Bawią, uczą, myślą za nas. Inteligentne aplikacje sterują naszym życiem?

Siri, jak żyć?
7 minut czytania
366
0
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
3 listopada 2017
©Warner Bros

W smartfonach mamy zainstalowanych średnio 27 aplikacji, a na ekran spoglądamy 80 razy w ciągu dnia. Niektórym “apkom” ufamy bardziej niż lekarzom, powierzamy im intymne sekrety i pozwalamy za nas decydować. Naukowcy nie mają wątpliwości – według ostatnich badań te urządzenia przejęły nad naszymi umysłami kontrolę.

Co to za kawałek? Jeśli spodobał ci się nieznany utwór albo nie możesz sobie przypomnieć jego tytułu, pewnie nie pytasz już znajomych, nie dzwonisz do radia ani nie googlujesz “muzyka z reklamy TVN”. Po prostu włączasz na smartfonie popularną aplikację Shazam, przybliżasz go do głośnika i po chwili znasz odpowiedź. Aplikacja powstała, bo nic tak nie irytuje jak niewiedza i czasowy brak dostępu do zakamarków własnej pamięci, a do tej pory pomogła swoim użytkownikom już 30 mld razy! Shazam jest tak popularny że dosłużył się nawet własnego czasownika. Shazam it! – to tyle co w polskiej wersji “schazamuj”, albo “zszazamuj to”. Serio.

Jak działa Shazam? Wystarczy, że źródło muzyki znajdzie się w zasięgu mikrofonu wbudowanego w smartfon z systemem iOS lub Android lub w komputer Mac, a Shazam wyszuka odpowiedni fragment kodu w bazie 11 mln piosenek. W ciągu kilku sekund rozpozna utwór i wyświetli jego tytuł na ekranie. Dla laika brzmi to jak magia, i chyba trochę jest, bo jeszcze żadnemu konkurentowi nie udało się powtórzyć tego sukcesu i choćby zbliżyć do wyników brytyjskiego producenta. – Dziś to ogromna społeczność, która łączy miliard osób. Główny model biznesowy to powiązanie z serwisami muzycznymi, gdzie wyszukiwane utwory można w łatwy i szybki sposób nabyć – tłumaczy Łukasz Kłosowski z serwisu o marketingu mobilnym GoMobi.pl

Masz telefon, masz odpowiedź na wszystko

Shazam w świecie inteligentnych aplikacji stał się niemal tym czym Adidas dla butów sportowych. Kolejne “apki”, które rozpoznają już nie tylko muzykę, ale i obiekty, zwierzęta, rośliny, a nawet ludzi, media nazywają po prostu shazamopodobnymi. “Shazam for art” – tak określa się Smartify, aplikację z misją, która ma pomóc ludziom w zrozumieniu sztuki. Wystarczy, że sfotografujesz obraz w wybranym muzeum, a smartfon wyjaśni ci kulisy powstania dzieła i biografię artysty. – To najbardziej elegancki, dyskretny i wyczerpujący przewodnik po sztuce jaki kiedykolwiek widziałem – chwali Will Gompertz z BBC Arts. – Smartify potęguje doznania widzów podczas obcowania ze sztuką – wtóruje recenzent The New York Times.

Skąd pomysły na takie aplikacje? Michał Brożyński, redaktor naczelny technologicznego bloga 90sekund.pl, zwraca uwagę, że rynek aplikacji mobilnych to łakomy kąsek – według analiz Komisji Europejskiej tylko w krajach UE w 2018 r. będzie wart aż 63 mld euro. – Każdy obszar musi zostać zagospodarowany, szczególnie tak ważne dziedziny jak muzyka czy sztuka – podsumowuje Łukasz Kłosowski z GoMobi internetowe powiedzenie “there is an app for that”.

Twój smartfon potrzebuje jedynie mikrofonu, aparatu i dostępu do internetu by odpowiedzieć praktycznie na każde pytanie. Np. uniwersalne CamFind pomoże ci znaleźć słowo, które masz na końcu języka. Jakiej rasy jest pies sąsiadów? Po co pytać, wystarczy, że zrobisz mu zdjęcie a aplikacja podpowie jak odróżnić malamuta od  husky. Sfotografuj plakat filmowy a apka poda linki do trailerów i wywiadów. Przy pomocy smartfona rozpoznasz w ten sposób gatunki roślin, owadów, markę i model mijającego cię samochodu, a nawet płaszcz obcej osoby, który wpadł ci w oko. Mało? Na podstawie zdjęcia z wakacji poznasz numery Pantone, by potem móc pomalować sufit farbą w kolorze idealnie błękitnego nieba.

Wśród tzw. inteligentnych aplikacji są też takie niezupełnie poważne. Kiedy motyw pojawił się w serialu komediowym Sillicon Valley, po kilku dniach w AppStore można było pobrać aplikację “Not hotdog”. Miała tylko jedną funkcję: odróżnić hot doga od innych przedmiotów.

Kiedy korzystasz z internetu, neurony usypiają

Problem w tym, że używanie aplikacji, które myślą za nas rozleniwia nasz mózg. Podobny wpływ ma na nas zresztą wyszukiwarka internetowa, w której sprawdzamy nawet najprostsze fakty zamiast odwoływać się do swojej pamięci. Psycholodzy nazwali to cognitive offloading, co można przetłumaczyć jako poznawcze rozładowanie. W sytuacji, kiedy jesteśmy zmęczeni ilością przetwarzanych danych i atakowani bodźcami z każdej strony, wybieramy drogę na skróty. – Pamięć nie jest stała. Nasze badania sugerują, że korzystamy z internetu, by ją wspomagać i pogłębiać, a w efekcie stajemy się od niego zależni – tłumaczy dr Benjamin Storm z Uniwersytetu Kalifornijskiego. – Przed erą powszechnego internetu próbowaliśmy sami przypominać sobie pewne fakty, które akurat wypadły nam w głowie. Teraz nawet się nie wysilamy.

Dr Storm i jego współpracownicy przeprowadzili eksperyment w którym zadawali uczestnikom badania dość skomplikowane pytania. Połowa grupy mogła korzystać z wyszukiwarki Google, a reszta musiała odpowiadać samodzielnie. W drugiej turze badania pytania były bardzo proste, ale już wszyscy uczestnicy mogli się posiłkować wyszukiwarką. Okazało się, że pierwsza grupa była bardziej skłonna, by ponownie szukać odpowiedzi w Google. – Nie ma wątpliwości, że nowe możliwości techniczne wpływają na nasze procesy poznawcze – mówi prof. Evan F. Risko, badacz poznawczego rozładowania.

Zaufaj mi, jestem aplikacją

Konsekwencje poznawczego rozleniwienia mogą być o wiele poważniejsze. Pojawia się coraz więcej narzędzi przydatnych, o ile korzysta się z nich rozważnie. Przykład: 500 mln osób na całym świecie używa popularnych aplikacji monitorujących stan zdrowia. Lekarze przestrzegają przed traktowaniem ich na równi z konsultacją medyczną. Wsłuchajcie się w swój organizm, ale nie polegajcie bezkrytycznie na wskazaniach mobilnych gadżetów – apelują. Tymczasem popularne aplikacje do mierzenia pulsu, to w rzeczywistości zwykłe zabawki, ich wynik jest uprzednio zakodowany i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Ginekolodzy i położnicy przypominają, by przyszłe mamy nie rozstrzygały swoich wątpliwości przez aplikacje typu pregnancy tracker, czyli służące do śledzenia przebiegu ciąży. Zawarte tam porady mogą być mylące i opóźniać moment konsultacji z lekarzem, sugerując np. że zawroty i ból głowy to typowe objawy i nie ma się czym martwić. Z dużym dystansem powinno się też traktować aplikacje monitorujące cykl i dni płodne, które dla wielu kobiet są pomocą w planowaniu ciąży albo co gorsza w antykoncepcji. Może jednak lekarze nie mają racji, skoro aplikacja Fertility Friend miała ponoć swój skromny udział aż w 650 tys. poczęć?

W 2013 r. w  AppStore pojawiła się aplikacja, rozpoznająca tabletki na receptę na podstawie zdjęcia zrobionego przez użytkownika smartfonem. „Martwisz się, że farmaceuta wydał ci złe leki? Znalazłeś podejrzaną pigułkę w pokoju dziecka? Zrób zdjęcie pigułki i zapewnij sobie spokój” – reklamowała się ID My Pill, która co prawda zebrała fatalne oceny użytkowników, ale jednocześnie sporo pochwał oryginalnego konceptu.

Blogerzy i dziennikarze specjalizujący się w technicznych nowinkach ostrzegali w lipcu tego roku, przed “potencjalnie niebezpieczną” aplikacją Mushroom. Teoretycznie to biblia dla grzybiarzy – wystarczy sfotografować znaleziony grzyb, by uzyskać informację o jego gatunku. Ale w przeprowadzonym teście, kosztująca 5$ Mushroom nie rozpoznała na zdjęciu nawet grzybów Shitake przy doskonałym oświetleniu, więc co dopiero rzadkich gatunków w lesie. Przed jej używaniem ostrzegali także mikolodzy i doświadczeni zbieracze grzybów, przypominając, że gatunków jadalnych od trujących często nie można odróżnić wyłącznie po wyglądzie, ale również przez dotyk i po charakterystycznym zapachu. Autor aplikacji przekonywał co prawda o jej edukacyjnych walorach, ale jednocześnie przyznawał, że algorytmy jeszcze nie działają jak trzeba.

Czy bezkrytyczne zaufanie do aplikacji pomocników, można porównać do tego jakim niektórzy kierowcy darzyli nawigację GPS? W czasach, kiedy sprawność tych urządzeń zależała od aktualizacji dodatkowych map, nie brakowało historii o ludziach, którzy wjechali na górską ścieżkę, leśny dukt, pustkowie czy na środek zamarzniętego jeziora bo tak pokierowała ich nawigacja. “Polityka” opisywała historię Belgijki, która miała tylko odebrać przyjaciela z dworca w Brukseli, po dwóch dniach słuchania wskazówek nawigacji dotarła do Zagrzebia. Jak twierdziła dopiero wówczas zorientowała się, że chyba opuściła Belgię. Zamiast 150 przejechała 1500 km przejeżdżając przez Niemcy, Austrię, Słowenię i Chorwację.

Niegłupi asystent

Z drugiej strony aplikacje wykorzystujące sztuczną inteligencję, takie jak Robin czy Cortana, to dobre rozwiązania m.in. właśnie dla kierowców. Działają jak sterowany głosem asystent i pomagają znaleźć najbliższą stację benzynową, restaurację czy potrzebny kontakt bez odrywania wzroku od drogi.

Pozytywnych przykładów jest więcej. Portale dla rodziców opisywały jak pewna kobieta dzięki Siri, uruchamianej głosowo funkcji w iPhonie, wezwała do domu karetkę jednocześnie dokonując masażu serca swojego dziecka. To prawdopodobnie uratowało mu życie.

Cupertino – to tu rodzą się najdziksze pomysły na aplikacje (fot. Uladzik Kryhin/Shutterstock.com)

Wspomniane aplikacje zdrowotne i fitness co prawda nie zastąpią spotkania twarzą w twarz z lekarzem ale zwiększają zainteresowanie zdrowym trybem życia. Czasem są w stanie nawet pomóc. – Regularnie korzystam z apki Nie Kichaj!, która od ręki pokazuje mi, co właśnie pyli, jakie jest stężenie pyłków oraz w której fazie aktualnie się znajdują – opowiada Michał Brożyński. – I dzięki tej aplikacji, słowo honoru, udało mi się kilka razy w tym roku wyprzedzić ostrą alergię, wcześniejszym zaaplikowaniem leków.

Podobnie aplikacje rozpoznające rośliny, gatunki zwierząt czy obiekty, jeśli tylko korzystają z wiarygodnych źródeł, pozwalają nam po prostu wiedzieć więcej o świecie. Na przykład za wirtualnym przewodnikiem po świecie sztuki stoi londyńska Royal Academy of Arts.

Counterpoint Research zbadał, że przeciętnie spędzamy ze swoimi smartfonami pięć godzin dziennie, a co czwarty z nas nawet siedem godzin i więcej. To tak jakbyśmy nie odrywali się od ekranu nawet na chwilę od Nowego Roku aż do połowy marca. A może to czas wcale nie zmarnowany, a chociaż w części zaoszczędzony i mądrze spędzony? Bloger 90sekund.pl podsumowuje – Sądzę, że aplikacje nas nie rozleniwiają, one pozwalają nam na korzystanie z tych samych usług w inny, relatywnie szybszy i skuteczny sposób.

Chcesz sprawdzić ile czasu ty spędzasz ze smartfonem w ręku? Spokojnie, “there is an app for that”!

Karolina Kowalska
Karolina Kowalska

Śledzi trendy i fenomeny zza zawodowych, marketingowych okularów. Ogląda bloki reklamowe i zdarza jej się przy tym pochlipywać. Lubi czytać historie brandów, które poniosły porażkę, a szczególnie jeśli się po tym podniosły. Inspirują ją ludzie, którzy przy śniadaniu wpadli na pomysł, o którym rok później mówił już cały świat. Obecnie pełnoetatowa Matka-Polka.


AUTOR

Polecamy

Komentarze