George Clooney na prezydenta!

Na razie w kinach rządzi jego "Suburbicon"
4 minuty czytania
256
2
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
16 listopada 2017
fot. Denis Makarenko/Shutterstock.com

Nie stroni od polityki ani w swoich filmach, ani w publicznych wypowiedziach i deklaracjach. Chyba nie jestem jedynym, który chętnie widziałby George’a Clooneya w Białym Domu – nie tylko jako gościa.

W mediach wypływają na poły plotkarskie, a na poły – o zgrozo – snute na serio teorie, jakoby za oceanem do kolejnego wyścigu o prezydencki stołek miały stanąć tuzy z zupełnie innej bajki.

Pompowanie ego w Hollywood

Pewnie dałoby się podyskutować o swoistym efekcie Trumpa, bo to przecież też facet, który z polityką miał tyle wspólnego, co ja z mercedesami, a jednak wygrał. Ale to też nie tak, że Mark Zuckerberg czy The Rock – bo o nich między innymi mowa w tym kontekście – dopiero teraz poczuli się ośmieleni. Przypuszczam, że i bez Trumpa nikt by ich nie musiał wyjątkowo zachęcać. I Dolina Krzemowa, i Hollywood potrafią człowiekowi napompować ego.

Nie wydaje mi się, aby któryś z nich ostatecznie zdecydował się kandydaturę zgłosić, choć, jeśli okaże się inaczej, nie będę specjalnie zaskoczony. Ot, dziwaczny dualizm oczekiwań i spodziewań. Gdyby jednak istotnie do tego doszło, mielibyśmy do czynienia z niebywałym marketingowym wyścigiem, który śpieszno byłoby mi obejrzeć, bo kto jak kto, ale ci dwaj na marketingu zęby zjedli. Byłby to show nie z tej ziemi.

George Clooney (fot. Denis Makarenko/Shutterstock.com)

O ile jednak Zuckerberg wylansował stworzony przez siebie produkt (kto trafił tu z Facebooka?), The Rock sam jest produktem. I kusi nieustanną autopromocją przy pomocy wszystkich dostępnych narzędzi przekazu – od konta na Instagramie (obserwuję) do blockbustera na lato i zimę. Choć ma prywatnego jeta, to jednak reprezentuje biedę, pamięta odległe, ciężkie czasy i podkreśla, że to, do czego doszedł, sam podniósł mocarnymi łapami. I mogę sobie wyobrazić, że Ameryka oddaje na niego głos.

Ba, gdyby mi dano taką możliwość, to pewnie zadrżałaby łapka nad urną. Nie jestem specem od polityki, tak samo jak miliony co cztery lata żywo dyskutujące o tym, kto będzie kolejnym prezydentem, ale mój głos liczy się tak samo, jak profesora politologii, anonimowego sąsiada z naprzeciwka i znienawidzonego trolla kojarzonego z komentarzy pod ulubioną stroną z recenzjami gier. Stąd zdaję sobie sprawę z jego wagi. A nadal bym się wahał, czy nie zagłosować na The Rocka. Zrozumcie.

Aspiracje polityczne? Nie posiadam!

Tak czy inaczej, dyskutując o aktorach, których na prezydenckim stołku chciano by osadzić i takich, co chcieliby się tam znaleźć, a nawet się znaleźli, nie można pominąć jednego nazwiska. Nie, nie chodzi ani o Reagana, ani o Schwarzeneggera, lecz o George’a Clooneya. Ten jednak, rozmawiając z dziennikarzami przy okazji kolejnych premier, cyklicznie pytany o aspiracje polityczne odpowiada niezmiennie, że nigdzie nie będzie startował, że polityka go może i interesuje, ale urzędy już nie. Trochę może i jednak szkoda. Głosowałbym.

Zdaję sobie sprawę z jawnej niekonsekwencji mojego wywodu, bo przecież raz się wyzłośliwiam, a raz mi kolana miękną na myśl o politycznym wiecu z hollywoodzkim rozmachem. Jednak jest w tym niebłahy dylemat niejednego wyborcy. A Clooney, o którym piszę dlatego, że na ekranach gości wyreżyserowany przez niego „Suburbicon”, od polityki nigdy nie stronił, ani stając za lub przed kamerą, ani nie krył się ze swoimi poglądami. Jawny Demokrata, przed niespełna dekadą stał przy Baracku Obamie, wówczas jeszcze senatorze, a przed rokiem poparł, a jakżeby inaczej, Hillary Clinton.

Mimo że słyszał nie raz, że powinien trzymać się tego, na czym się zna, a nie wyrywać się z szeregu, ostatnio podczas konferencji prasowej zwołanej na festiwalu w Toronto rozsierdził się i nazwał autora podobnych komentarzy, prezydenckiego doradcę Steve’a Bannona, „niewydarzonym scenarzystą”. Był to i tak najlżejszy epitet, jaki wystosował pod jego adresem. Ale też i wytknął swojej partii krótką ławkę, na której siedzi… The Rock. On sam jednak, jak ponownie pokreślił, miejsca tam nie zajmie. Ale się też i nie uciszy, bo czemu miałby?

Nietrudno wyobrazić sobie tę parę w Białym Domu (fot. magicinfoto/Shutterstock.com)

Kino politycznego niepokoju

Może ze względu na osobę reżysera dyskusja tocząca się wokół „Suburbiconu” dotyka tematu, którego, jak twierdzi Clooney, nie poruszał, czyli sytuacji czarnoskórej mniejszości na amerykańskich przedmieściach przed przeszło półwieczem. Jak mówi reżyser, chciał opowiedzieć raczej o lęku białej społeczności przed utratą uprzywilejowanego statusu. Jednak, jak przyznaje, taką interpretacyjną perspektywę być może narzucają niedawne wydarzenia z Charlottesville

Żadna to nowina, że dzieło żyje poza artystą, ale kiedy idzie o pana C., zawsze wyciąga się na pierwszy plan aktualne polityczne konotacje. Tak było przy okazji „Good Night and Good Luck”, stanowiącego niemalże jego osobisty manifest traktujący o dziennikarskiej etyce. Tak było i przy „Idach marcowych”, odkrywających brudy kryjące się pod płaszczykiem atrakcyjnych haseł szumnych kampanii.

Ktoś mógłby jednak krzyknąć, że co on z tym uprzywilejowaniem, toć to nic innego jak hipokryzja ze strony cieszącego się sławą milionera, jakieś podwójne standardy, ale nie da się chyba nie dostrzec, jeśli zespolić film i z życiorysem wywodzącego się z klasy robotniczej reżysera, i z jego klarownymi poglądami, że facet ma serce po właściwej stronie. Tyle że w Hollywood to nie wystarczy, bo istnieje niebezpieczeństwo, że prędzej tamta rzeczywistość odmieni jego, niż on ją.

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury. Prowadzi fanpage Kill All Movies.
AUTOR

Polecamy

Komentarze