„Ding dong, the witch is dead”, czyli Charles Manson nie żyje

Opowieść o degeneracji i popkulturze
5 minut czytania
1225
1
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
26 listopada 2017
fot. YouTube

Ponoć o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Jeśli faktycznie by tak było, pewnie mógłbym już teraz postawić kropkę i odejść od komputera, bo o Charlesie Mansonie cisną się na usta słowa niewybredne. Choć trzeba przyznać, że nagrał ze dwa znośne kawałki. Zza krat.

Lubiący sobie podumać nad historiami alternatywnymi, głowią się nieraz nad pytaniem, czy Manson rozkręciłby swoje – niemalże już mityczne – imperium zła, gdyby któraś z kalifornijskich wytwórni wydała mu przed laty upragnioną płytę. Jest to hipotetyczne zagadnienie z tego samego rozdania co podobne, dotyczące Hitlera, niedoszłego studenta akademii sztuk pięknych. Powtarzać go już chyba nawet nie trzeba, a zaplata podobny warkocz skojarzeń. Wydaje się bowiem, że tak łatwo można było zażegnać wszystkie nieszczęścia, gdyby ktoś dał jednemu czy drugiemu szansę artystycznego spełnienia. I choć to dyskusja korzystająca wymiernie z nadświadomości historycznej, nie ujmuje jej to niezaprzeczalnej atrakcyjności.

A co by było, jeśli wszystko ułożyłoby się inaczej?

Kuszą domysły, co by Manson-muzyk wyśpiewywał, gdyby nie został Mansonem-mordercą i jak byśmy te jego chropawe nagrania odbierali. Mnie akurat jest trochę głupio, że bardzo lubię posłuchać sobie czasem „Look at your game, girl”. Może Manson pitoliłby sobie na gitarce i po dziś dzień nagrywał płyty, nadal palił jointy i nawet dorobił statusu mało znanego, ale kultowego w pewnych kręgach artysty, będącego żywym testamentem kultury hipisowskiej. Może nawet Guns’n’Roses i tak nagraliby jakiś jego cover, choć to już cokolwiek wątpliwe. Ale już Marilyn musiałby sobie dolepić inne nazwisko.

Charles Manson po aresztowaniu w 1971 roku

Ostatecznie jednak Manson się owego spełnienia doczekał, choć sposobem pokrętnym, bo stał się nie podmiotem, a przedmiotem trwającego do dzisiaj dyskursu i wymiany myśli. Nierzadko dotyczą one kwestii, czy istotnie Charlie był geniuszem zła lub bojownikiem o sprawę, która nam, maluczkim, nie mieści się pod czaszkami. Być może dzielnie brał się za bary z establishmentem, a być może to po prostu kolejny wiejski głupek, któremu nawet mordercza sława przydarzyła się przypadkiem, a opowieści o hipnotyzującej charyzmie można sobie włożyć między bajki albo i jeszcze głębiej. Nad tym jednak już nie wszyscy chcą się zastanawiać, bo o ileż atrakcyjniej jest analizować popkulturową legendę, częstokroć pełną czarnych dziur i białych plam, niż fakty.

Teorie, teorie

Można powiedzieć, że niewiarygodna wręcz konwergencja mnóstwa czynników przesądziła o rzeczy istotnej: zbudowała pamięć o Mansonie. Sprawiła też, że ja dzisiaj piszę to, co piszę, a ty to teraz czytasz. I nie chodzi tylko o to, że pośród ofiar Rodziny znalazła się Sharon Tate, co wywindowało brutalny mord na pierwsze strony gazet (kto dzisiaj pamięta o małżeństwie LaBianca?).  Może warto wspomnieć chociażby, że do tragedii doszło pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy zaogniał się konflikt wietnamski, kino zrywało kajdany kodeksu Haysa, a na torze Altamont podczas koncertu Rolling Stones doszło do tragedii. Historiozofia każe snuć kuszące opowieści o nadciągającej zagładzie, o znakach na niebie i ziemi, że coś się szykowało, że nastąpiła swoista kumulacja zdarzeń i coś musiało gruchnąć. A Manson był oczywiście epicentrum owej eksplozji, był katem i ofiarą zarazem, był mesjaszem, męczennikiem i sukinsynem.

Prasa chłonęła kolejne doniesienia, pierwotnie o prowadzonym dochodzeniu, a potem o jego wynikach. Okazało się, że – bo jak mogło być inaczej? – mordu dokonali zdegenerowani hipisi, kryjący się za fasadami fałszywych haseł o pokoju i miłości. Niskonakładowa (i nie tylko) prasa miała tyle śmiałości, aby się Mansonem jawnie zachwycać. Prokurator Vincent Bugliosi prawa do książki o procesie Rodziny sprzedał ponoć jeszcze zanim ten nawet dobiegł końca. Zresztą to on, forsując medialne teorie o domniemanych motywach Mansona, jednym z których miała być wojna rasowa, ukryta pod kryptonimem Helter Skelter, odpowiedzialny jest w sporej mierze za mitotwórczy symbolizm otaczający Charliego.

Manson na więziennym zdjęciu z 2011 roku

Kult potwora

Dzisiaj coraz częściej i gęściej rewiduje się argumenty Bugliosego, lecz baśni i tak już nie rozbiją żadne fakty. Bo, jak już zresztą mówiłem, prawda nigdy nie będzie tak interesująca jak to, co wokół Mansona narosło. I mam na myśli nie tylko okoliczności dokonanych przez Rodzinę zbrodni, lecz to, co zrobił popkulturze. Albo, jak kto woli, dla popkultury. Z czasem to muzyka i kino przejęły znicz, niosąc go daleko od sali sądowej. Ledwie zatrzasnęły się drzwi celi, a już kręcono o Mansonie filmy, ale, tak po prawdzie, chyba żaden nie zasługuje nawet na wzmiankę. Nie licząc rzeczy dokumentalnych, te produkcje to albo czysta i cyniczna eksploatacja albo bolesna amatorszczyzna. Sam Charlie pozostawił po sobie parę nagranych za kratami płyt. Kto ma siłę, niech przesłucha – wszystko jest na Spotify. Niektóre kawałki wyprodukował mu nawet sam Henry Rollins.

Ponoć jeszcze w latach dziewięćdziesiątych istniał kult Mansona, którego członkowie zbierali się i śpiewali piosenki o swoim bohaterze. Może to kolejna z teorii Bugliosego, a może jest to prawda – w co mógłbym bez wahania uwierzyć, śledząc na Facebooku komentarze, jakie pojawiły się po śmierci Charliego, który wtedy jeszcze nawet dobrze nie ostygł.

Zmarł 19 listopada 2017 roku. Niech mu ziemia ciężką będzie.

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury. Prowadzi fanpage Kill All Movies.
AUTOR

Polecamy

Komentarze