Motorniczy. Dzień z życia pod napięciem

Reportaż na szynach
15 minut czytania
18030
21
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
25 listopada 2017

Kiedyś to był zawód pewny i prestiżowy. Teraz to często po prostu robota, którą musisz wykonać najlepiej, jak umiesz i nie zabić przy tym nikogo. Z okazji Dnia Motorniczego przedstawiamy realia tej pracy widziane oczami wrocławskich tramwajarzy.

Przychodzisz do pracy, gdy jest jeszcze ciemno. Najpierw odbijasz kartę i dmuchasz w “domofon”, czyli alkomat. Musi być zero. Zero absolutne. Ani pół promila w wydychanym powietrzu – inaczej dyscyplinarka. Wozisz ludzi, musisz być trzeźwy i odpowiedzialny. Odpowiedzialność i bezpieczeństw to dwa słowa, które brzęczą ci w głowie. Idziesz do dyspozytora i odbierasz klucze i papiery, a wśród nich między innymi twój rozkład jazdy i ceduła.

Kiedyś to był zawód pewny i prestiżowy. Teraz to często po prostu robota, którą musisz wykonać najlepiej, jak umiesz (fot. Dominika Węcławek)

Przygotowanie do startu

Zawsze mnie bawi, jak znajomi, którzy nie do końca mają świadomość tego jak wygląda nasz dzień, pytają na jakiej linii dziś jeżdżę. Jak mam pecha, to faktycznie, przez dziewięć godzin krążę między tymi samymi pętlami. Jak mam jeszcze większego pecha, to mam w ciągu dziesięciu godzin do obsłużenia pięć linii – mówi K., motornicza z kilkuletnim stażem.

Jazda na kilku liniach to norma. Jak to może wyglądać, gdy masz “przebieranki”, czyli, gdy jeździsz na kilku liniach? Wyjeżdżasz rano z zajezdni jako “Dziesiątka”, docierasz do pętli Biskupin, przebierasz się na “Jedynkę”, robisz kilka kółek, potem przebierasz się na “Czwórkę”, jedziesz na Oporów, tam przebierasz się na “Dwudziestkę”… Może się zakręcić w głowie.

Dlatego rano, zanim jeszcze wyruszysz w miasto, odbierasz tablice klasowe, czyli te tablice, na których wypisane są ulice, którymi dana linia kursuje. Sprawdzasz jeszcze raz, czy wszystko się zgadza i możesz już przystąpić do OC. Na czym to polega? Zaczynasz od znalezienia swojego wozu. Każdy tramwaj we Wrocławiu ma swoje numery taborowe. Twój wóz może stać na noc na hali, albo nocować “na ogrodzie”, czyli na jednym z kilku torów wokół budynku zajezdni. Wagony stoją blisko siebie, ustawione w odpowiedniej kolejności wyjazdu tak, aby nie generować opóźnień.

Rano, zanim jeszcze wyruszysz w miasto, odbierasz tablice klasowe, na których wypisane są ulice, którymi dana linia kursuje (fot. Dominika Węcławek)

Otwierasz swój wóz, przekręcasz kluczyk, podnosisz “patyk”, czyli odbierak prądu, znany jako pantograf. Przetwornica zaczyna przyjemnie buczeć. Na “pikselu” wbijasz kod trasy. Potem ten “piksel” będzie twoim katem pokazującym, ile już złapałeś spóźnienia na trasie.

W większości tramwajów piksel pozwala na to, by na wyświetlaczach przednich i bocznych widać było dokładnie “dokąd ten tramwaj jedzie”. Są jednak we Wrocławiu tramwaje, które nie korzystają z takich nowości. Piksel pikselem, ale taka “stara sto piątka na kwadratach” to dopiero urocze stworzenie. W takim tramwaju Konstal typu 105n, każda “przebieranka” to seria ćwiczeń sprawnościowych. Najpierw przekręca się tabliczkę nad szybą, potem trzeba wymienić tablice klasowe i wszystkie cztery “kwadraty”, czyli tabliczki na froncie, bokach i na tyle składu.

Potem wkładasz brygadówkę we właściwe miejsce. Brygadówka to mały, niepozorny numerek. Za brak brygadówki “janusze”, czyli nadzór ruchu, mogą się w czasie kontroli przywalić. Brygadówka pozwala jednak dokładnie zidentyfikować kto i gdzie jest w razie zdarzenia. “Czwórka ósma” rzucona do dyżurnego ruchu znaczy tyle, że zgłasza się motorniczy z tramwaju jadącego na linii czwartej z brygady ósmej.

Żeby uniknąć awarii, każdy motorniczy musi przed wyjazdem sprawdzić dokładnie wóz. Światła awaryjne, przeciwmgłowe. Hamulce szynowe, luzowniki. Chodzisz dookoła, kopiesz, szturchasz. Zimą odmarzają ci ręce. Powoli się wybudzasz. Na dokładne sprawdzenie pojazdu masz około 10 minut. Jeśli coś się nie zgadza, dzwonisz od razu do brygadzisty. Jak go nie dociśniesz, ekipa nie przybiegnie od razu i nie sprawdzi usterki natychmiast, to ty wyjedziesz z zajezdni już na sporym spóźnieniu.

Żeby uniknąć awarii, każdy motorniczy musi przed wyjazdem sprawdzić dokładnie wóz. Światła awaryjne, przeciwmgłowe (fot. Dominika Węcławek)

“Motorniczy nie zaczekał aż wsiądę, tylko zamknął drzwi przed nosem i odjechał”*

Czasówka jest święta. Kiedy zaczynasz swoją pracę w tramwajach, bezlitośnie rosnący “minus” na pikselu jest twoją zmorą. Ciśnienie rośnie, ręce zaczynają się pocić. Przyjazd po czasie na przystanek to porażka. Wraz z doświadczeniem zaczynasz być na to obojętny. Nie da się, to się nie da, wyżej tyłka nie podskoczysz. A tramwaj nie wyprzedzi innego tramwaju.

Z punktu widzenia MPK gorsze niż spóźnienie jest tylko przyjechanie przed czasem. Na zajezdniach wiszą wydrukowane na czarno-czerwono komunikaty przypominające o tym, że bezwzględnie zakazuje się… Brzmi to może absurdalnie, ale można przyjechać przed czasem. Rano, między trzecią a piątą są miejsca, gdzie na “plusie” można być nawet powyżej minuty.

Na klasie same martwe dusze – mówi Z. motorniczy z piętnastoletnim stażem. Klasa to nazwa przestrzeni wagonu, którą zajmują pasażerowie. Gdy na przystankach nikt nie wsiada, ani nikt nie wysiada, na mieście nie ma zbyt dużego ruchu pojazdów kołowych, torowisko jest wydzielone, to jedziesz dwa razy wolniej, żeby tylko nie było, że jesteś na następnym przystanku za wcześnie.

Jeśli złapiesz spóźnienie, to najczęściej masz tylko chwilę, by przemknąć przez pętlę i ruszyć dalej (fot. Dominika Węcławek)

Czasówka dla motorniczych to też wyznacznik tego, czy na pętli będą mieć w ogóle czas, by rozprostować nogi czy nie. Każda wizyta na pętli to przede wszystkim czas na to, by przebrać tramwaj, ewentualnie iść do punktu socjalnego, by skorzystać z toalety, zjeść kanapkę, wziąć łyka ciepłej herbaty z termosu, a może nawet zapalić. Jeśli pobyt na pętli według czasówki trwa dokładnie 4 minuty, to masz 4 minuty na to, by “obrócić się”, czyli okrążyć pętlę i zrobić wszystko inne, co chciałeś zrobić w czasie przerwy, zanim ruszysz w kolejną, czterdziestominutową podróż przez miasto.

Jeśli złapiesz spóźnienie, to najczęściej masz tylko chwilę, by przemknąć przez pętlę i ruszyć dalej. W ten sposób możesz na przykład przez półtorej godziny jeździć w ciągłym stresie zachowując pełną koncentrację. Na obsługę każdego przystanku masz mniej niż minutę. Tramwaj jest długi, a twoim głównym monitorem jest boczne lusterko. W bocznym lusterku widzisz wsiadających i wysiadających. Pasażerowie wchodzący ostatnimi drzwiami są w tym lusterku wielkości paznokcia od małego palca.

Dlatego matki z dziećmi, wycieczki szkolne i osoby o ograniczonych możliwościach ruchowych proszone są o wsiadanie do pierwszego wagonu. W czasie kilkudziesięciu sekund trzeba się zatrzymać tak, by nikt z pędzących na tramwaj nie wpadł pod koła, włączyć programację drzwi umożliwiającą ich otwarcie, dopilnować, by dziesiątki ludzi korzystające w godzinach szczytu z tramwaju wymieniły się. Jedni wysiądą, inni wsiądą. Gdy już wyłączysz programację, według piksela zakończyłeś obsługę przystanku. Liczy ci czas, jaki masz na dojazd do następnego punktu. Nie jesteś taksówką. Po tobie przyjeżdżają następne tramwaje.

Sytuacja, w której jakiś dżentelmen postanawia przytrzymać drzwi, bo jego partnerka właśnie niespiesznie kroczy do tramwaju, albo jeszcze tylko kupuje bilet, to niemal codzienność. Tak jak sytuacja, w której ktoś zagapi się na przystanku w smartfona i zauważa swój tramwaj w chwili, gdy rozlega się dzwonek zamykających się drzwi. Czasami można poczekać na jakąś pędzącą duszyczkę, ale gdyby tak robić na każdym przystanku, to trasa obliczona na 35 minut zajmowałaby dwa razy tyle.

(fot. Dominika Węcławek)

“Motorniczy hamował dzwonkiem”

Z tymi dzwonkami to też jest niezła historia. W zasadzie są trzy rodzaje. Ten przy drzwiach, dzwonek główny, którym dzwonisz za każdym razem gdy wjeżdżasz na przystanek, opuszczasz go albo następuje jakieś wtargnięcie na tory, czy to pieszego, czy pojazdu kołowego. Jest też trzeci dzwonek, uruchamia się automatycznie w czasie hamowania awaryjnego.

Tramwaj w ogóle ma trzy rodzaje hamulców. Zwykłe, elektrodynamiczne połączone są z pedałem hamowania – pozwalają na wytracenie pędu silnikiem. Są hamulce szynowe, ciężkie elektromagnesy, które “spadają” na szynę, gdy trzeba gwałtownie zahamować i hamulce tarczowe albo szczękowo-bębnowe. Zatrzymanie składu, który bez pasażerów waży od 17 do 30 ton to nie jest proste zadanie. Tramwaj nie stanie w miejscu natychmiast.

Zapominają o tym wszyscy, którym wydaje się, że zdążą przejść, przebiec, przejechać. Motorniczowie śmieją się, że tramwaj to przebiegłe bydlę. Małe, ciche i szybkie. Jedzie taki 25-30 km na godzinę, pojawia się z zaskoczenia na torach i czyha na niewinnych, którzy tylko skręcali albo tylko przebiegali. Sytuacje, w których ktoś wpada na świetny pomysł, by przejechać tuż przed nosem rozpędzonego składu, są na porządku dziennym. Kierowcy nie widzą tramwajów w lusterku bocznym, nie potrafią sobie też często zdać sprawy z tego, że czasami, aby zatrzymać dwa wagony pełne ludzi, potrzeba co najmniej 30 metrów. Często też nie znają przepisów prawa o ruchu drogowym. Nie chodzi o to, że tramwaj ma zawsze pierwszeństwo, ale są sytuacje, w których ma prawo jechać jako pierwszy.

Miałem raz taką sytuację. Nie działały światła na skrzyżowaniu. Kierowca jechał prosto, ja skręcałem w prawo i nasze tory ruchu się przecinały. Wjechałem już na skrzyżowanie, a on dzida i prosto pod moje koła – mówi B. motorniczy od dwóch lat. – Facet był wkurzony. Słyszał dzwonek, widział tramwaj, ale uważał, że to on ma prawo, więc po prostu na chama pojechał. Nawet gdybym stanął na hamulcu, nie zatrzymałbym się na tak krótkim dystansie. Oczywiście była kolizja. Musiałem wysadzić wszystkich pasażerów, inne tramwaje musiały pojechać objazdem, przyjechał nadzór ruchu. Uparty facet dalej twierdził, że miał prawo jechać prosto. Przyjechała Policja. Dostał mandat. Ja musiałem zjechać tramwajem na oborę, wziąć inny skład, w tym czasie za mnie kursował po mieście tramwaj awaryjny.

Motorniczowie śmieją się, że tramwaj to przebiegłe bydlę. Małe, ciche i szybkie (fot. Dominika Węcławek)

Najczęściej roztargnienie, chamstwo i brak wyobraźni innych użytkowników dróg udaje się jakoś zbuforować. Motorniczowie przez 10 godzin swojej pracy mają oczy dookoła głowy i myślą za innych, często z dużym wyprzedzeniem.

“Motorniczy powinien posprzątać po tym żulu”

Pełna koncentracja na wszystkim, co dzieje się wokół tramwaju to obowiązek motorniczego. Instrukcja zakładowa mówi jasno, że każdy motorniczy musi przyjść do pracy wypoczęty i zrelaksowany. Bycie motorniczym to służba, jak w Policji, w Straży Pożarnej, Pogotowiu Ratunkowym czy w wojsku. Masz mundur i zasady.

Gdy zaczynasz służbę tuż po trzeciej rano, a zmiennik przychodzi około 15:00, to po robocie masz kolejne 12h na to, by się zrelaksować. A potem jeszcze przez trzy dni na 8-10h w pełnym stresie i maksymalnej koncentracji. Doba przerwy i zaczynasz jazdę po południu. Motorniczowie z krótszym stażem mają średnio jeden normalny weekend w miesiącu. Jak się nie pofarci, bo trzeba “wyjść z wolnego” za innego motorniczego, który zaniemógł, to twój dwudniowy  weekend wypada w środku tygodnia. Na wyjazd z rodzina za miasto się to nijak nie nadaje, ale można załatwić jakieś sprawy urzędowe…

Do obowiązków motorniczego nie należy natomiast sprzątanie tramwaju. Zwłaszcza po żulach.

Szkoda, że taka straż miejska nie może się pojawiać na pętlach. Szkoda, że na chlora nie ma sposobu… Są takie miejsca i trasy we Wrocławiu, gdzie masz stałą ekipę chlorów. Wsiadają rano i jeżdżą do wieczora. Czasem wyskoczą spotkać się z innymi żulami. Jak są spokojni i nie śmierdzą nadto, to nikt z pasażerów nie reaguje. Ja mogę ewentualnie zatrzymać skład i powiedzieć, że dopóki taki pan nie opuści tramwaju, ja nigdzie nie pojadę. Nie mam natomiast prawa dotknąć tego człowieka. I nie mogę narażać swojego zdrowia na sprzątanie po nim – mówi Z. Pasażerowie mają więcej praw. Mogą wezwać Policję, mogą sami wyrzucić “pana żula”.

Miałem raz taką sytuację. Facet krążył moim składem od kilku godzin. Na pętlach wysiadał i wsiadał. W pewnym momencie jednak zaczął się awanturować. Tramwaju opuścić nie chciał. Pasażerom powiedział, że bardzo go boli. On żąda karetki. Pasażerowie przyszli z tym do mnie, że tam człowiek cierpi, proszę coś zrobić, potrzebna jest karetka – wspomina G., w MPK już nie pracuje, miał dość.

Motorniczowie przez 10 godzin swojej pracy mają oczy dookoła głowy i myślą za innych (fot. Dominika Węcławek)

Efekt był taki, że trzeba zjechać z trasy. Pasażerów zostawia się na przystanku. Przyjedzie po nich “awaryjka”, która włącza się do ruchu za nasz tramwaj. Skład z żulem zjeżdża na jeden z torów awaryjnych, na przykład na Mostach Mieszczańskich. Przyjeżdża też cała komisja. nadzór ruchu, Policja i Pogotowie. Tym razem operacja zaopiekowania się Panem Żulem sprawiła, że przez ponad godzinę tramwaj nie mógł kursować. Zajęto karetkę, która w tym czasie mogła być potrzebna komuś, kto uległ wypadkowi. Na koniec pozostał syf, który ewentualnie można ostrożnie wygarnąć butem. Został też niesmak, bo jeden pijak rozstawia pół miasta.

Po takim zdarzeniu trzeba wrócić na trasę. Meldujesz to dyżurnemu ruchu, a on mówi tylko tyle, że włączysz się na tym przystanku w tym kierunku i o tej godzinie. Jak to zrobisz? Twoja w tym głowa. Motorniczowie sami muszą wiedzieć jak najlepiej się dostać w określone miejsce. To o tyle podstępne, że nie możesz przyjechać ani za wcześnie, ani za późno. Jak będziesz za wcześnie, za tobą zamiast składu awaryjnego zastępującego twój, pojawi się inny tramwaj. Zablokujesz go? Bez sensu, możesz potem przez kolejnych 10 kilometrów zaburzać cały ruch na torach. To trzeba zgrać w czasie niemal idealnie. Często się udaje.

“Motorniczy powinien się zapisać na kurs hamowania!”

Czasami jednak jest tak, że nie wszystko działa jak należy. Torowiska we Wrocławiu są w fatalnym stanie. W tym roku doszło do ponad 80 wykolejeń. Połamanych patyków nikt już nawet nie liczy. Kilka miesięcy temu z tramwaju wypadł silnik. Fotele, na których siedzą motorniczowie często są już tak wysłużone, że siadając w nich można policzyć wszystkie śrubki i sprężyny wbijające się w ciało. Jedną z chorób zawodowych motorniczych, obok depresji wynikającej ze zmianowego trybu pracy i problemów żołądkowych związanych z żywieniem się głównie zimnymi kanapkami jedzonymi w pośpiechu są choroby kręgosłupa – w tym przepuklina, oraz kolan. Dziesięć godzin z jedną nogą na czuwaku w rozbujanym składzie tańczącym na torach to przekleństwo dla osób powyżej 35 roku życia.

Czuwaka puścić nie możesz, bo to twój ostatni gwarant bezpieczeństwa. Gdy nie jest dociśnięty, działają hamulce. Jeśli zemdlejesz, tramwaj nie pomknie przed siebie. Jeśli jest śliska szyna, czyli największe jesienne przekleństwo motorowych, puszczając czuwak i dociskając hamulec masz szansę wyhamować skład. Dlatego motorniczowie nie lubią jesieni. Choć miasto jest piękne, to błoto i liście na torach  potrafią wydłużyć trasę hamowania o kolejnych kilkanaście metrów.

Nie zawsze się udaje. Są sytuacje, gdy składy się psują. Niezależnie, czy są to stareńkie Konstale, Protramy, czy nowoczesne Pesy. Na awarię nie ma mocnych. obowiązkiem motorniczego jest diagnoza. Co się stało? Sprawdzić szafę z bezpiecznikami, sprawdzić wszystkie falowniki, rozłączyć jazdę… Jeśli nie działa, trzeba wysadzić pasażerów i wezwać “Iskrę”. Tak się mówi na zespół , który przyjeżdża i pomaga naprawić tramwaj na trasie. Jeśli jest źle, ale nie beznadziejnie, skład sam może zjechać na jakiś boczny tor. Bywa i tak, że po  prostu pada na środku skrzyżowania.

Styl jeżdżenia, umiejętność wyczucia każdego typu tramwaju przychodzi po miesiącach (fot. Dominika Węcławek)

Pamiętam, jak zrobiłem zatrzymanie w ruchu od placu Jana Pawła II aż do Placu Legionów. Spychała mnie wtedy Skoda – wspomina G. dwa połączone składy tramwajów miały wtedy ponad 60 metrów. Zepsuty tramwaj na przedzie. Motorniczy w drzwiach, nadzór ruchu na sygnale… G. przyznaje, że czuł się z jednej strony mocno zmieszany, a z drugiej, było w tym wszystkim coś niesamowitego.

Czasami usterki są mniej poważne, ale zmniejszają komfort jazdy. Kurs na motorniczego, który pozwala na spędzenie 60h na trasie i obeznaniu się ze wszystkimi torowiskami w mieście nie wystarcza, by nauczyć się radzić sobie z jazdą nie do końca sprawnym tramwajem. Nie uczy też tego kolejnych kilkadziesiąt godzin jazdy z patronem, gdy motorniczy po egzaminie może już wozić ludzi.

Tak naprawdę swój styl jeżdżenia, umiejętność wyczucia każdego typu tramwaju przychodzi po miesiącach. Zobojętnienie na pasażerów, którzy walą w drzwi z pretensjami, bluzgają, ciskają butelkami, kopią, a czasami nawet podchodzą na pętli by złapać za kołnierz od munduru motorniczego – pojawia się po około pięciu latach. Starzy motorowi mówią też, że jak pierwszy raz przywalisz w  puszkę (czyli w samochód), to też coś pęka i trochę przestajesz się bać tego, że ci kierowcy, jak barany, nieustannie ci wjeżdżają pod koła.

“Motorniczy pojechał złą trasą”

Mimo doświadczenia i okrzepnięcia zdarzają się też symptomy przemęczenia. Na kursie każdy młody motorowy słyszy, że “zwrotnica to twoja kierownica”. O tym, jak “zwrotki” działają można się przekonać obserwując sobie dowolnego motorniczego podczas przejazdu przez centrum miasta. Większość zwrotnic jest sterowana automatycznie. Zbliżając się należy zwolnić, wcisnąć przycisk “w lewo” albo “w prawo” – w zależności jak ma być przełożona zwrotnica. i zaczekać na to, by zwrotnica się przełożyła i zaryglowała.

Stan zwrotnic w mieście pozostawia wiele do życzenia. Bywało tak, że podczas skrętu ryglowanie puszczało, zwrotnica odbijała, a w efekcie część składu jechała na przykład w lewo, a druga – prosto. To oznacza wykolejenie. Trzeba wezwać pogotowie torowe, dźwig i znów… na radiostacjach we wszystkich innych tramwajach słychać głos dyżurnego ruchu: “Panie i panowie motorniczowie, wykolejenie na Świdnickiej w stronę placu Legionów. Tramwaje linii 2, 20, 24, 7, 17… jadą objazdem przez ulicę Hallera, tramwaje linii 11,5,14… jadą objazdem przez Forum Muzyki, tramwaje linii 31, 32…”. I litania trwa.

Ostatni kurs – Najpierw na pętli rozbierasz tramwaj. Zdejmujesz wszystkie tablice  (fot. Dominika Węcławek)

Jak masz tego pecha, że wykolejenie zdarzyło się przed tobą, nic nie zrobisz. Tramwaj można wycofać, ale nie aż tak. Więc stoisz. Tramwaju opuścić nie możesz. Czekasz. Mijają minuty. Łapiesz spóźnienie, którego najpewniej nie nadrobisz ty, ani twój zmiennik. Możesz zażądać przerwy, ale mało który motorniczy o tym myśli. Zależy ci na jednym, żeby dobrze wykonać robotę. Kiedy kolejne codzienne przypadki – te wszystkie walenia w szybę, te wtargnięcia na torowisko, objazdy i zatrzymania – zaczynają ci ciążyć, pojawia się problem.

Na przykład jak jeździsz na zmianę – raz kółko na jednej trasie, raz na drugiej. W ósmej godzinie tracisz na chwilę czujność i zamiast skręcić w prawo, jak miałeś to zrobić, jedziesz prosto, jak przy poprzednim kółku. Orientujesz się jak już przejechałeś przez zwrotnicę. Nie ma odwrotu. Pomyliłeś trasę. Zgłaszasz to, wpisujesz w cedułę razem ze wszystkimi opóźnieniami i innymi zdarzeniami. A pasażerowie są wściekli. Walą w szybę jeszcze głośniej, wyzywają od najgorszych, wrzucają gniewne posty na Facebooka. Składają skargi pasażerskie. Za te skargi polecą ci po pensji.

Pensja nie jest oszałamiająca. Bez premii pozwala jednej osobie żyć oszczędnie przez miesiąc, czyli zapłacić ratę kredytu, rachunki i kupić bułkę z kiełbasą. To już dużo. Motorowi dostają też dodatek świąteczny. Skromny, ale zawsze to dodatkowy pieniądz. Wpada też parę stów na “wczasy pod gruszą”. Jak masz dzieci, to możecie pomyśleć o biwaku pod miastem. Żadne Malty, Korsyki, żadne Costa Brava, a tym bardziej polskie morze. Ot, jak za dawnych lat. Auto, kosz piknikowy z kanapkami i jedziesz.

Są wśród motorniczych rodziny. Małżeństwa będące swoimi zmiennikami. Jedno przychodzi na rano, drugie na popołudnie, albo mają zmiany ułożone równolegle. Młode matki mogą liczyć na wsparcie planisty i tak im ułoży grafik, by nie musiały jak inni iść do pracy w środku nocy, albo w środku nocy zjeżdżać na oborę. Motorniczowie lubią się nawzajem i szanują. Kto ich uszanuje, jeśli oni sami sobie dowalą. Przyjacielskie pozdrowienia każdego mijanego po drodze kolegi czy koleżanki po  fachu to jedno. Wsparcie w sytuacjach awaryjnych – drugie.

Najcieplej robi się na sercu, jak już zjeżdżasz nocą ostatnim kursem

Najpierw na pętli rozbierasz tramwaj. Zdejmujesz wszystkie tablice. Sprawdzasz, czy nie ma zniszczeń. I ruszasz potem w ostatni rejs, jesteś marynarzem, który już myśli o tym, że zaraz będzie w porcie i jak w tej szancie o Starej Maui. Może nawet nucisz pod nosem, że na lądzie czeka uciech sto, wnet zobaczysz dziatki swe, na spacer weźmiesz żonę swą i zapomnisz wszystkie chwile złe.

Najpierw jednak trzeba do obory dojechać. Inni motorowi machają ci z uznaniem. Dałaś radę, przetrwałeś, udało się… Kolejny dzień na torach za Tobą. Może gdy zaczynałeś swą pracę w tramwajach było to romantyczne, wreszcie jeździsz po pięknym mieście, tymi słynnymi niebieskimi tramwajami. Ale teraz, po latach krzepniesz i myślisz o tym, że po prostu dziś udało się bezpiecznie dowieźć ludzi do pracy, do domu, na randkę. Zjeżdżasz więc do obory, mówisz brygadziście co szwankuje, co nie działa, co się stało. Wjeżdżasz na kanał rewizyjny, potem odstawiasz wóz na ogród albo pod dach. Wsiada ekipa sprzątająca.

(fot. Dominika Węcławek)

Mają trzy godziny na to, by ogarnąć kilkadziesiąt tramwajów, jedne zasyfione kebabami i pizzą, inne zalane piwem albo zarzygane. Gdzieś ktoś przykleił głupią wlepkę, a ktoś napisał flamastrem, że Mania to pedał. W wąskich przestrzeniach poupychane są bilety i gumy do żucia. Czasem ktoś zostawi portfel, laptopa, albo ciasto. Motorniczych to wkurza. Sarkają pod nosem na roztargnionych pasażerów, bo potem trzeba łazić, szukać, wypełniać papiery. A te papiery potem razem z cedułą na wyjściu z obory zostawia się na dyspozytorni.

I tak mijają dni. Wychodzisz z poczuciem zmęczenia i satysfakcji, czasem z tego tramwaju wysiadać będziesz jeszcze przez kilka godzin, zanim zejdzie stres. Przez te godziny w twojej wyobraźni wracają wszystkie momenty, w  których udało się uniknąć kolizji, myślisz, że było o włos, było blisko, że gdyby sekunda więcej, z auta zostałaby miazga, rowerzystka nie przeżyłaby, tamta babcia, która weszła prosto pod tramwaj już nie dotarłaby do wnuczka na spotkanie. A może w ogóle o tym nie myślisz. Chcesz iść spać. Jutro kolejna zmiana.

*Cytaty w śródtytułach pochodzą z komentarzy na profilu facebookowym MPK Wrocław.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Lustrzanka zamiast pistoletu. Jak pracują polscy detektywi?

Pościgi, strzelaniny, włamania do domów i instalowanie sprzętu do podsłuchu. Wielbiciele serialu „Malanowski i Partnerzy” są przekonani, że tak wygląda praca detektywów. Ale nic bardziej mylnego. Gdyby ktoś obserwował ich rzeczywiste działania, niekiedy mógłby usnąć z nudów.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
10 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ