Kartka zamiast rozmowy, czyli jak to się robi z sąsiadami

Uprzejmie donoszę i o ciszę proszę
4 minuty czytania
13815
1
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
15 listopada 2017

Trochę nam się sąsiedzkie relacje pozmieniały, rzadziej mówimy dzień dobry, często nie mamy pojęcia, kto mieszka za ścianą, a sprawy z sąsiadami wolimy załatwiać na Facebooku albo przy pomocy powieszonych kartek. Często kuriozalnych i bardzo roszczeniowych. Bo nie po to kredyt na trzydzieści lat zaciągaliśmy, żeby nam ktoś przeszkadzał.

Wprawdzie nie żyłam w czasach, gdy na telewizor do pani z parteru zbiegała się cała kamienica, ale pamiętam jeszcze nieco inne stosunki z sąsiadami niż te, które mam aktualnie ze swoimi.

Kiedy trwoga to do… sąsiada

Pamiętam na przykład, że znałam wszystkich sąsiadów, że sporo o sobie wiedzieliśmy, często nawet zdecydowanie za dużo (efekt cienkich ścian). Były sympatie, były też antypatie, była sąsiadka alkoholiczka, która regularnie pod koniec miesiąca wpadała do mojej mamy pożyczać kasę, była też wdowa z naprzeciwka, która nie miała rodziny, więc gdy umierała w szpitalu, to właśnie sąsiedzi ją odwiedzali. Z tego mojego pierwszego mieszkania przeprowadziliśmy się już 17 lat temu, mimo to dobrze pamiętam nazwiska czy twarze sąsiadów, majaczą mi się też w głowie jakieś wspomnienia. Do dziś, jak ktoś z nich albo z ich bliskich umrze, moja mama chodzi na pogrzeby.

Po przeprowadzce nasze stosunki z nowymi sąsiadami stały się trochę inne. Nie tak zażyłe, nie tak bliskie, dużo bardziej obojętne. Przy czym zawsze mówiliśmy sobie dzień dobry, zawsze wiedzieliśmy kto gdzie mieszka, bez większych problemów ustalaliśmy, kto kiedy sprząta, ktoś przed świętami podrzucał  kawałek piernika, a inny ktoś przynosił bukszpan. Ale to wszystko bez znajomości historii całej rodziny, bez komentarzy: chyba Jadzia u was była, bo tylko ona się tak głośno śmieje. Było więc dość prywatnie, ale też jak cukru zabrakło, to wiadomo było, że jest od kogo pożyczyć.

Cisza albo policja

Kilka lat temu zamieszkałam w kolejnym mieszkaniu, na nowym osiedlu, gdzie nikt się nie znał. I nie znamy się dalej. W mojej części korytarza są cztery mieszkania i tak szczerze mówiąc, to wiem jedynie, że obok mnie mieszka dziewczyna z dwoma psami. Tylko z nią się witam, bo reszta na moje dzień dobry raczej nie odpowiadała, więc odpuściłam.

Co ciekawe, mamy dość prężnie działającą grupę na Facebooku, gdzie możemy ze sobą rozmawiać, ale raczej nie robimy tego towarzysko, a wtedy gdy łączy nas jakaś sprawa: zły zarządca, jeszcze gorszy deweloper czy Romowie, którzy mieli zamieszkać koło nas. W tych momentach jesteśmy solidarni, w tych momentach jednoczymy się, by po chwili napisać: „Kretyni na drugim piętrze. Przez was moje dziecko się obudziło, ściszcie to gówno, którego słuchacie albo dzwonię na policję”. Czasami wysługujemy się też ochroną i to po nią dzwonimy by przerwali imprezę, bo my za bardzo wolimy się nie wychylać. Jeśli już, to zrobimy to albo na wspomnianym Facebooku, albo przy pomocy kartek. Taką zostawił niedawno mieszkaniec warszawskiej Białołęki i dość szybko obiegła ona internet:

Takie rzeczy na Białołęce. Pewnie jakiś sfrustrowany słoik 😁

Opublikowany przez Typowy Warszawiak na 1 listopada 2017

Jako wyrodna niematka, śmiałam się czytając to, ale rozumiem tych, których oburza język użyty przez autora, wiem, że poleciał dość ostro, ale dotknął ważnego problemu, a w zasadzie kilku. Sam wieszając tę kartkę pokazał, że trochę nie ma jaj, to znaczy ma, ale na papierze, bo tak jest łatwiej niż pójść i powiedzieć, że wypadałoby posprzątać. Z drugiej strony niepokojące jest to, że takie rzeczy trzeba ludziom uświadamiać i to na ogół ludziom, którzy bardzo dbają o swoje mieszkania.

Niczyje, bo wspólne

Mamy je często świetnie urządzone, sporo z nas korzysta z porad architektów, a IKEA w niedzielę to koszmar, bo ludzi jest tam więcej niż w kościele. Tymczasem jak nasze dzieci czy my rozlejemy coś na korytarzu, to mamy to raczej w dupie. Albo przyjdzie sprzątaczka i posprząta za nas, albo ktoś to w końcu ogarnie. Zresztą kto mi udowodni, że to ja?

Kiedyś widziałam rozmowę ze Steffenem Möllerem, jednym z bardziej popularnych w Polsce Niemców, w której przyznał, że jak widział korytarze na niektórych klatkach schodowych, to bał się wchodzić do mieszkań. Mop, wiadro, butelki po winie, worek ze śmieciami, brudna wycieraczka, smycz psa i szmata do podłogi – to wszystko stało przed drzwiami. Tymczasem, gdy wchodził do środka przeżywał szok, wszak mieszkania były sterylne i piękne. To trochę pokazuje, że nie dbamy o to, co wspólne, że dbamy o nasze, no chyba, że komuś za dbanie zapłacimy, to wtedy wymagamy. I to dużo więcej niż powinniśmy

Płacimy i wymagamy

Głośna była ostatnio inna karteczkowa afera. Tym razem mieszkańcy Mokotowa napisali sprzątającej u niej pani, żeby umyła w bloku wszystkie okna. Ona odpisała, że za 600 zł to sprząta budynek oraz wolontariacko ogarnia teren wokół, a do mycia okien zachęca zarząd. I że raczej woli, gdy do niej się mówi niż pisze. Tylko, że my chętniej piszemy, bo tak jest łatwiej. Nie musimy iść, narażać się na konfrontację, za to jak piszemy, to możemy sobie pofolgować, pozwolić na złośliwości, wylać wiadro pomyj. Czasem, żeby dodać sobie animuszu, podpisujemy się jako zarząd, sąsiedzi, albo administracja. Tylko problem z takim sposobem jest jeden: brak skuteczności. Zwykle adresat się wkurza taką formą komunikacji i nie robi nic, olewa, bo nawet nie wie, kto mu zwraca uwagę.

A zwracamy coraz częściej, bo mieszkania są tak strasznie drogie, że chcemy mieć idealne warunki w nich. Ciszę, spokój, azyl. Choć mamy świadomość, że będąc mieszkańcem jednego z 300 mieszkań na osiedlu nie unikniemy imprezy, wycia małego kotka czy płaczu noworodka. Oczywiście druga strona medalu jest taka, że owszem może ci płakać dziecko, możesz mówić głośniej i nawet przyjaciół możesz na popijawę zaprosić, ale jednak warto pamiętać, że małe mieszkanie w wielkim budynku to nie jest chata w lesie i trzeba myśleć o ludziach dookoła.

Choć nie chciałabym mieć przesadnie zażyłych kontaktów z sąsiadami, z którymi zupełnie przypadkowo znalazłam się na jednym osiedlu, to spoko byłoby mieć jednak odrobinę lepsze i takie trochę bardziej ludzkie. Bez karteczek, z dzień dobry, uśmiechem na twarzy i zaufaniem oraz życzliwością. Może wtedy moje kwiaty nie usychałyby za każdym razem, gdy wyjeżdżam.

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.