zerwanie umowy z winy pracodawcy. Chodzi o „niezapewnienie bezpieczeństwa w miejscu pracy”. W tej kwestii wina Legii nie podlega w zasadzie dyskusji. Autokar był już na terenie klubu. Wjeżdżając, mijał stanowisko ochrony.

A napastnicy? Nie wylądowali przy Łazienkowskiej 3 niezauważeni jak desant oddziału Delta Force. Pięćdziesięciu ultrasów weszło na stadion, zatrzymało klubowy autokar i przez dziesięć minut prało po twarzach każdego, kogo kibicowski trybunał uznał winnym. W tym czasie nie pojawił się nikt z ochrony. Nie podjęto żadnej próby przerwania upokarzającego spektaklu.

Legia, czyli tam, gdzie biją

Legia w oświadczeniu broni się, twierdząc, że „grupa osób weszła na teren stadionu zgodnie z przyjętą po meczach wyjazdowych praktyką, co nie dawało ochronie obiektu podstaw do niepokoju”. Nadal nie tłumaczy to jednak braku reakcji ochrony, gdy pod nosami kamer przez dobrych kilka minut trwał samosąd. To nie była bójka menela ze studentem, którą operator monitoringu mógłby przegapić. Niemal sto osób szarpie się na monitorowanym parkingu i ochrona nie widzi podstaw do niepokoju? Pozostaje dodać, że nie niepokojeni przez nikogo ultrasi wyszli ze stadionu tą sama drogą.

Warszawski klub zarzeka się teraz, że „wnikliwie analizując fakty i wyciągając wnioski, zapewni wszystkim zawodnikom i pracownikom bezpieczeństwo”. Po czymś takim trudno jednak postrzegać tę deklarację inaczej niż rozpaczliwy PR-owy chwyt za brzytwę.

Tym bardziej, że każdy pobieżnie nawet zainteresowany polską piłką pamięta incydent z 2011 roku, kiedy to słynny Piotr „Staruch” (lider kibiców z żylety, trybuny, na której zasiadają ultrasi) uderzył w twarz Jakuba Rzeźniczaka. Wtedy samosąd dotyczył postawy obrońcy w przegranym właśnie (2:3) meczu z Ruchem Chorzów. Klub próbował wyciszyć sprawę, ale zainteresowała się nią policja i prokuratura. Zwłaszcza, że wstępny atak lidera kiboli na piłkarza uchwyciły kamery. Sprawa w sądzie miała dość oczywisty finał. Rzeźniczak stwierdził, że nikt go nie uderzył, doszło jedynie do emocjonalnej rozmowy i machania rękami.

Tym razem policja nie podjęła jeszcze działań. – Nie ma na razie oficjalnego zgłoszenia, ale sprawdzamy, czy doszło do jakiegoś zdarzenia. Mamy wiele telefonów w tej sprawie –przyznaje rzecznik Komendy Stołecznej w komunikacie opublikowanym przez PAP.

Czy czas założyć, że agresja przeniesie się poza trybuny? (fot. MediaPictures.pl/Shutterstock.com_

Jak terroryści…

Wydarzenie wstrząsnęło światem polskiej piłki i sportu w ogóle. Takie sytuacje zdarzały się w przeszłości, ale nie w tak metodycznej formie i na taką skalę. Pobici zostali także piłkarze Legii, którzy w Poznaniu nawet nie pojawili się na boisku. Z własnymi kibicami musieli mierzyć się m.in. zawodnicy Zagłębia Lubin, Górniak Zabrze czy ŁKS-u Łódź. Chodziło jednak o „dopingujące wizyty” na treningach, pyskówki, a w najgorszym razie indywidualne zwarcia fizyczne. Tym razem atak miał masową skalę.

Legia rzeczywiście rozpoczęła sezon poniżej oczekiwań. Z jedenastu ligowych meczów aż pięć przegrała. Słabo jak na mistrza. Do tego odpadnięcie z eliminacji do Ligi Mistrzów i nieawansowanie do Ligi Europy. Słabe wyniki kosztowały posadę Jacka Magierę, którego na trenerskiej ławce zastąpił właśnie Romeo Jozak. Swój pierwszy mecz w lidze – z Cracovią – wygrał, ale kolejne dwa – z Jagiellonią i Lechem – przegrał. Legia w tabeli zajmuje zatem raptem marne ósme miejsce i do prowadzącego Górnika Zabrze traci sześć punktów.

Fanatycy Legii naruszyli coś więcej niż poczucie bezpieczeństwa zawodników. Ich arogancja, zdaniem Jana Tomaszewskiego, każe traktować ich jak terrorystów. Swojego oburzenia nie kryją inni piłkarze, szkoleniowcy i byli gwiazdorzy Legii –  m.in. Maciej Rybus, Sylwester Czereszewski czy Maciej Szczęsny.

Ten atak wyznacza zupełnie nowy poziom agresji kibiców wobec piłkarzy i zapewne znajdzie swoich naśladowców. To jest w całej sprawie najgorsze: ultrasi Legii posunęli się za daleko i otworzyli drzwi, których nie da się już zamknąć, i pozostali absolutnie bezkarni. Następni kibole, którzy rywalizują ze sobą nie tylko na meczowe oprawy, będą zapewne starali się przewyższyć wyczyn fanatyków Legii. Czym? Nie wiem, ale z piłką od dawna nie ma to już nic wspólnego.

Michał Piasecki
Michał Piasecki
Absolwent filozofii (UJ) oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej (UPJPII). Studiował trzy kierunki na czterech uczelniach w dwóch miastach. Animator, wychowawca, dziennikarz i redaktor. Pasjonat popkultury, książek, przemian kulturowych i zachowań młodzieży. Entuzjasta nowych mediów i wyznawca death metalu. Kolekcjoner wszystkiego co mieści się w domu i/lub głowie. Wydawca aplikacji Upday.
AUTOR

Polecamy

Komentarze