„Albo zabiję to dziecko, albo je wyrzucę”. O macierzyństwie trudnym i niechcianym

Dziecko to wybór, nie przymus
10 minut czytania
9989
6
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
31 października 2017

Agresywne myśli pojawiają się w głowie 30-letniej Agnieszki, matki pięciomiesięcznej Amelki, kilkadziesiąt razy w ciągu doby. Ale przyznaje się do nich wyłącznie swojej terapeutce. Bo wie, że tylko ona nie uzna jej za wyrodną matkę.

Polka niematka to w naszych realiach takie samo kuriozum jak Polak niekatolik. Macierzyństwo jest cudem natury, darem niebios i największym szczęściem. Świadectwem emocjonalnej dojrzałości i dopełnieniem związku. To powszechnie obowiązująca opinia. A jeśli jakaś niewiasta ma czelność się z nią nie zgodzić, to najpewniej dlatego, że jeszcze nie ma dzieci, więc tego nie rozumie. Ale jak tylko pozna uroki rodzicielstwa i zostanie zalana falą macierzyńskich uczuć, przekona się, że była w błędzie.

– Mit matki Polki jest bardzo mocno zakorzeniony w naszym społeczeństwie, które domaga się od pań kulturowego dowodu na kobiecość w postaci urodzenia dziecka. Nie jest jeszcze na tyle dojrzałe, by zaakceptować czyjąś bezdzietność z wyboru – mówi Małgorzata Chmielewska-Zdunek, psychoterapeutka oraz socjolog małżeństwa i rodziny.

Zaropiałe cycki, otępiony mózg, czyli pułapki macierzyństwa

Ciemne strony macierzyństwa chętnie się przemilcza, choć znalazło się kilka odważnych kobiet, które mit matki Polki skutecznie podważały, i to w ostrych słowach. Wypada tu wspomnieć znany felieton Agnieszki Chylińskiej pt. „Macierzyństwo to ściema”, opublikowany w „Machinie” w 2006 roku, niedługo po narodzinach jej syna.

„Macierzyństwo to ściema! Wiem to na pewno! Poradniki, gazetki, reklamy pieluch nawet: wszyscy kłamią! To pułapka, w którą dałam się złapać i teraz zdezorientowana i zaszczuta chowam się po kątach, by mnie nie zauważył ssak, którego powiłam parę tygodni temu, by mnie nie wypatrzył, nie wyczuł, że jestem w pobliżu. Nawet nie o mnie ssakowi chodzi, ale o dwa nabrzmiałe balony, które przy delikatnym nawet ruchu sikają strugami mleka”, pisze wokalistka, podkreślając, że jest w szoku, kontuzjowana, z pyskiem wypłowiałym, mózgiem otępionym jedną godziną snu na dobę, z cyckami zaropiałymi jak po jakiejś supersesji sado-maso i z wielką pieluchą między nogami.

Ciemne strony macierzyństwa chętnie się przemilcza

Zadaje również pytanie, dlaczego nikt jej nie powiedział, że poród to potworne cierpienie i że dziecko, zamiast kwilić, marudzić i gaworzyć – po prostu drze gębę, by po kilku godzinach zasnąć z uśmiechem na ustach i łaskawie pozwolić mamie zrobić siku, coś zjeść i się umyć.

Polowanie na rodziców

Ale wdrażanie w życie planu powiększenia rodziny na początku wydaje się piękne i niewinne. Narzędziem, za pomocą którego działa prokreacyjnie nastawione społeczeństwo, zazwyczaj są bliscy potencjalnej matki i jej partnera, tak jak to było w przypadku 26-letniej Ewy.

– Już kilka miesięcy po ślubie zaczęła się subtelna, acz sugestywna perswazja – opowiada kobieta. – Przy okazji każdego spotkania towarzyskiego słyszeliśmy z mężem od rodziców, cioć i znajomych: „A Wiśniewskim urodziła się śliczna, dorodna córeczka, a Michalskim syneczek, 10 punktów w skali Apgar. Pięknie gaworzą, mają doskonały apetyt, robią cudnej urody kupki. A kiedy na was kolej? Nie ma na co czekać. Czas płynie, zegar biologiczny tyka. Nie  wiecie, co tracicie, jakie piękne chwile uciekają wam sprzed nosa”.

Ewa i jej mąż czuli się znękani, zmęczeni ciągłym nagabywaniem i zniesmaczeni nieustanną ingerencją w ich sprawy, ale, jak twierdzą, nie miało to wpływu na ich decyzję o rodzicielstwie, która była przemyślana i którą podjęli świadomie.

Brudna pielucha zamiast lukru

Dzisiaj wychowują dwuletniego synka Olka, ale, jak podkreślają, te słodkie chwile, o których tyle słyszeli, ścierają się z chaosem i goryczą codzienności, przybierającymi postać sterty brudnych pieluch i upstrzonych soczkami śliniaków, nieprzespanych nocy, permanentnego zmęczenia, małżeńskich kłótni i kryzysów, poczucia utraty wolności, a także konieczności zrezygnowania ze swoich planów, pasji i przyjemności. Lecz o tym na ogół się nie mówi.

„Zmowa, zmowa milczenia. Macierzyństwo oficjalnie jest cudem. O trudnych sprawach dowiesz się po fakcie”, pisze w swojej książce pt. „Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego” Joanna Woźniczko-Czeczott, dziennikarka, która przed napisaniem książki, gdy jej córka miała dziewięć miesięcy, stworzyła anonimowy blog. Tu właśnie dawała upust emocjom, jakie wyzwalały się, gdy stawała się matką. Bo, jak podkreśla, w bólach rodzi się nie tylko dziecko, ale i matka. Mimo że wizje macierzyństwa ociekają lukrem. Za dużo wszędzie tego lukru, a przecież, jak zauważa, macierzyństwo to nie pączek.

Maksiproblemy z minityranem

Macierzyństwo od tej niepączkowej strony zna wiele matek, które dzielą się opiniami na forach internetowych. Oto jedna z nich: „Macierzyństwo zabija wolność, radość, poczucie wartości i kobiecości. Z każdym dniem jest coraz gorzej. To poczucie, że jest się nikim. (…) Życie staje się koszmarem i poczekalnią. Uśmiech dziecka nic nie wynagradza. Odkąd zostałam matką, współczuję wszystkim spodziewającym się dzieci, myśląc, że jeszcze nie wiedzą, co ich czeka. (…) Nie radzę sobie z tym, że muszę być matką”.

Kobiety, które nie potrafią się odnaleźć w tej roli, nierzadko trafiają do gabinetu Chmielewskiej-Zdunek. Są sfrustrowane, skrajnie wyczerpane, przytłoczone nowymi obowiązkami i zdruzgotane świadomością, że „stare” życie się skończyło, a w tym nowym trzeba dzielić się sobą z istotą całkowicie od nich zależną, nieporadną, malutką, ale jakże apodyktyczną i absorbującą.

Supermama może miewać mroczne myśli

Zamiast cotygodniowego wypadu do kina i delektowania się sztuką wysoką jest delektowanie się papką ze słoiczka zjadaną przez pociechę, zamiast dreszczyku emocji przy lekturze kryminału – napięcie związane z tym, czy bobasowi się odbiło po jedzeniu, zamiast wizyty w spa i salonie fryzjerskim – chałupnicze usuwanie rozstępów po ciąży i odrostów na długo niekoloryzowanych włosach, a zamiast lampki wina i romantycznego wieczoru z partnerem – kolejna kłótnia o to, kto dziś umyje zapuszczone podłogi, lub tłumaczenie mu, że biust, mimo że ponętny, nie będzie wykorzystywany w sztuce kochania, bo chwilowo jest istotnym atrybutem sztuki kulinarnej.

Supermama ma „złe” myśli

U takich kobiet często pojawiają się „złe” myśli i skłonność do agresji wobec dziecka. – I to jest dla nich prawdziwa katastrofa, bo chciałyby być supermamami i funkcjonować zgodnie z narzuconą im rolą społeczną. A ponieważ nie mogą temu sprostać,  rodzi się w nich przekonanie, że są złe i nic niewarte – tłumaczy Chmielewska-Zdunek.

Gdy próbują szukać pomocy wśród bliskich, doznają zazwyczaj kolejnej traumy. Bo kiedy wyznają, że mają dość swojego dziecka i obawiają się, że mogą wyrządzić mu krzywdę, słyszą najczęściej: jak możesz tak mówić?!, nie masz serca!, jak ci nie wstyd?!, skąd w głowie matki  biorą się w ogóle takie myśli? – Tymczasem kobieta ma prawo do takich myśli i nie powinna się ich wstydzić. Nie świadczą one o tym, że jest wyrodną matką. Musi mówić o swoich odczuciach i szukać wsparcia  psychologicznego, skupiającego się na rozwiązaniu problemu, a nie na ocenie matki – podkreśla psychoterapeutka.

Przerwany maraton

Pacjentki trafiające do gabinetów psychologicznych niekiedy mają depresję, nawet ze skłonnościami samobójczymi, a niekiedy po prostu nie są w stanie zaakceptować modelu życia, jakie narzuca macierzyństwo. Wspomniana na początku Agnieszka była szefową dużej firmy, osobą bardzo aktywną i kreatywną. Po urodzeniu dziecka weszła w zupełnie inną przestrzeń.

– To tak, jakby komuś, kto przebiegł maraton, kazać spokojnie usiąść i poczytać. Organizm na pewno nie zareagowałby na to dobrze – tłumaczy Chmielewska-Zdunek. – Taka osoba nie może radykalnie odciąć się od pracy zawodowej. Dobrze gdy ma kogoś bliskiego, na przykład dojrzałego, zrównoważonego emocjonalnie partnera, który, na tyle, na ile to możliwe, przejmie część obowiązków wychowawczych, dzięki czemu kobieta będzie sukcesywnie wracać do zawodowej aktywności.

Ważne, by w pierwszych miesiącach po powrocie mamy do pracy partnerzy wszystko, co dotyczy domu, dziecka i zawodowych zobowiązań, wspólnie planowali – wtedy cała maszyneria, na którą składają się i wątki domowe, i te dotyczące pracy, powinna sprawnie funkcjonować.

Bezdzietność jak spotkanie z kosmitą

Są i takie kobiety, które, wbrew trendom, w ogóle nie zamierzają mieć dzieci, i to nie z powodu trudów macierzyństwa.

– Nigdy nie chciałam zostać matką – mówi 35-letnia Justyna. – Ani jako młoda dziewczyna, ani dojrzała kobieta. Może to przez moje poczucie życiowego tragizmu i świadomość skończoności wszystkiego, co pojawia się na tym świecie. Nie mam pewności, czy moje dziecko byłoby szczęśliwe i czy w ogóle miałoby ochotę się tu znaleźć. A, paradoksalnie, nie można zadać takiego pytania komuś, kogo nie ma – tłumaczy.

Każdy człowiek powinien sam podjąć decyzję o swojej prokreacji i pod żadnym pozorem nie można wywierać na niego presji

Justyna podkreśla, że nie podziela obaw wielu matek, bojących się utraty wolności i konieczności zmarginalizowania własnej osoby na rzecz dziecka. – Opiekowałam się ludźmi, którzy wymagali nieustannej, 24-godzinnej opieki. Potrafiłam zrezygnować z własnych potrzeb i stawić czoło trudnym sytuacjom, więc decyzja o nieposiadaniu dzieci nie wynika u mnie z troski o własne ego – zaznacza.

Ponieważ  świadoma bezdzietność Justyny wywołuje co najmniej taką reakcję jak lądowanie statku kosmicznego z Obcymi na pokładzie, od jakiegoś czasu zapytana, dlaczego nie ma dzieci, odpowiada, że jest to niemożliwe z powodu choroby. To łatwiejsze niż tłumaczenie ludziom czegoś, co dla niej jest oczywiste, a dla nich niewyobrażalne.

Piekło nie dla malucha

Sensację mogłyby też wzbudzić poglądy 28-letniej Anny, która nie ma dzieci, ponieważ, jak twierdzi, świat jest niebezpieczny, ciągle toczą się na nim wojny i nie może pozwolić, by jej potomek zjawił się w takim piekle. – W tym postanowieniu o bezdzietności kobieta trwa już dobrych kilka lat – mówi Chmielewska-Zdunek, dodając, że każdy człowiek powinien sam podjąć decyzję o swojej prokreacji i pod żadnym pozorem nie można wywierać na niego presji.

Niekiedy zdarza się i tak, że kobieta decyduje się na macierzyństwo, chcąc ratować nadwątlone relacje z partnerem. – Ale to nie jest dobre rozwiązanie. Dziecko nie może być deską ratunkową dla nieudanego związku, szczególnie że wyczuwa wszelkie napięcia między rodzicami – wyjaśnia.

Rodzice bez dyplomu

Joanna Woźniczko-Czeczott w rozmowie z „Wysokimi Obcasami” mówiła, że na Zachodzie  prężnie działa ruch bezdzietnych. U nas dopiero raczkuje, bo w Polsce posiadanie dzieci to pewnik, więc o skomplikowanym macierzyństwie się nie mówi. „Jak to zamilczymy, to koszty poniesie głównie kobieta, bo to ona najczęściej zostaje w domu z dzieckiem. Ja jestem zwolenniczką mówienia, że będzie trudno, i wspólnego zastanowienia się, co zrobić, żeby nie było tak trudno” – tłumaczy autorka „Macierzyństwa non-fiction…”.

Jest też zdania, że podział na dobre i złe matki to konstrukt sztuczny i szkodliwy. „Matka ma być wystarczająco dobra. Ma podążać za swoim dzieckiem i realizować jego potrzeby, nie zapominając o swoich”, powtarza za Donaldem Woodsem Winnicottem, brytyjskim pediatrą i psychoanalitykiem, który zajmował się psychoterapią dzieci oraz ich matek.

Z kolei Małgorzata Chmielewska-Zdunek wyjaśnia: – Nikt nie rodzi się z dyplomem rodzica. Bycia nim trzeba się nauczyć. Trzeba uruchomić swoje talenty poznawcze i ciągle szukać swych rodzicielskich ścieżek. Określenie „instynkt macierzyński” jest nadużywane. Taki dar mają tylko nieliczni. Pozostali tę umiejętność muszą wypracować.    

Ten świat nie nadaje się dla dzieci

Mleko jest białe, gdy nie ma w nim ściemy  

„Rośnie mój brzuch, rośnie mój strach…”, pisze Elif Shafak w autobiograficznej książce „Czarne mleko”. Tytuł symbolizuje poporodową traumę, a jednocześnie atrament, będący orężem sławnej tureckiej pisarki w walce z tym demonem. I chyba każdej kobiecie przydałby się jakiś oręż, rozprawiający się z paniką towarzyszącą ciąży, porodowi i wychowywaniu dziecka. Oręż, który stroniłby od politycznej poprawności i traktował rzecz, cytując Chylińską, bez szkodliwej ściemy.

Być może felieton wokalistki powinien znaleźć się na półce z poradnikami tych pań, które obawiają się swoich gorzkich odczuć na temat macierzyństwa – by uświadomiły sobie, że mają do nich prawo i że nie czynią one z nich złych matek. A gdyby jakiś sceptyk wyrwał się z opinią, że takie teksty non-fiction, w wersji nielukrowanej mogłyby w jakikolwiek sposób zaszkodzić macierzyństwu, trzeba mu koniecznie przypomnieć, że sama Agnieszka Chylińska po jego publikacji urodziła jeszcze dwoje dzieci.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska

Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.


Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.


Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.


AUTOR

Polecamy

Komentarze