Muzułmanin na brytyjskim dworze – to nie fikcja, a historia

Prawdziwy powiernik królowej Wiktorii
6 minut czytania
455
0
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
7 listopada 2017

Oparty na zdarzeniach, które rozegrały się w ostatnich latach XIX wieku, film „Powiernik królowej” od września podbija kinowe ekrany. Scenariusz opowieści o przyjacielskiej relacji królowej Wiktorii i jej hinduskiego sługi oparto na materiałach, które teoretycznie nie powinny już istnieć.

Opowieść o Abdulu Karimie, który niespodziewanie stał się jedną z najważniejszych osób na brytyjskim dworze królewskim, zyskała szansę na wydostanie się na światło dziennie w nieco ponad sto lat po jego śmierci – za sprawą starań hinduskiej dziennikarki, Shrabani Basu. Wizerunek egzotycznie wyglądającego sługi, uwiecznionego na portretach ozdabiających jedną z królewskich rezydencji, zainspirował ją do podjęcia poszukiwań. Basu poświęciła wiele czasu i wysiłku, by przedstawić światu historię, którą u początków XX wieku próbowano zamieść pod dywan. Pamiętniki monarchini oraz jej korespondencja z Karimem zostały bowiem spalone tuż po śmierci królowej, z rozkazu jej syna i następcy, Edwarda VII.

Jak się okazało, w zamku królewskim w Windsorze przez dekady przechowywano jednak zapiski, jakie królowa sporządzała w języku urdu – było to swego rodzaju pokłosie lekcji, jakich udzielał jej Karim. Basu była prawdopodobnie pierwszą osobą, która dostała te notatki do rąk i potrafiła je odczytać. Drugim ważnym znaleziskiem, na jakie trafiła dziennikarka, był pamiętnik Karima – przechowywany przez jego rodzinę, której kolejne pokolenia od połowy XX wieku mieszkają w pakistańskim Karaczi. Wszystko to, co znalazła na kartach obu źródeł, Basu przekształciła w sfabularyzowaną opowieść o ostatnich latach życia brytyjskiej monarchini. Właśnie na podstawie książki „Victoria and Abdul: The True Story of the Queen’s Closest Confidant” sporządzono scenariusz filmowego obrazu.

Z więzienia do „złotej klatki”

Abdul Karim urodził się w 1863 roku na terenie Indii Brytyjskich. Jego ojciec pracował w brytyjskim szpitalu wojskowym, a z czasem znalazł zatrudnienie w więzieniu usytuowanym w Agrze (to miasto jest najlepiej znane za sprawą obecnego w nim mauzoleum Tadź Mahal). Dorosły Abdul także rozpoczął pracę w tym więzieniu: w pewnym sensie rozpoczynając już służbę dla JKM. Więźniowie podczas odsiadywania kary zajmowali się między innymi tkaniem dywanów, a efekty ich pracy postanowiono wysłać w 1886 roku do Wielkiej Brytanii, by weszły w skład wystawy poświęconej sztuce kolonialnej. Karim pomagał wybierać konkretne dzieła, brał też udział w przygotowywaniu wyprawy, ale sam nie wybrał się wówczas do Londynu.

Rok 1887 upływał zaś w Wielkiej Brytanii pod znakiem złotego jubileuszu królowej Wiktorii – upływało dokładnie 50 lat, odkąd objęła tron i osiadła w londyńskim Pałacu Buckingham. Taką okazję wypadało należycie uczcić, dlatego nie szczędzono wysiłków, by obchody okrągłej i zaszczytnej rocznicy przebiegały okazale. Ponieważ od niemal 20 lat monarchini nosiła także tytuł Cesarzowej Indii, postarano się i o atrakcje związane bezpośrednio z „perłą korony brytyjskiej”. Królowa, będąca wciąż pod wrażeniem wystawy cudów zwiezionych z Indii, zażyczyła sobie by przysłano dwóch hindusów, którzy swoją obecnością uświetniliby jubileuszowe obchody. Wyboru konkretnych dwóch ludzi dokonał John Tyler, nadzorca więzienia w Agrze. Wśród wskazanych przez niego ludzi był Abdul Karim.

W odkrytych później zapiskach królowa opisała Karima jako przystojnego – i być może ta uwaga wpływa nieco na niektóre interpretacje dalszych wypadków. Człowiek, który według pierwotnego planu miał jedynie usługiwać podczas posiłków, wyglądać egzotycznie i przyciągać uwagę w zastępie służby, awansował do pozycji kogoś znacznie ważniejszego. Podobno przyciągający już wcześniej uwagę władczyni sługa zdobył jej serce zwłaszcza po tym, jak przygotował jej kurczaka z curry, doprawionego przywiezionymi z Indii przyprawami. Królowa, która odkryła własne zafascynowanie krajem, który pozostawał od dwóch dekad pod jej panowaniem, ale i był jej niemal zupełnie nieznany, uczyniła Karima kimś w rodzaju nauczyciela – żądając, by opowiadał jej o Indiach i nauczył ją języka urdu. Nadała mu tytuł Munshi, zwalniając zarazem z obowiązków usługiwania przy stole.

Abdul Karim – portret autorstwa Rudolfa Swobody (1888 rok)

Niepokojąca zażyłość

Ale nie tylko władczyni się uczyła – także Karim doskonalił swoje lingwistyczne zdolności, coraz lepiej opanowując angielszczyznę, poznawał też coraz dokładniej zasady dworskiej etykiety. Z czasem monarchini coraz bardziej zmniejszała dzielący ich dystans: co przejawiało się między innymi w życzeniu, by Karim wszędzie jej towarzyszył, a podczas uczt, rozrywek czy uroczystości, kazała sadzać go na wyróżnionym miejscu, pośród innych istotnych członków rodziny królewskiej. Te wyjątkowe względy okazywane przez królową zdawały się do pewnego stopnia rozzuchwalać Karima: ostentacyjnie reagował w sytuacjach, gdy organizatorzy danego przedsięwzięcia sadzali go pośród służby, do której przecież formalnie przynależał. Podczas nieporozumień na tym tle monarchini zawsze opowiadała się po stronie Karima: zżymając się na uprzedzenia pozostałych członków dworu i domagając się dla szacunku dla hinduskiego sługi.

Zapiski dokonywane przez królową w języku, którego uczył ją Karim, zdradzają jak daleko sięgała zażyłość, która nieco niespodziewanie połączyła tę nietypową dwójkę. Królowa odwiedzała chorego Karima, deklarowała też wszelką pomoc, jakiej tylko mógłby potrzebować on lub jego rodzina. Według niektórych komentatorów sługa wykorzystywał dobroduszność monarchini: prosząc na przykład o zapewnienie jego ojcu dożywotniej pensji. W oczach współczesnych był potencjalnie niebezpiecznym człowiekiem, który może świadomie lub przypadkowo wpływać na polityczną sytuację w kraju. Być może także jego regularne wyjazdy w rodzinne strony napełniały niektórych obawami, czy Karim nie jest powiązany z politycznymi aktywistami. Ze źródeł, do których dotarła Shrabani Basu, wynika zaś, że sługa czuł się raczej znudzony życiem na dworze i miał większą ochotę wrócić do Agry, niż sprowadzać do Anglii rodzinę – jak później zrobił wskutek sugestii królowej.

Królowa Wiktoria i Munshi w 1893 roku

Przyjaciel królowej?

Notatki w jego pamiętniku wtórują jednak tym sporządzanym przez władczynię: ten nietypowy duet bardzo dobrze się rozumiał. Zachowane fragmenty korespondencji można interpretować i w ten sposób, że królowa w pewnym sensie przelewała na Karima uczucia, którymi nie mogła obdarzyć już tych, którzy odeszli z jej życia. Kończąc poszczególne wiadomości, podpisywała się jako „najbliższa przyjaciółka” lub „kochająca matka”, co można odczytywać jako jej tęsknotę za kimś, kto pomijając ceremoniały i dystans narzucany przez etykietę, będzie gotów ją wysłuchać i wesprzeć, zaoferować szczerą opinię, a nie ugrzecznione formuły. W każdym razie taką wizję pięknej przyjaźni roztacza przed swoimi czytelnikami Shrabani Basu.

Jednocześnie wiele faktów pozostaje niezbitych: Abdul Karim został obdarowany przez królową honorowymi odznaczeniami: Orderem Cesarstwa Indyjskiego (przyznawany zasłużonym Indiom Brytyjskim) oraz Królewskim Orderem Wiktoriańskim (zarezerwowanym dla tych, którzy zasłużyli się wobec monarchy). Królowa postarała się i o to, by zabezpieczyć losy Karima po jej śmierci – nadając mu ziemskie posiadłości w Agrze. Zgodnie z jej życzeniem hinduski sługa rzeczywiście wchodził w skład konduktu pogrzebowego, miał być też jedną z osób, które czuwały przy ciele zmarłej monarchini. Sam zmarł osiem lat później, w Agrze, do której wyjechał niemal niezwłocznie po pogrzebie. Chociaż bycie ulubieńcem samej królowej przynosiło Karimowi wiele korzyści (zarówno przez tych trzynaście lat spędzonych u jej boku, a także później), życie w otoczeniu które nie obdarzało go podobną sympatią, a wręcz okazywało podejrzliwość, zapewne nie było dla niego spełnieniem marzeń.

Prawda czasów i prawda ekranu

Królowa Wiktoria ma ostatnimi czasy powodzenie u filmowców, a także pisarzy fabularyzujących jej życiorys – jak gdyby zachowane, czarno-białe i przez to podwójnie ponure wizerunki owdowiałej monarchini w pewnym stopniu same prosiły, by znaleźć w tej historycznej figurze iskierki życia.

Od roku wyobraźnię czytelników i widzów oczarowuje wizja wysnuta przez Daisy Goodwin, dotycząca pierwszych lat panowania władczyni. Książka i wyprodukowany przez brytyjską stację ITV serial, wzbudzają w odbiorcach emocje głównie dzięki sugerowaniu istnienia platonicznego uczucia między młodziutką Wiktorią a lordem Melbourne, premierem Wielkiej Brytanii i jednocześnie mentorem niedoświadczonej politycznie królowej. Być może wiarę widzów w taki obrót wypadków skuteczniej wypracował obsadzony w roli lorda M Rufus Sewell, w każdym razie produkcja, zgodnie z konwencją, podkoloryzowała historyczne wypadki.

Z kolei dwadzieścia lat liczy sobie obecnie pełnometrażowy film „Jej Wysokość Pani Brown” odnoszący się do zażyłości, jaka łączyła świeżo owdowiałą królową z jej sługą, Johnem Brownem. Ta produkcja to zresztą kolejny powód, dla którego „Powiernik królowej” był tak oczekiwanym obrazem – w filmie z 1997 roku tę monarchinię również zagrała Judi Dench.

Obraz filmowy, dążący zawsze do logicznego skomponowania i spuentowania akcji, często poświęca wierność faktom, na których ostatecznie zaledwie się opiera. W przypadku „Powiernika królowej” osądzenie historycznej wiarygodności jest tym trudniejsze, że opowieść wyłania się z tego, co zachowało się po oryginalnych wypadkach, a później także przeszło przez warsztat pisarski autorki książki. W czasach, gdy poprawność polityczna niekiedy przyćmiewa racje rozsądku, a jakiekolwiek wzmianki o muzułmanach wzbudzają niepokój, opowieść o przyjacielskiej relacji brytyjskiej królowej i Hindusa wyznającego islam, wydaje się jakiegoś rodzaju prowokacją. Ale może jednak warto potraktować tę opowieść jako zachętę do tego, by nie oceniać nikogo przez pryzmat krzywdzących etykietek?

Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak

Z wykształcenia polonistka i krytyk literacki: przez zamiłowanie do pracy ze słowami i odkrywania opowieści wszędzie tam, gdzie to możliwe. Na co dzień redaguje i poprawia cudze, ale przede wszystkim tworzy własne teksty, nie stroniąc od wyzwań i eksperymentów. Z drobnych zapisków złożyła także autorski tomik poetycki „Ze zzieleniałymi oczami”. Miłośniczka wielu oblicz sztuki, także tej użytkowej – w wolnych chwilach zamiast słów poskramia różnego rodzaju nitki.


AUTOR

Polecamy

Komentarze