Mirosław Zajdel: „Sztuczna inteligencja zaczyna przerażać nawet informatyków”

Czy kiedyś przegramy z komputerami?
19 minut czytania
871
4
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
21 listopada 2017
Mirosław Zajdel (fot. Maciej Woźniak)

Jest geniuszem ze Studenckim Noblem na koncie. Jako naukowiec idealista wierzył, że tworząc programy informatyczne, uczyni świat lepszym. Dlaczego więc zamienił uczelnię na korporację?

Rozmowa z Mirosławem Zajdlem, mistrzem świata w Międzynarodowym Konkursie w Grach Matematycznych i Logicznych w Paryżu.

Edyta Ochmańska: Organizowane w Paryżu od 31 lat Mistrzostwa Świata w Grach Matematycznych i Logicznych to najważniejszy konkurs tego typu na świecie. Co trzeba zrobić, żeby w nich wystartować?

Mirosław Zajdel: W tych zawodach biorę udział od sześciu lat i dopiero w tym roku udało mi się wygrać. Paradoks polega na tym, że teraz było o wiele trudniej, bo po raz pierwszy eliminacje, organizowane dotychczas w naszym kraju przez Politechnikę Wrocławską, zostały czasowo zawieszone. Razem z kolegą postanowiłem starać się o udział w mistrzostwach na własną rękę. Zapytaliśmy francuskich organizatorów, w jaki sposób możemy to zrobić. Ci zaś nie tylko zorganizowali dla nas eliminacje, po których zakwalifikowaliśmy się do finału, ale również przetłumaczyli zadania z języka francuskiego na język polski. Starałem się też o dofinansowanie, ale bez skutku. Wyjazd i pobyt za granicą musiałem opłacić z własnej kieszeni.

Nagroda za zwycięstwo w Paryżu jest symboliczna. Nie lepiej wykorzystać swoją wiedzę, biorąc udział w „Milionerach”?

Kiedyś fascynowała mnie „Wielka gra”, ale zniknęła z anteny. To był teleturniej, w którym   trzeba było mieć solidną wiedzę ogólną z różnych dziedzin. Uczestnicy mieli dużo czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią. Pamiętam, że z wypiekami na twarzy śledziłem poczynania gracza, który kilka razy zwyciężył w tym teleturnieju. Wreszcie dostał wilczy bilet, nie był już tam mile widziany, ponieważ za każdym razem, gdy się pojawiał, wygrywał. Dzisiejsze teleturnieje przypominają bardziej show. Liczy się tempo, trzeba szybko myśleć, poza tym dla chętnych organizuje się castingi. Ale nie wykluczam, że jak znajdę czas, to wystąpię w „Milionerach”.

Mirosław Zajdel (fot. Michał Korta)

Wracając do mistrzostw, rozwiązywanie równań matematycznych nie wydaje się specjalnie porywającym zajęciem.

Paryski konkurs jest interesujący, bo nie wymaga znajomości matematyki na poziomie akademickim. Wystarczy elementarna wiedza wyniesiona ze szkoły podstawowej. Chodzi o to, by ją w sprytny i logiczny sposób zastosować. Zadania przypominają swoją formą te, które w szkole miały uczniów zachęcać do nauki matematyki. To zadania z treścią, przypominające trochę testy na inteligencję do Mensy. Trzeba się skupić, bo nie wybaczają błędów, liczy się tylko prawidłowa odpowiedź. Poza tym problemem może być ograniczony czas. Niektóre są np. jak sudoku, tylko w przestrzeni trójwymiarowej lub jak zagadka detektywistyczna.

Na przykład?

W pociągu jest tylko jeden wagon bez przedziałów: restauracyjny. Pozostałe są podzielone na taką samą liczbę przedziałów. Przedziały i wagony mają numery. Herkules Poirot siedzi w 4. wagonie i w 39. przedziale, podczas gdy panna Marple podróżuje w 8. wagonie i w 63. przedziale. Ile przedziałów liczy każdy z wagonów, pominąwszy ten restauracyjny?

Jest pan członkiem Mensy. Czy wysoki iloraz inteligencji pomaga w rozwiązywaniu takich zadań?

Warunkiem kwalifikującym do członkostwa w Mensie jest zdanie testu badającego inteligencję z wynikiem sytuującym osobę zdającą w 2 proc. populacji o najwyższym ilorazie inteligencji. Iloraz inteligencji jest jednak pojęciem statystycznym. To pewien wskaźnik liczbowy, konwencjonalnie przyjęty jako miara sprawności umysłowej. Testy bazują zarówno na pewnego rodzaju zdolności percepcji, jak i na nabytej wiedzy. Zadania polegają m.in. na znalezieniu liczby będącej kontynuacją podanego ciągu liczb, dobraniu brakującego elementu, ułożeniu z klocków figury przedstawionej na obrazku czy nawet wykonywaniu obliczeń. Testy nie uwzględniają zdolności artystycznych czy kreatywności, dlatego mogą dawać zafałszowany i nadmiernie uproszczony obraz umiejętności umysłowych. Wyniki najczęściej spotykanych testów bywają nawet mocno krzywdzące, są bowiem osoby utalentowane, np. muzycznie czy językowo, które w teście IQ wypadają bardzo słabo. Istnieje wyraźna korelacja między IQ a pamięcią krótkotrwałą, czyli możliwościami umysłowymi, które pozwalają nam posługiwać się kilkoma informacjami jednocześnie. Z badań wynika, że trening pamięci krótkotrwałej nie zwiększa jednak naszych możliwości radzenia sobie ze złożonością problemów w życiu.

Co się wydarzyło, że po kilku latach porzucił pan Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie? Przecież prowadził pan tam kilka ciekawych projektów badawczych.

Przez pewien czas pracowałem na Akademii Górniczo-Hutniczej, później na Politechnice Krakowskiej. Prowadziłem ciekawe badania dotyczące psychologii tłumu, miałem głowę pełną pomysłów i wiarę w to, że mogę zmienić świat. Ale sytuacja na uczelniach, jak również słabe perspektywy rozwoju po obronie doktoratu sprawiły, że ostatecznie się zniechęciłem i przeszedłem do pracy w korporacji. Teraz pracuję jako tester systemów informatycznych i uważam, że ta zmiana była jedną z lepszych decyzji w moim życiu. Na uczelni nastąpiła restrukturyzacja i nie wiedziałem, czy będę mógł zostać. Ponadto nie było systemu oceny wykładowców, na podstawie którego ustalano by wysokość pensji i grantów. Jeśli było się znakomitym wykładowcą, którego studenci uwielbiali, i aktywnym, który prowadził badania i pisał liczne publikacje, dostawało się taką samą pensję jak osoby nieradzące sobie z zajęciami dydaktycznymi i publikujące coś raz do roku, z przymusu. Kadra uczelniana nie zmienia się, jest zasiedziała. No chyba że ktoś odchodzi na emeryturę, wtedy pojawia się wakat. Ale żeby dostać posadę, trzeba mieć znajomości. Uważam, że jednostkami naukowymi na różnych poziomach hierarchii powinni zarządzać menedżerowie. Tymczasem często rolę menedżera przejmuje najstarszy stażem profesor z osiągnięciami, który nie ma pojęcia o nowoczesnym zarządzaniu i motywowaniu ludzi.

Mirosław Zajdel podczas wymiany studenckiej w Madrycie – w objęciach trzyma słynnego psa AIBO (fot. archiwum prywatne)

Często pracodawcy, zarówno na uczelniach, jak i w korporacjach, nie potrafią wykorzystać potencjału jednostek.

Pracodawca nie zawsze chce zatrudniać osoby najlepsze w danej dziedzinie, bo doświadczenia pokazują, że one niekoniecznie będą najbardziej wydajnymi pracownikami. Pojawia się pytanie, czy to smutne statystyki czy po prostu pracodawcy nie potrafią wykorzystywać potencjału takich jednostek. Do zupełnie innego podejścia przyzwyczaja nas system edukacji. W szkole podstawowej docenia się, że ktoś wygrywa konkursy i wybija się w jakiejś dziedzinie. Ale to się nie przekłada później na wyniki rekrutacji i pieniądze. Najbardziej pożądani są specjaliści. Co z tego, że świetnie znam biologię, skoro nie wykorzystuję jej w pracy? Ona podnosi moją wiedzę ogólną o świecie i daje satysfakcję, ale nie buduje sukcesu finansowego.

Nie będzie pan kontynuował badań?

Trzeba by wielkiej rewolucji na polskich uczelniach, żebym wrócił. Musiałbym mieć gwarancję, że będę się rozwijać i dobrze zarabiać. Jeśli w korporacji coś mi nie odpowiada, zarobki lub system, to zmieniam firmę na inną. Uczelnię znacznie trudniej zmienić.

Prestiż i pensje wielu informatyków są dziś naprawdę imponujące, a społeczny odbiór tej profesji znacznie się zmienił. Kariera wysoko opłacanego specjalisty IT, o którego biją się pracodawcy, wiele osób autentycznie fascynuje.

Skąd pomysł, by w ramach doktoratu badać zachowanie tłumu w stanie paniki? To bardzo ciekawe, ale co wspólnego ma z informatyką?

Moje badania polegały na odkryciu analogii między zachowaniami zwierząt a ludzi znajdujących się w stanie zagrożenia. W dużym uproszczeniu porównywałem spanikowanych ludzi do ławicy ryb czy kolonii mrówek.

Mrówki, kiedy wędrują w poszukiwaniu pożywienia, na początku idą losowo w różne strony i różnymi drogami wracają do mrowiska. Ale następne wybierają już drogę, którą przeszło najwięcej mrówek, bo ona jest najodpowiedniejsza. Tłum idący swobodnie w mieście zachowuje się podobnie. Na tej podstawie można potem opracować specjalne programy komputerowe, które są pomocne np. w tworzeniu skuteczniejszych planów ewakuacji. Problem polega na tym, że w sytuacji rzeczywistego zagrożenia, przypuśćmy ewakuacji centrum handlowego z powodu podłożenia bomby, nikt nie myśli o tym, by nagrywać, co robią ludzie. Nie zawsze wiemy więc do końca, co się dzieje i np. dlaczego w danej sytuacji biegną tylko do jednego wyjścia ewakuacyjnego.

Do tworzenia modeli zachowań zainspirowała mnie książka „Samolubny gen” Richarda  Dawkinsa. To właśnie geny decydują o altruizmie bądź egoizmie nie tylko jednostek, ale również całych grup organizmów. Podejmowana decyzja jest chłodną kalkulacją, bilansem korzyści i strat. Wszyscy jesteśmy w pewnym sensie hedonistami. Jeśli współpraca zwiększy prawdopodobieństwo przetrwania genów, wówczas pojawia się przyjaźń, miłość, kooperacja etc. Jeśli zaś altruizm tę szansę zmniejsza, mamy do czynienia z egoizmem.

Jednak człowiek niekiedy skłonny jest do altruistycznych poświęceń, nawet za cenę narażenia na zniszczenie własnych genów (np. poświęca życie, aby ratować bliskich).

Strach powoduje, że zachowujemy się jak ryby, mrówki albo ptaki?

Ptaki reagują na dźwięk. U niektórych gatunków osobnik, który zauważy niebezpieczeństwo, wszczyna alarm. Informując stado i łącząc się z nim, maksymalizuje swoje szanse na przeżycie, bo w grupie prawdopodobieństwo stania się celem ataku jest mniejsze. Ludzie reagują podobnie jak zwierzęta. Gdy ktoś zda sobie sprawę z zagrożenia, to krzyczy, aby poinformować resztę. Obserwując zachowania zwierząt, pewne sytuacje można przewidzieć i stworzyć prosty model zachowań ludzkich w sytuacji paniki. Stworzyłem program, dzięki któremu możemy zaplanować, gdzie powinny znajdować się wyjścia ewakuacyjne. Może on być używany do celów porównawczych. W przypadku konkretnego budynku możemy zrobić symulację i rozmieścić wyjścia ewakuacyjne w różnych miejscach, a następnie sprawdzić, czy to przyspieszyło czy spowolniło ewakuację.

Mirosław Zajdel (fot. Michał Korta)

Próbował pan zainteresować tym jakieś firmy, instytucje?

Przed Euro 2012 pisałem do zarządów wszystkich stadionów, że zrobię symulacje i udostępnię wyniki zupełnie za darmo, ale odmówiły współpracy. Odpisano mi tylko z jednego, że to niemożliwe, bo FIFA przejmuje kontrolę nad tymi obiektami. Później na konferencji, na którą mnie zaproszono, osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na Euro twierdziły, że to był sukces. Ja miałem odmienne zdanie. Gdy rozdawano bilety na treningi piłkarzy podczas tej imprezy w Krakowie, kolejka szybko zmieniła się w niekontrolowany tłum. Wybrano najgorsze miejsce z możliwych, Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego pod Wawelem. Tam było wąskie, zabudowane zejście, jak do piwnicy. Gdy okazało się, że biletów dla wszystkich nie wystarczy, tłum napierał, a ludziom zaczęło brakować tchu, deptali się i niemal tratowali. Całe szczęście, nikomu nic poważnego się nie stało. Polskie prawo nie wymaga robienia symulacji pod kątem bezpieczeństwa. Nikt tego nie sprawdza. Może dlatego, że wypadki z udziałem tłumu zdarzają się rzadko i zawsze można znaleźć kozła ofiarnego. Później tłumaczy się opinii publicznej, że nic więcej nie dało się zrobić.

Stereotypowy wizerunek informatyka to autystyczny introwertyk we flanelowej koszuli, który najlepiej czuje się w świecie wirtualnym i unika konfrontacji z żywym człowiekiem. Pan nie pasuje do tego schematu.

Dziękuję. Przez wiele lat największym komplementem dla mnie była opinia, że nie jestem jak typowy informatyk. Moja mama zawsze próbowała otworzyć mnie na świat, na ludzi, namawiała do udziału w różnych konkursach recytatorskich czy kółkach teatralnych.

Wielu programistów z Doliny Krzemowej ma zespół Aspergera, będący odmianą autyzmu. Steve Silberman w książce „Neuroplemiona. Dziedzictwo autyzmu i przyszłość neuroróżnorodności” twierdzi, że to właśnie oni pchają ten świat do przodu.

Amerykanie stworzyli im doskonałe warunki do pracy, bez nadmiaru bodźców, by świat nie przytłaczał ich nieprzewidywalnością.

Może to jest tak, że za cenę ograniczeń w funkcjonowaniu społecznym rozwijają się umiejętności matematyczne, nieraz na granicy geniuszu? Dziś naukowcy dopatrują się cech autystycznych wśród wielu geniuszy. W dzieciństwie uważani byli za kujonów i snobów, a teraz stają się architektami naszej przyszłości.

Polski informatyk opracował algorytm, który pomógł wygrać wybory Donaldowi Trumpowi. Stworzył m.in. profile wyborców na podstawie tego, czego wyszukują w sieci. Kasparow przegrywa z komputerem. Ludzie ślepo zawierzają technologii. Czy to się może źle skończyć?

Kiedy zaczynałem przygodę z informatyką, mogłem się pośmiać z algorytmów sztucznej inteligencji, bo wydawały mi się przewidywalne. Łatwo je było oszukać. Na obecnym etapie rozwoju stają się coraz bardziej skuteczne i wymykają się spod kontroli. Niedawno kupiłem żonie nowy telefon i włożyłem jej kartę SIM, na której teoretycznie nie ma żadnych informacji, poza kontaktami. Jak tylko zainstalowałem Facebook, telefon zaproponował zalogowanie się na… moje konto i… znał moje hasło. Oczywiście jestem w stanie sobie teoretycznie wyobrazić, jak do tego mogło dojść, ale każda z tych teorii poważnie narusza granice naszej prywatności. Niektóre rzeczy zaczynają być niepokojące, nawet dla informatyka. Sztuczna inteligencja może stać się w końcu zagrożeniem dla nas samych. Nie chcę roztaczać w tym miejscu apokaliptycznych wizji, bo z jednej strony algorytmy sztucznej inteligencji zawsze będą miały ograniczenia, których nie posiada ludzki umysł. Z drugiej jednak strony postęp nauki jest w tej chwili tak zaawansowany, że odpowiednio złośliwe oprogramowanie, wyposażone w dostatecznie duże zasoby technologiczne, mogłoby wymknąć się człowiekowi spod kontroli i np. opanować jakąś część kuli ziemskiej.  Oczywiście jedna luka w oprogramowaniu może wystarczyć, aby w takiej sytuacji przywrócić porządek, ale sam fakt, że owa sytuacja nie jest już tylko w sferze literatury science fiction, lecz można ją sobie wyobrazić na bazie dostępnych możliwości, sprawia, że człowiek czuje się nieswojo.

Komputery już teraz deklasują ludzi na pewnych polach, takich jak arytmetyka. Dysponują większą niż ludzie pamięcią, a inżynierowie wciąż zwiększają ich moc obliczeniową. Na szczęście komputery, przynajmniej na razie, nie mają samoświadomości. Żeby samodzielnie narzucać sobie zadania, musiałyby znajdować dla nich uzasadnienie.

Mirosław Zajdel podczas Kraków Business Run 2017

Jakie osiągnięcia naukowe były według pana przełomowe w ostatnim czasie?

Od dłuższego czasu uprawiam wspinaczkę i pociąga mnie zdrowy styl życia. Dlatego bardzo zainteresowało mnie zjawisko z dziedziny medycyny, za odkrycie którego Japończyk Youshuri Ohsumi otrzymał Nagrodę Nobla. Chodzi o mechanizm autofagii, polegający na trawieniu przez komórkę obumarłych lub uszkodzonych elementów jej struktury. Przez naukowców jest nazywany potocznie „sprzątaniem”. Na przykład podczas głodówki w naszym organizmie rozpoczynają się procesy, które usuwają z niego martwe komórki. Organizm w jakimś sensie poddaje je recyklingowi, oczyszczając się.

W tej teorii znalazłem potwierdzenie swoich doświadczeń dotyczących odżywiania się. Teraz jest tendencja, by jeść pięć posiłków dziennie, w tym sporo białka, by utrzymać muskulaturę. Ja z kolei lubię eksperymentować i empirycznie doszedłem do systemu odżywiania, który najbardziej mi odpowiada. Jem raz dziennie, po powrocie z pracy. Dostarczam organizmowi tyle kalorii, ile mu potrzeba w ciągu doby, ale robię to jednorazowo. Jestem wegetarianinem, więc siłą rzeczy spożywam mało białka. Trenuję niemal codziennie, bardzo intensywnie, a czuję się świetnie i mam znakomite wyniki badań. Nie polecam tego każdemu i oczywiście za jakiś czas może się okazać, że w czymś się pomyliłem, ale sądzę, że większy błąd popełniają ci, którzy powtarzają niesprawdzone informacje. Istnieje dużo zagadnień związanych ze zdrowym stylem życia, które są od lat bezkrytycznie powielane przez dietetyków. O tym, że niektóre z proponowanych rozwiązań nie działają, przekonałem się dopiero po sprawdzeniu ich w praktyce, do czego namawiam, bo odżywianie to rzecz bardzo złożona i indywidualna.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

4 odpowiedzi na “Mirosław Zajdel: „Sztuczna inteligencja zaczyna przerażać nawet informatyków””

  1. „Kiedyś fascynowała mnie „Wielka gra”, ale zniknęła z anteny. To był
    teleturniej, w którym trzeba było mieć solidną wiedzę ogólną z różnych
    dziedzin.” – Ejże! W Wielkiej Grze potrzebne było coś zupełnie innego: bardzo duża wiedza w obrębie jednego, dość wąskiego zagadnienia. Teleturniej w założeniu adresowany był do hobbistów interesujących się jakimś konkretnym zagadnieniem, ale trochę się wynaturzył, bo pojawili się ludzie, którym wystarczył miesiąc i stawali się ekspertami w kolejnej wąskiej dziedzinie, zaliczając po kilkanaście głównych wygranych w WG.

    • W tym miejscu warto wspomnieć o tym, że Wielka Gra nie była oryginalnym pomysłem polskiej TV, a licencją amerykańskiego quizu ‚The $64,000 Question’, który najpierw w postaci radiowej (pod tytułem ‚Take It or Leave It’ a potem ‚The $64 Question’) obecny był w eterze od lat 40-tych. Początkowo teleturniej był sprawdzianem wiedzy ogólnej (w duchu innych teleturniejów tamtej epoki, np. Twenty One), a dopiero w 1975 roku, kiedy prowadzenie programu objęła Stanisława Ryster, zasady quizu zmienione zostały przez Wojciecha Pijanowskiego na te, które wszyscy dziś kojarzymy, a więc sprawdzian wiedzy z określonego tematu (czasem przekomicznie wąskospecjalistycznego) stopniowo pogłębiany wraz z rosnącą stawką pytań.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.