Michael Hutchence – minęło 20 lat od śmierci charyzmatycznego rockmana

"Never Tear Us Apart"
8 minut czytania
900
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
29 listopada 2017
fot. screen YouTube

22 listopada minęło równe 20 lat od śmierci australijskiego wokalisty, Michaela Hutchence’a. Jego samobójcza śmierć do dziś wzbudza wiele emocji.

Lider INXS był jednym z tych artystów, którzy doskonale uosabiali definicję hasła „sex, drugs & rock’n’roll”, a co za tym idzie –  jego najbardziej radosne i tragiczne aspekty. Potwierdzało to niezwykłe życie muzyka, który zginął śmiercią samobójczą w wieku zaledwie 37 lat.

Obywatel świata

22 stycznia 1960 roku – tego dnia pojawił się na świecie Michael Kelland John Hutchence. Miał dwójkę rodzeństwa – starszą przyrodnią siostrę, Tinę oraz młodszego brata, Rhetta. Ojciec Michaela, Kelland, był biznesmenem, przez co rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania. Michael spędził więc większość swoich młodzieńczych lat w Hong Kongu, gdzie uprawiał wszelkiej maści sporty – od judo i szermierki po kickboxing. Był też świetnym pływakiem, jednak możliwość dalszej kariery w tej dyscyplinie sportowej uniemożliwiła mu poważna kontuzja.

Po rozwodzie rodziców, zamieszkał z matką (byłą modelką) i siostrą w Kalifornii. W liceum niewiele zapowiadało, że stanie się jednym z najpopularniejszych rockmanów świata. Był raczej spokojnym i zamkniętym w sobie chłopakiem, który pisał wiersze. W wolnych chwilach odwiedzał też mamę Patricię na planach filmowych, gdzie przez szereg lat pracowała jako wizażystka. Po powrocie do Sydney (mieszkał tam również w wieku 12 lat, wtedy też zaprzyjaźnił się z Andrew Farrissem, z którym później założył INXS) dołączył do zespołu Farris Brothers, który jego kumpel Andrew stworzył z braćmi – Jonem oraz Timem. W kapeli pojawili się również Garry Gary Beers i Kirk Pengilly. Tak powstało INXS – formacja, która z lokalnego australijskiego bandu zmieniła się w jedną z najważniejszych kapel rockowych końca XX wieku.

Charyzma, muzyka i sława

„Just Keep Walking”, „Need You Tonight” czy „Never Tear Us Apart” – to tylko jedne z wielu utworów kapeli, które nucił cały świat. Proste przebojowe kompozycje, łączące w sobie popową lekkość z gitarową zadziornością wywindowały Australijczyków na szczyty list przebojów. Duża w tym zasługa Hutchence’a – niezwykle charyzmatycznego frontmana, który w czasie występów zamieniał się w prawdziwe zwierzę sceniczne. Jego energia, urok osobisty, głos oraz charakterystyczny wizerunek nie pozostawały obojętne płci przeciwnej oraz krytykom, którzy widzieli w nim następcę Micka Jaggera oraz Jima Morrisona.

Michaelowi bliższa jednak była twórczość Nicka Cave’a i Iggy’ego Popa. Nie uważał się też za szczególnego przystojniaka i wielką gwiazdę, choć nieobce mu były imprezy oraz towarzystwo wielu atrakcyjnych kobiet. Spotykał się ze słynnymi pięknościami – Elle MacPherson, Heleną Christensen czy Kylie Minogue (gwiazda była zresztą inspiracją do kawałka „Suicide Blonde”). Pomieszkiwał w Londynie i na południu Francji, przyjaźnił się m.in. z Bono, Naomi Campbell i Johnnym Deppem. Próbował też swoich sił w aktorstwie. Wystąpił w takich filmach jak „Psy w kosmosie”, „Frankenstein wyzwolony” czy „Limp”.

 

Wypadek, trudna miłość, mocne prochy

W 1992 roku, gdy Michael zażywał radości przejażdżki rowerowej w Kopenhadze, taksówka niebezpiecznie zajechała mu drogę. Poirytowany całą sytuacją wokalista uderzył pięścią w maskę samochodu, na co taksówkarz odpowiedział kilkoma ciosami. W wyniku obrażeń u Hutchence’a doszło do uszkodzenia kilku nerwów, przez co utracił zmysły węchu oraz smaku. Życie piosenkarza od tamtego czasu nie było łatwe. Stał się agresywny, pełen niepokoju. Coraz częściej wybuchał w otoczeniu kolegów z zespołu, czego szczególnie doświadczył Garry Gary Beers, któremu Michael groził nożem podczas napadu furii w studiu nagraniowym. Zmagał się także z depresją, która została dodatkowo pobudzona przez oskarżenia przez brytyjskiej prasy. Chodziło o rozbicie małżeństwa dziennikarki Pauli Yates i muzyka Boba Geldofa. Paula związała się bowiem z wokalistą INXS i w 1996 roku urodziła mu córkę, Heavenly Hiraani Tiger Lily. Choć Hutchence był niesamowicie podekscytowany rolą ojca, musiał liczyć się z faktem, że jego partnerkę czeka ostra batalia sądowa o opiekę nad dziećmi. Yates miała z Geldofem trzy córki –  Fifi Trixibelle, słynną dziś Peaches Honeyblossom oraz Little Pixie Frou-Frou.

W międzyczasie na rynku pojawiła się nowa płyta jego zespołu, zatytułowana „Elegantly Wasted”. Michael, który koił smutki zażywając prozac, ruszył wraz z zespołem w trasę promującą krążek. Nocą 18 listopada 1997 roku przyleciał do Sydney. Był w dobrym humorze, żartował z dziennikarzami i pozdrawiał fanów. Nic nie wskazywało, aby miało dojść do jakiejkolwiek tragedii. Dodatkowo zbliżało się 20-lecie INXS, a on sam szykował się do pracy nad solową płytą. Kilka dni później spotkał się na obiedzie ze swoim ojcem i macochą. Podczas tego spotkania ojciec Hutchence’a niepokoił się stanem psychicznym syna, Michael zapewniał jednak, że wszystko jest w najlepszym porządku.

22 listopada – tragiczna noc

Po powrocie do hotelu Ritz-Carlton Michael spędził czas z przyjaciółmi – aktorką Kym Wilson i jej chłopakiem. Noc pełna szampana z pewnością poprawiła artyście humor. Kilka godzin później zatelefonował do Pauli. Okazało się, że sąd przyznał prawo do opieki nad dziećmi Bobowi Geldofowi i Michael nie spędzi świąt ze swoją córeczką. Dla wokalisty był to cios w samo serce. Próbował jeszcze nakłonić telefonicznie Geldofa, by pozwolił mu zobaczyć się z dzieckiem. Ten jednak pozostawał nieugięty. Następnie skontaktował się z byłą dziewczyną, Michelle Bennett, prosząc ją o spotkanie przy śniadaniu oraz menedżerką Marthą Troup (nagrał jej na automatycznej sekretarce wiadomość, w której mówił, że „ma już wszystkiego dosyć”). Michelle przybyła na miejsce i pukała do drzwi pokoju Michaela. Nie otwierał. Zostawiła mu więc wiadomość i zeszła na dół. Do spotkania jednak nigdy nie doszło.

Niedokończony tekst piosenki, zdjęcia Pauli i Tiger, tabletki prozacu oraz dwie puste butelki po likierze –  to właśnie znaleziono przy nagim ciele Michaela. Wokalista powiesił się na pasku ze skóry węża. Zdaniem koronera, Derricka Handa, badania toksykologiczne potwierdziły obecność alkoholu, kokainy, prozacu i innych lekarstw w organizmie piosenkarza. Pogrzeb Hutchence’a odbył się 27 listopada 1997 roku w katedrze św. Andrzeja w Sydney. W trakcie ceremonii Nick Cave wykonał utwór „Into My Arms”.

Pomnik upamiętniający Hutchence’a – Sydney (fot. Романов, CC BY 4.0, Flickr)

W grudniu 1999 roku, dwa lata po śmierci Michaela, ukazał się solowy krążek artysty, w którego powstaniu pomógł m.in. Bono, prywatnie przyjaciel muzyka. Bono zadedykował też zmarłemu, nagrodzoną w 2002 roku nagrodą Grammy, piosenkę „Stuck in a Moment You Can’t Get Out Of” z albumu U2 „All That You Can’t Leave Behind”.

Trzy lata po śmierci Michaela, odeszła jego ukochana, Paula Yates. Przyczyną zgonu było przedawkowanie narkotyków. Opiekę nad Tiger Lily przejął Bob Geldof.

Samobójstwo, praktyki erotyczne czy morderstwo?

Na temat śmierci Michaela Hutchence’a pojawiają się coraz to nowe hipotezy. Według jednej z nich, piosenkarz mógł zginąć w wyniku wypadku spowodowanego asfiksją autoerotyczną. To praktyka seksualna polegająca na osiągnięciu zaspokojenia erotycznego poprzez odcięcie dostępu do tlenu. Za sprawą brata muzyka, Rhetta Hutchence’a pojawiła się również teoria mówiąca o tym, że Michael został zamordowany. Rhett uważa także, że spadek Michaela rozkradziono, a obecnie 20-letnia Tiger Lily otrzymała jedynie niewielką część pochodzących z niego pieniędzy. Bez względu na to, która z tych teorii jest prawdziwa, warto pamiętać o tym charyzmatycznym artyście i skupić się na muzyce, którą po sobie pozostawił – a wszystkie teorie pozostawić żądnym sensacji fanom i plotkarzom.

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz także

„Ding dong, the witch is dead”, czyli Charles Manson nie żyje

Ponoć o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Jeśli faktycznie by tak było, pewnie mógłbym już teraz postawić kropkę i odejść od komputera, bo o Charlesie Mansonie cisną się na usta słowa niewybredne. Choć trzeba przyznać, że nagrał ze dwa znośne kawałki. Zza krat.
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
26 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Popularne