Jerzy Górski: „Najpierw byłem szmatą, potem zostałem mistrzem”

Albo już niedługo zdechniesz, albo możesz być wolny
17 minut czytania
7796
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
11 listopada 2017

Jerzy Górski jest żywym przykładem na to, że nie ma takiego dna, od którego nie można się odbić. Ponad 14 lat żył na haju, a lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. On jednak zaczął uprawiać sport i został mistrzem świata w podwójnym triatlonie.

Jego życie to gotowy scenariusz na film, który zresztą już powstał i zdobył nagrodę publiczności na festiwalu polskich filmów w Gdyni. Jerzy Górski, człowiek, który zainspirował twórców filmu „Najlepszy”, tuż przed premierą kinową opowiada nam, co takiego się wydarzyło, że ćpanie zamienił na bieganie.

Podobno uciekł pan ze szpitala w trakcie odwyku. Zaraz potem rzucił pan jednocześnie trzy nałogi: narkotyki, palenie oraz picie. I zaczął biegać. To dosyć karkołomne.

Z dnia na dzień zamieniłem jeden nałóg na drugi. Bieganie stało się nowym uzależnieniem. Zacząłem w Monarze, ośrodku dla narkomanów, do którego uciekłem z odwyku. Nie poszedłem tam, żeby biegać. Jakby mi wtedy ktoś powiedział, że będę to robić, powiedziałbym mu: spierdalaj na drzewo. Owszem, biegałem…, gdy goniła mnie milicja po włamaniu do apteki. Wtedy uciekałem co sił w nogach, ale żeby tak bez sensu gnać przed siebie? Poszedłem do Monaru, bo tam miała być ta wolność, o której mówił Marek Kotański, jego założyciel. W czasach PRL-u narkomani byli leczeni w zamkniętych zakładach psychiatrycznych. Marek stworzył alternatywę. W jego ośrodkach nie było lekarzy w białych kitlach. Tu obowiązywała inna forma terapii: będący w podobnej sytuacji życiowej narkomani leczyli się nawzajem. Wielu liderów ośrodków przeszło przez uzależnienie. Potem wracali do normalnego życia, kończyli kursy zawodowe. Podopieczni, którym Kotański się poświęcał, nie byli bez winy. Ale on wierzył w nich bardziej niż ktokolwiek inny.

Jerzy Górski

I nie rozczarował się pan podczas dwuletniego pobytu w Monarze, do którego trafił pan w 1983 roku. Nie każdy był w stanie wytrzymać reżimu i ciężkiej pracy w ośrodku.

U Kotańskiego były twarde zasady: zero papierosów, alkoholu i seksu. Nigdy ich nie złamałem, ale miałem problem z posłuszeństwem. Między innymi za to dostawałem karę glajfy, czyli golenia na łyso za złamanie regulaminu ośrodka. Byłem niecierpliwy, wszystko robiłem na maksa i rzadko kiedy się poddawałem. Mało któremu narkomanowi udało się przeżyć 14 lat uzależnienia. Kotański mówił, że żeby wyjść z takiego nałogu, trzeba być mistrzem.

W Monarze narodziłem się na nowo. Terapia była oparta na ciężkiej pracy – narkoman musiał poczuć, że jest szmatą, nikim. Kotańskiemu zarzucano okrutne traktowanie ludzi. Ale to nieprawda. On świetnie potrafił oddzielić człowieczeństwo od narkomanii. Wiele osób, które spotkałem w ośrodku, skreśliłbym bez wahania – on dawał im szansę. Na moją decyzję o pójściu do Monaru mieli wpływ ludzie, którzy wyszli stamtąd odmienieni. Kiedy ich spotkałem, wydali mi się jacyś tacy pozytywni, uśmiechnięci. Zacząłem im zazdrościć, też chciałem taki być. Miałem 29 lat i dopiero tam nauczyłem się wszystkiego, co było mi potrzebne do życia: sprzątania, prania, gotowania. Chodziło o to, żeby wziąć odpowiedzialność za to, co się robi. Kiedy byłem szefem kuchni, musiałem przygotować posiłek dla całej grupy. Wymyśliłem, że usmażę placki. Pamiętam, że zrobiłem zaczyn na drożdżach i zostawiłem miskę w kuchni. Po jakimś czasie wchodzę, patrzę, a cała zawartość naczynia jest na ziemi. Musiałem szybko kombinować, co zrobić na obiad. Tak nauczyłem się gotować. Jak „grzałem”, to potrafiłem sobie zrobić jedynie kanapkę, jadłem byle co, najważniejsza była hera.

Spotkanie Kotańskiego było przełomem. Gdyby nie on, prawdopodobnie nigdy nie zostałby pan mistrzem świata w katorżniczych zawodach Double Ironman w USA?

Kiedy byłem w bardzo tragicznym stanie w szpitalu, po odtruciu, pomyślałem, że już dłużej nie wytrzymam. Lekarka powiedziała, że daje mi małe szanse na przeżycie. Ważyłem wtedy 48 kg, byłem słaby, z podłączoną kroplówką, ale mimo to znalazłem w sobie na tyle siły, żeby wezwać taksówkę i pojechać do wrocławskiego ośrodka Monaru. Wtedy były tylko trzy takie placówki w kraju. Czułem podskórnie, że już mam tego dosyć, że dłużej nie pociągnę i chcę spróbować żyć w warunkach wolności, o których mówił Kotański. Tam nie było szpitalnej sali i nie słyszało się utyskiwań: siostro, źle się czuję, tylko trzeba było zaiwaniać od rana do nocy. Mogliśmy hodować kwiaty lub świnie. Uzdrawialiśmy się nawzajem. Nikt nas nie trzymał w ośrodku wbrew naszej woli. W każdej chwili mogłem wyjść. Wolność polegała na tym, że to ja decydowałem, czy chcę tam być.

Skąd pan miał siłę na bieganie? Kilka miesięcy po odwyku wziął pan udział w maratonie.

Kiedy trafiłem do Monaru, jednym z elementów leczenia była aktywność ruchowa. Pierwsze obowiązkowe 1700 metrów przebiegłem na ogromnym głodzie narkotykowym. Zatrzymywałem się co kilka kroków. Plułem krwią. Płakałem z bólu. Ale biegłem. Z każdym dniem było lepiej, czułem się coraz mocniejszy. Zaczęło mnie to wzmacniać i kształtować, a przede wszystkim czułem efekt działania endorfin, czyli hormonów szczęścia, towarzyszących długotrwałemu wysiłkowi fizycznemu. Szybko pokochałem sport, zacząłem też pływać i jeździć na rowerze. Kilka miesięcy po odwyku startowałem w zawodach triatlonowych i szybko stanąłem na podium.

Dlaczego 14-latek zaczyna brać narkotyki? Co się dzieje w głowie takiego młodego człowieka? W jakich okolicznościach używki pojawiły się w pana życiu?

Byłem nastoletnim dzieckiem, które nie rozumiało świata. Imponowali mi starsi koledzy, a ponieważ oni „grzali” więc ja też, bo chciałem im zaimponować, pokazać, że ja również jestem cool. Mówili, żebym spróbował, bo będzie kolorowo. Na początku tak było, ale potem, jak przyszedł głód narkotyczny, to człowiek musiał mieć towar. Nie zdawałem sobie sprawy, że to nielegalne, że to przestępstwo. Nikt mi nie powiedział, że mogę trafić do więzienia.

W tamtych czasach oficjalnie nie istniało zjawisko narkomanii, uznawanej za problem zgniłego Zachodu. Gdy narkomani trafiali do zakładów psychiatrycznych, w rozpoznaniach lekarskich wpisywano coś w rodzaju „lekomania”, słowo „narkomania” nie istniało.

Trzeba było być nieźle zorganizowanym, żeby zdobyć heroinę. Kombinowałem, jak mogłem, włamywałem się do apteki, fałszowałem recepty, produkowałem ją w warunkach domowych.  Cokolwiek bym nie powiedział na swoje usprawiedliwienie, byłem przestępcą.

Doszedłem do etapu, w którym uzależnienie staje się chorobą. Wtedy już nie jest przyjemnie.  Żeby zdobyć towar, trzeba kraść, oszukiwać rodziców. Słowo „przyjaźń” nie istnieje. Za narkotyki byłem w stanie zrobić wszystko.

Jerzy Górski

Nikt nie dawał panu szans na wygraną z uzależnieniem. Podobno gdy zaczął pan biegać w triatlonach, śmiali się z pana, pytali: czy biegnie dzisiaj ten narkoman? Potem, gdy zaczął pan wygrywać, mówili już na pana widok Jurek.  Co takiego fascynującego było w triatlonie?

To sport dla indywidualistów, łączący trzy dyscypliny w jednym. W moim przypadku nie chodziło o podium, tylko o walkę ze sobą, o pokonywanie własnych słabości. Triatlon był wyzwaniem, a ja potrzebowałem celu, żeby zwalczyć w sobie strach. Kiedy trenowałem, czułem się wolny. Ten sport zdominował moje życie, stał się totalną drogą, która prowadziła mnie przez życie, wszystko inne stanowiło tylko dodatek. Momentem przełomowym była informacja o triumfie słynnego maratończyka Antoniego Niemczaka w wiedeńskim maratonie. Zacząłem marzyć o podobnym osiągnięciu. Kiedy opowiedziałem o tym w ośrodku, wszyscy pukali się w głowę, myśląc, że to moje kolejne urojenie.

Kończąc rehabilitację, postanowiłem objechać rowerem wszystkie ośrodki Monaru w Polsce. Miało to być symboliczne rozliczenie z przeszłością. Kiedy jadąc, trafiłem na prawdziwy triatlon, od razu postanowiłem wziąć w nim udział. Uznałem, że to fantastyczna przygoda, i właściwie zakochałem się w tym sporcie. W 1990 roku w wieku 36 lat ustanowiłem rekord świata w triatlonowych mistrzostwach świata, zdobywając tytuł mistrza na dystansie Double Ironman (prawie 8 km pływania, 360 km jazdy na rowerze i 84 km biegu). Teraz, gdy patrzę na moją sportową drogę jako trener, stwierdzam, że to, co normalnie powinno mi zająć 12 lat, ja zrobiłem w ciągu sześciu.

Potrącił pana samochód. Prognozy były takie, że resztę życia spędzi pan na wózku inwalidzkim. A jednak znowu zaczął pan bić rekordy. Jak to możliwe?

Jestem bardzo mocny genetycznie, mój organizm szybko się regeneruje. Moim marzeniem od zawsze było wzięcie udziału w najbardziej morderczym ultramaratonie na Hawajach. To szczyt ludzkiej wytrzymałości. Zawodnicy muszą pokonać dystans wynoszący łącznie 515 km. Mało komu udaje się tam zakwalifikować. Zaproszenie dostają najlepsi. Start w tym słynnym biegu stał się moim celem, wręcz obsesją, wszystko podporządkowałem tej idei. Po drodze wygrałem Podwójnego Iromana, ale to mi nie wystarczyło.

Na zawody hawajskie udało mi się dostać dopiero po kilku latach. Kiedy w końcu otrzymałem zaproszenie od Amerykanów, w 1994 roku na Węgrzech potrącił mnie samochód. Liczne obrażenia, takie jak złamania czy obrzęk mózgu, sprawiły, że o bieganiu mogłem zapomnieć. Jednak nawet leżąc pod kroplówką, starałem się ćwiczyć. Tułałem się po szpitalach przez dziewięć miesięcy. Kiedy mnie wypisano, miałem 4,5 miesiąca, aby się przygotować do ultramaratonu. Lekarze oczywiście odradzali, mówili, żebym znalazł sobie inne zajęcie. Ja jednak nie słuchałem, intensywnie ćwiczyłem. Ostatecznie pojechałem do Stanów i osiągnąłem swój cel. Organizatorzy nie mieli pojęcia, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie chodziłem.

Antek Niemczak twierdził, że ja potrzebuję wyzwań, że sprawdzę się wyłącznie w takiej konkurencji, w której trzeba dużo cierpieć, mieć niesamowitą wytrzymałość. Ja w życiu tyle narozrabiałem, że muszę się natrudzić, żeby to zmazać.

W książce „Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą”, w której Łukasz Grass opisuje pana losy, jest bardzo zabawny fragment na temat butów, mających niebagatelne znaczenie dla triatlonisty.

Tuż przed tzw. Biegiem Śmierci w USA kupiłem sobie oryginalne buty marki Adidas, których w Polsce wtedy jeszcze nie można było dostać. Problem w tym, że nie miałem za dużo pieniędzy i wziąłem okazyjnie buty przecenione o 50 proc., ale za to z mankamentem: jeden był mniejszy, a drugi większy. Szkoda mi było nowych, luksusowych, które dostałem od Niemczaka, więc pobiegłem w tych przecenionych. Niestety, tam była kręta, skalista, momentami pustynna i tym samym wyczerpująca trasa, licząca 161 km. Biegło się w 50-stopniowym upale. Na 18. kilometrze stopa zaczęła mi krwawić i puchnąć. Dlatego pozbyłem się czubka buta, wycinając go. No i było jeszcze gorzej, bo wpadały do niego kamienie i piasek. Ale dzięki determinacji ukończyłem ten bieg. Finiszowałem z kijem w ręku. To był chyba najtrudniejszy start w moim życiu (śmiech).

Jerzy Górski i Jakub Gierszał, odtwarzający jego rolę w filmie „Najlepszy”

Jak by pan przekonał alkoholika czy narkomana, żeby zaczął się leczyć? Znam takich, którzy nie chcą uwolnić się od nałogu, uważają, że to nie ma sensu. Na nic się zdają wszelkie działania motywacyjne.

Nie jestem lekarzem, nie mówię „to jest złe”, tylko nazywam rzeczy po imieniu: „Masz dwa wyjścia. Albo już niedługo zdechniesz, albo możesz być wolny tak jak ja i robić fantastyczne rzeczy. Wszystko zależy od ciebie. Nie musisz się bać policji, nie musisz kraść, wolność polega na tym, że robisz to, co chcesz”.

Ja jestem silny? Nieprawda, jestem słaby. Cały czas towarzyszy mi strach. Dlatego biegam. Mogłem znowu zacząć pić, ale co by mi to dało? Ja ze swojej drogi już nie mogę zawrócić. Jestem uzależniony od wolności. To ja decyduję, czy za chwilę coś zrobię czy nie. Od kilku lat prowadzę własną firmę, Górski Sport, która zajmuje się organizacją imprez sportowych. Stworzyłem maraton Cross Straceńców, który jest nietypowym biegiem w skali światowej. To element resocjalizacji, wyzwala motywację do walki, aby zmierzyć się z własnymi słabościami. Przyjeżdżają na niego osoby z różnych ośrodków monarowskich i zakładów karnych. Po co? Bo mają cel i chcą wystartować w czymś spektakularnym. To jest właśnie resocjalizacja poprzez sport. Jak ludzie przyjadą raz, to potem chcą wracać. Wchodzą w pewien proces przygotowawczy i to staje się ich narkotykiem.

Piszą do pana matki, których dzieci biorą dopalacze, i proszą o pomoc.

Potrafią czasami pokonać setki kilometrów, żeby do mnie przyjechać. Ale nie jestem w stanie wszystkim pomóc. Poza tym czasy się bardzo zmieniły, ja musiałem kraść, żeby mieć narkotyki, dzisiaj możesz zamówić dopalacze w sieci.

Na pewno moje zwycięstwo pomoże wielu osobom, które są uzależnione. Jestem żywym przykładem, że z każdego dna można się odbić, że nigdy nie jest za późno. Nigdy nie ukrywałem swojej przeszłości, całe życie miałem misję. Dlatego zgodziłem się na książkę i film o moim życiu. Jeśli ktoś zobaczy film i zadziała on na niego tak jak na mnie Kotański, kiedy go po raz pierwszy usłyszałem, to super.

Co pan sądzi o filmie „Najlepszy”? Czy konsultowano się z panem podczas jego realizacji?

Czytałem scenariusz, byłem na planie filmowym, ale w pewnym momencie się wycofałem. Dałem im wolność. Zdecydowałem, że nie będę się wtrącał. Zresztą żartowałem z twórcami, mówiąc, że łatwiej by im się pracowało, gdybym nie żył. Powiedziałem: mam nadzieję, że nie zepsujecie tego materiału, tego przesłania. I nie zawiodłem się. Wyrażę to swoimi słowami –  film jest zajebisty. Zdobył nagrodę publiczności na festiwalu w Gdyni. Cieszy mnie, że to właśnie widzowie go docenili. Nie wszystko jest pokazane jeden do jednego, dziewczyny związane z bohaterem to „wypadkowa” kilku kobiet z mojego życia. Moja córka ma na imię inaczej niż w filmie. To nie jest film biograficzny, nie opowiada też ani o narkomanii, ani o triatlonie. Poza tym nie ma w nim moralizatorskich tonów. Opowiada o życiu, każdy może coś z niego wynieść. Jeżeli ludzie wychodzą z kina z płaczem, a potem przychodzą i mówią o swoich problemach, to znaczy, że dobrze to zrobili.

Jakub Gierszał jako Jerzy Górski w filmie „Najlepszy”

Gdy reżyser filmu, Łukasz Palkowski, zobaczył pana po raz pierwszy, stwierdził, że równy z pana gość. Pomyślał, że skoro tak, dobrze by było się z panem napić. Ale zaraz się skarcił, przypominając sobie: przecież on nie pije! Jak się panu udaje przetrwać bez alkoholu na imprezach?

Jak jestem na imprezie, wszyscy piją, a ja nie. Dlatego mają ze mną problem. Przyszedł i teraz nie wiadomo, czy się napić czy nie? Może skrytykuje, może powie, że nie wolno? Niedawno byłem na bankiecie. Po północy podziękowałem za przyjęcie i poszedłem do domu, zazwyczaj tak robię. Znajomi bardzo mi zazdroszczą, że mam odwagę. Mówię „do widzenia” i wychodzę.

Zapraszają mnie na różne spotkania. Pamiętam imprezę noworoczną, podczas której prezydent Głogowa, w którym mieszkam, wznosił toast. Wszyscy mieli lampkę szampana, a ja – lampkę wody. To jest takie proste. Ja po prostu już nigdy nie wypiję. Niech sobie chleją wódę. Mam 63 lata, moja wolność polega na tym, że nic nie muszę. Ludzie boją się powiedzieć, że już nigdy w życiu czegoś nie zrobią. Chcieliby nie pić, ale wahają się, zastanawiają, co na to rodzina, znajomi. Czy wypada być abstynentem na weselu lub chrzcinach? A przecież bez tego można się fajnie bawić. Kolega mówi: ja z partnerką musimy strzelić klina, żeby wyjść na parkiet, potańczyć, a ty na trzeźwo wszystko robisz. Nie tylko ja. Jest coraz więcej ludzi, którzy po prostu nie piją. Nie muszą pić i to jest fantastyczne.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska

Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.


Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.


Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.


AUTOR

Polecamy

Komentarze