Jesteś w sieci – jesteś na sprzedaż. Czy Projekt ePrivacy ochroni naszą prywatność?

Unia Europejska walczy ze skryptami śledzącymi
7 minut czytania
1787
1
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
10 listopada 2017
fot. salajean/Shutterstock.com

W czasie gdy cała Polska śledziła strajk głodowy lekarzy, w Europie ważyły się losy jednego z naszych najważniejszych praw – do prywatności w internecie. Dlaczego tak mało mówi się o planowanej regulacji ePrivacy? To mnie nie dotyczy, przecież nie wrzucam nieprzyzwoitych zdjęć do sieci – jeśli jak jedna trzecia Polaków myślisz, że masz kontrolę nad swoją prywatnością, to koniecznie przeczytaj.

Wiedzą ile ważysz, w jakim wieku masz dzieci, czy masz łupież, ile chcesz wydać na nowy samochód. To żadna teoria spiskowa, tylko przeciętne dane na twój temat, które w sieci są zbierane, analizowane, wykorzystywane i często sprzedawane dalej. Biznes, nie inwigilacja. Rzeczy, których nie wiedzą o nas nawet najbliżsi, są dziś po prostu cennym towarem.

I nie chodzi tylko o to, co wpisujemy w formularzach albo udostępniamy w mediach społecznościowych. Kiedy w sieci szukasz gogli narciarskich, robisz zakupy w sklepie ze zdrową żywnością, lajkujesz zdjęcia znajomych z ostatniej imprezy, a wieczorem biegasz z aplikacją Endomondo, generujesz dziesiątki informacji na swój temat. Te codzienne aktywności są źródłem danych m.in. na temat twojej metody płatności, adresu, wieku i stanu zdrowia, nałogów, ulubionej trasy biegowej, relacji prywatnych. Ta wiedza służy firmom do wyświetlania sprofilowanych dla ciebie reklam – dlatego matki częściej widzą reklamy produktów dla dzieci, a aktywni butów sportowych – ale też często jest sprzedawana dalej podmiotom, których kompletnie nie znasz. To komercyjne perpetuum mobile po drodze zasila jeszcze strony i portale, które żyją z publikowania reklam.

W czym nam pomoże UE

Rynek danych online na terenie Unii Europejskiej będzie do 2020 r. wart 739 miliardów euro. To ogromny tort, w kolejce do którego pierwsi są Facebook i Google, a za nimi masa innych. Parlament Europejski stwierdził, że to co się dzieje z naszymi danymi i informacjami o nas, trzeba uporządkować i wyrównać dla wszystkich krajów UE. Pierwszym krokiem reformy było rozporządzenie RODO (ang. GDPR) na temat ochrony danych osobowych – firmy muszą je w pełni wdrożyć do 25 maja 2017 r.. Kolejnym etapem jest ePrivacy Regulation o cyberprywatności, nad którym pracuje właśnie komisja LIBE w PE. Jego kształt powinniśmy poznać już tej jesieni.

Co się zmieni? Firmy nadal będą mogły wyświetlać nam profilowane reklamy, ale najpierw muszą zapytać nas o zgodę (nie może być domyślnie ustawiona w przeglądarce czy aplikacji mobilnej). Zmieni się też sposób i zakres gromadzenia danych, polityka “ciasteczek” i traktowanie spamu. Dla firm, które marketing opierają na profilowaniu, będzie to wyzwaniem, a dla wielu użytkowników wybawieniem. Maria Wróblewska z Fundacji Panoptykon tłumaczyła w Krytyce Politycznej, że “rozporządzenie ePrivacy nakazuje po prostu wyjście z cienia firmom, które wiedzą o nas dużo więcej, niż sami chcielibyśmy komukolwiek powiedzieć. Do tej pory eksploatowały tę wiedzą poza naszą kontrolą. Teraz będą musiały zapytać o nasze zdanie”.

Firmy nadal będą mogły wyświetlać nam profilowane reklamy, ale najpierw muszą zapytać nas o zgodę

Ale to wszystko założenia – wprowadzenie ePrivacy może się opóźnić, albo będzie ono mocno złagodzone. Mandat LIBE utrzymuje się niewielką większością głosów, tymczasem trwa legislacyjne przeciąganie liny. Z jednej strony fundacje obywatelskie, jak polski Panoptykon, czy holenderski Bits of Freedom walczą, by ochrona danych była jak najszersza i wzywają do obywatelskiego nacisku na posłów. W alarmistycznej kampanii “Ktoś cię namierzył/You’ve been tracked” ostrzegają: “Wyszukiwane przez ciebie słowa, twoje zainteresowania i działania w sieci są śledzone. Chcesz coś z tym zrobić?”. Z kolei agencje reklamowe i media wysłały na front lobbystów a na wizję orwellowskiego świata odpowiadają swoją kampanią „Like a bad movie” i uprzedzają: zobaczycie, zepsujecie internet!

Żadna ze stron nie kwestionuje, że nasza prywatność jest naruszana – być może dlatego wielu twórców internetowych biznesów przechodzi “w tryb offline”. Sprawdźmy,  czy mamy się czego bać.

Wielki brat patrzy i liczy

Kto wie, jakie dane rzeczywiście przesyłają dalej nasze smartfony? – pytał niemiecki minister ds. ochrony konsumentów Heiko Maas na konferencji o wymownym tytule “Digital live – networked. measured. Sold?”. Już wiemy, że tzw. profilowanie behawioralne (czyli wyświetlanie reklam w oparciu o twoje nawyki i zachowania, a nie np. o płeć), wykorzysta nawet najbardziej intymne informacje. W 2017 r. dziennik “The Australian” donosił, że Facebook w Australii pozwala firmom dotrzeć do nastoletnich (nawet 14-letnich) użytkowników, w określonym stanie emocjonalnym – np. takich którzy zaznaczyli, że czują się “niepewni swojej wartości”, „beznadziejni”, „głupi”, „zestresowani” czy „przechodzący życiowy kryzys”. Kilka lat temu w mediach pojawiły się doniesienia, że Visa Inc. i Mastercard uruchamiają sprzedaż naszych ogólnych danych reklamodawcom.

Facebook w Australii pozwala firmom dotrzeć do nastoletnich (nawet 14-letnich) użytkowników

Nie zdajemy sobie sprawy, że profilowanie ma też wymiar społeczny. Algorytmy tworzą – jak to określa Katarzyna Szumielewicz, prezes Panoptykonu – współczesne społeczeństwo klasowe. Na przykład osoba bezrobotna, z małego miasteczka prawdopodobnie zobaczy reklamę promocji w dyskoncie, nastolatka – kosmetyków do makijażu. Użytkownicy różniący się dochodami i miejscem zamieszkania mogą zobaczyć różne ceny laptopów, biletów lotniczych i innych towarów, a niektórzy mogą być nawet subtelnie banowani, np. przez wolno ładującą się stronę. I w drugą stronę – możesz zobaczyć ofertę wycieczki droższą niż twój kolega, bo według algorytmu lepiej zarabiasz.

Z tym wiąże się wiele innych zagrożeń. Nie musi być tajemnicą miejsce naszego zamieszkania i lista miejsc, w których bywamy – choćby na podstawie logowań do sieci wi-fi w kawiarniach, albo GPS w popularnych aplikacjach. Co gorsza, dzielimy się tymi informacjami na Facebooku, a czy na pewno chcemy, by wszyscy widzieli gdzie biegamy i kiedy nie ma nas w domu? Polski naukowiec Łukasz Olejnik, ekspert od spraw cyberbezpieczeństwa i ochrony danych ujawnił, że można zdobyć informację nawet o procencie naładowania baterii w naszym telefonie.

Daj się śledzić, to dla wspólnego dobra!

A co jeśli to reklamodawcy i media mają rację? Wizja przedstawiona w filmie “Like a bad movie” to dystopia internetu – fala nietrafionych reklam, zalew miernoty i aplikacje mobilne, które bez dostępu do danych nie działają jak trzeba. Regulacja ePrivacy jest jak kiepski film, ale wciąż możemy zmienić zakończenie, przekonują twórcy.

Według organizacji IAB, większości internautów co prawda przeszkadza profilowanie behawioralne (79 proc. badanych), ale jednocześnie około jedna trzecia chce czytać treści skrojone pod nich i godzi się na takie reklamy. Michał Boni, który jest członkiem LIBE, komentował, że trzeba znaleźć równowagę między interesem użytkowników a modelem biznesowym firm. Boni był krytykowany w PE, że staje po stronie biznesu, ale w jednym ma rację. Jeśli media internetowe nie znajdą alternatywnych do reklamy źródeł finansowania, czeka nas era słabego dziennikarstwa. – Ta „kapitulacja z jakości” po obu stronach rynku – czytelników, którzy pogodzili się z rozrywką w miejsce wiadomości, i wydawców, którzy równają do dołu – przekłada się na niski poziom debaty publicznej. Skutki tego stanu rzeczy dla współczesnej demokracji już są widoczne i nie napawają optymizmem – tłumaczą eksperci Panoptykonu.

Bezpieczni, ale nie niewidzialni

Eksperci zajmujący się cyberzagrożeniami radzą: nie czekaj na nowe prawo, tylko już dziś popraw swoje bezpieczeństwo! Przede wszystkim zawsze czytaj regulaminy. Nawet te najdłuższe i najnudniejsze – a naukowcy z Carnegie Mellon University policzyli, że przeczytanie przeciętnej polityki prywatności zajmuje nawet 10 minut – mogą zaważyć na bezpieczeństwie twoich danych. Przejrzyj poradniki na temat bezpieczeństwa w sieci – znajdziesz tam praktyczne porady korzystania z bankowości elektronicznej, tworzenia haseł czy przykłady bezpiecznych przeglądarek. Dr Łukasz Olejnik, ekspert od cyberbezpieczeństwa radzi na blogu Spider’s Web, by oprócz instalowania “pomocników” przemyśleć co i gdzie publikujemy. Badania organizacji IAB pokazały, że w sieci uzewnętrzniamy się zupełnie niefrasobliwie. 95 proc. z nas udostępnia różne dane, niekoniecznie potrzebne np. do założenia konta w sklepie – lokalizację, poziom wynagrodzenia, szczegóły wyglądu, numery kart płatniczych, stan zdrowia lub wiele innych.

95 proc. z nas udostępnia różne dane, niekoniecznie potrzebne np. do założenia konta w sklepie (fot. Michal Ludwiczak/Shutterstock.com)

Na koniec zła wiadomość. Naukowcy z MIT dowiedli, że wystarczą 3 anonimowe transakcje kartą płatniczą by kogoś namierzyć. Kiedy Judith Duportail z “The Guardian” zwróciła się do administratorów Tindera o informację na temat jej danych osobowych, które portal przechowuje, nie mogła uwierzyć, gdy otrzymała 800-stronicowy raport. A pamiętacie uruchomienie Google Street View? Każdy szukał tam swoich znajomych okolic, problem w tym że w oku kamer znalazły się też łatwe do rozpoznania osoby w niekorzystnych okolicznościach – np. wychodzące właśnie z baru ze striptizem, albo zaczepiające prostytutki. Być może w cyfrowym świecie nawet jeśli bardzo nie chcesz to i tak się tam znajdziesz?

 

Karolina Kowalska
Karolina Kowalska

Śledzi trendy i fenomeny zza zawodowych, marketingowych okularów. Ogląda bloki reklamowe i zdarza jej się przy tym pochlipywać. Lubi czytać historie brandów, które poniosły porażkę, a szczególnie jeśli się po tym podniosły. Inspirują ją ludzie, którzy przy śniadaniu wpadli na pomysł, o którym rok później mówił już cały świat. Obecnie pełnoetatowa Matka-Polka.


AUTOR

Polecamy

Komentarze