Niemcy nam go zazdrościli. Pistolet VIS wraca do do gry

Fabryka Broni Łucznik wznawia produkcję legendy
6 minut czytania
416
5
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
3 listopada 2017
fot. fabrykabroni.pl/

Celny, zgrabny, nowoczesny. Ukryty pod połą płaszcza był ostatecznym argumentem w walce z okupantem. Polski pistolet VIS przez lata obrósł w legendy, a teraz powraca do seryjnej produkcji za sprawą radomskiego Łucznika.

Za ściągnięcie z Niemca karabinu oddaję swój pistolet, powiedział mój kapitan i wyciągnął z kabury pięknego VIS-a. Mnie serce skoczyło do góry, a mój kolega Staś zapytał tylko “Idziemy?!”. Zgłosiliśmy to. Była już noc. Esesman leżał przy czołgu, a Niemcy strzelali z Teatru Polskiego. Domy przy Bielańskiej były zrujnowane, niektóre jeszcze się dopalały. Od barykady było do przejścia mniej więcej 70 metrów. Czołgaliśmy się wzdłuż krawężników. To było coś okropnego. Trwało chyba ze dwie godziny, a może czas nam się tak dziwnie dłużył. Jak już dotarliśmy do czołgu, okazało się, że esesowiec leży na tym karabinie, a waży chyba ze sto kilogramów. Czołg nas osłaniał. Serie paciorków pocisków wystrzeliwanych przez Niemca latały nad głowami. Udało się. Zdobyliśmy tego RKM-a, ale najgorsze było przed nami. Jak go dociągnąć do barykady? Kolega Staś przywiązał go sobie pasem do nogi, a ja z tyłu pchałem kolbę. Co kilka metrów zatrzymanie. Seria z karabinów. Rozbryzgi na bruku. I dalej. Jak już przerzuciliśmy karabin przez naszą barykadę, kapitan Zdan podszedł do nas, wręczył pistolet i trzy naboje.

Tak historię zdobycia swojego pierwszego VIS-a wspomina pan Andrzej Dobrowolski, powstaniec warszawski, a obecnie członek Bractwa Kurkowego miasta Wrocławia.

VIS wz. 35 (fot. Askild Antonsen)

Zdobycznego VIS-a do dziś nosi zawsze przy sobie i wspomina, że gdy jako szesnastoletni łącznik dzielił się z kolegą Stasiem tym trofeum, inne chłopaki patrzyły z zazdrością. Każdy chciał z takiego VIS-a postrzelać. Tym bardziej, że nim stał się bronią powstańców, był pistoletem oficerów i podoficerów Wojska Polskiego.

WiS, czyli dwa dni i gotowe!

Już sama historia powstania pistoletu VIS może budzić emocje. Gdy odradzające się w międzywojniu Wojsko Polskie wprowadzało plan ujednolicenia uzbrojenia, rozpoczęło poszukiwania broni krótkiej dla swoich dowódców. Departament Uzbrojenia Ministerstwa Spraw Wojskowych rozważał zarówno zakup czechosłowackich “Cezet”, jak i belgijskich Browningów. Pistolety od naszych południowych sąsiadów okazały się jednak nieopłacalne ze względu na stosunek jakości do ceny, na co zwracali uwagę eksperci. Choć umowy były już gotowe, inżynier Piotr Wilniewczyc z Państwowych Wytwórni Uzbrojenia w Warszawie uniósł się honorem i zaproponował, że przygotuje nasz polski pistolet. Nie dość, że będzie  tańszy i lepszy niż konkurencyjna broń, to jeszcze zostanie dostarczony szybciej.

Legenda głosi, że rysunek koncepcyjny powstał w dwa dni. Prawda jest inna, ale nie mniej imponująca. Wilniewczycowi, który był absolwentem najlepszych szkół technicznych, w tym uniwersytetu Matematyczno -Przyrodniczego w Petersburgu i tamtejszej Michajłowskiej Akademii Artyleryjskiej, praca nad projektem zajęła kilka tygodni. Swój koncept oparł na znanych i sprawdzonych rozwiązaniach wykorzystanych przede wszystkim w pistolecie Colt M1911 roku i to na bazie tego szkieletu powstał VIS. Drugą inspirację stanowił belgijski Browning HP, a zwłaszcza mechanizm odryglowywania, autorskim rozwiązaniem polskiego inżyniera było wprowadzenie zwalniacza kurka na zamku.

Gdy, jak wspominał sam Wilniewczyc, po kilku dniach rysunki nowego pistoletu zaczęły nabierać właściwych kształtów, przypadkiem zauważył je odwiedzający pracownię dyrektor warszawskiej fabryki broni, Jan Skrzypiński:

“Zainteresowały go moje rysunki na desce kreślarskiej, nawiązała się dyskusja, w wyniku której podpisaliśmy cichą umowę wspólnego opracowania pistoletu oraz podzielenia się po połowie honorariami za pracę. Umowa ta, chociaż nigdzie niezapisana, okazała się być bardzo szczęśliwą. Ja dobrze wiedziałem, co robić, a inżynier Skrzypiński wiedział, jak to zrobić”.

Trzecią ważną osobą zaangażowaną w prace nad prototypem był inżynier Feliks Modzelewski, który broń skonstruował, jednak o nim pamiętają nieliczni. Wilniewicza i Skrzypińskiego utrwalono pierwotnie też w nazwie samej broni, która w wersji testowej nosiła miano WiS. Dopiero po uzyskaniu patentu i podpisaniu formalności związanych z wprowadzeniem broni na wyposażenie Wojska Polskiego, Departament Uzbrojenia zmienił ją na “VIS”, co po łacinie oznacza „siłę”.

Jeden z najlepszych

W roku 1938 VIS-y były już w użyciu w większości rodzajów sił zbrojnych – w tym także w lotnictwie i kawalerii. Już wtedy polskie pistolety budziły podziw i wywoływały dreszczyk emocji, wręcz mitologizując go. Wspomina o tym w rozmowie z nami Karol Kolouszek, szef sekcji bronioznawczej Koła Naukowego Historyków Wojskowości Uniwersytetu Wrocławskiego.

Legenda wynika przede wszystkim stąd, że przeciętny strzelec nie miał w praktyce do czynienia z pistoletem w ogóle, a jeśli już miał, to był to wynalazek w kalibrze 7,65 mm. Nieliczni szczęściarze mogli obcować z “Parabelką”. Jeśli więc ktoś dostał do ręki visa, to był po prostu w szoku – mówi Kolouszek. Zwraca też uwagę na to, iż inne popularne wówczas pistolety miały swoje wady.

Mauser C96 był wielką kobyłą nie dającą się praktycznie nosić w ukryciu. Nie oferował nic ponad celność i opcję dołączenia kolbo-kabury czyniącej z niego karabinek – punktuje historyk. Podobnie jak inni eksperci zauważa też, że konstrukcja Mausera była dość skomplikowana, a to generowało koszty.

VIS – rysunek patentowy (Piotr Wilniewczyc i Jan Skrzypiński)

Innym popularnym w ówczesnej Europie pistoletem była wspomniana już “Parabelka”, czyli P08. Karol Kolouszek przyznaje, że poza ładnym wyglądem niewiele oferowała swoim użytkownikom. Często okazywało się, że nie każda amunicja kalibru 9mm pasuje. Broń zacinała się zwłaszcza, gdy z powodu wojennego kryzysu do użycia weszła amunicja w stalowych łuskach. Konstrukcja była dość skomplikowana, szkielet był zaś zbyt ażurowy.

Dalej mamy Walthera P38, on generalnie jest niezły, ale tak, konstrukcyjnie ma podobne wady co “Parabelka”: szkielet, a dokładnie sam chwyt jest dość odchudzony, tylna ścianka chwytu to jest właściwie plastik z okładek, w środku którego jest rynienka ze stali, jak w Makarowie. Niby broń jest lekka, ale strzelec traci do niej zaufanie. Dodatkowo w trakcie wojny jakość P38 drastycznie spadała,znane są przypadki pękniętych zamków – opowiada historyk. Innym pistoletem, który był w częstym użyciu w przededniu wybuchu II Wojny Światowej była CZ38. Broń o przekombinowanej konstrukcji z ryglowaniem przez obrót lufy. – Nikt normalny tego nie robi, chociaż podobno poprawia to celność. Najgorszy jednak jest sposób rozkładania: gubisz jedną płytkę i po zawodach – kwituje Kolouszek.

Były też lepsze pistolety, o ile jednak my dziś wiemy o nich, to przeciętny oficer Wojska Polskiego we Wrześniu, czy później w konspiracji tej świadomości nie miał. Dla niego taki VIS był po prostu cudowną bronią.  Lekki, bo wraz z magazynkiem na osiem naboi 9mm parabellum, ważył niewiele ponad kilogram, intuicyjny w obsłudze, łatwy do czyszczenia i budzący zaufanie.

Nasz VIS, od wszystkiego co mieli Niemcy w tym czasie i w tym kalibrze, był lepszy. Po pierwsze był mniej wymagający w produkcji, miał mniej części i był solidniej wykonany. Co do konstrukcji radzieckiej, to TT ma tą wadę, że jest mało ergonomiczny i strzela dość potężnym nabojem. To jest dobra konstrukcja, z tym, że vis strzela lepiej dobranym nabojem i jest bezpieczniejszy.

Każdy chce mieć VIS-a na Tygrysa

Choć już testy poligonowe potwierdziły wysoką jakość polskiego pistoletu, prawdziwym sprawdzianem był okres działalności AK i walki powstańcze. Co innego kontrolowane próby polegające na moczeniu, zapiaszczaniu, a nawet przypadkowym cementowaniu i strzelaniu, a co innego, gdy faktycznie z visem trzeba się przedzierać przez błoto i kanały.

Z tego sprawdzianu konstrukcja Wilniewicza i Skrzypińskiego wyszła obronną ręką. Potwierdzeniem słów mojego rozmówcy, Karola Kolouszka, przyznającego, że Niemcy nie mieli w tym czasie nic lepszego w kalibrze 9mm, niech będzie fakt, że po zajęciu ziem polskich okupanci postanowili przejąć produkcję i wypuszczać nasze VIS-y z dodatkowym oznaczeniem P.35(p).

VIS – rysunek patentowy (Piotr Wilniewczyc i Jan Skrzypiński)

Jak zauważają eksperci, początkowo niemieckie VIS-y nie różniły się od polskich, dopiero z czasem zaczęto ciąć koszty i wprowadzać uproszczenia. Gdy zaś okazało się, że Polacy wynosili z fabryki w Radomiu części i potajemnie składali własne pistolety, część produkcji przeniesiono poza granice naszego kraju. Nie przeszkadzało to naszym najlepszym konspiracyjnym rusznikarzom w dalszym działaniu. Niektóre egzemplarze wykorzystywane w walkach powstańczych były istnymi składakami posiadającymi zarówno elementy z normalnych fabryk na terenie Polski, Czechosłowacji i Austrii, jak i te wytaczane chałupniczo w piwnicach.

O ile faktem jest, że pistolet VIS miał bardzo dobre osiągi i celność, o tyle trudno byłoby pociskami wystrzelonymi z niego przebić pancerz czołgu. Potwierdza to Dariusz Hoffman, właściciel strzelnicy ProGunTac, były wojskowy obecnie zaś kolekcjoner broni i szczęśliwy posiadacz VIS-a.
Zawsze można zrobić jakieś szkody, jednak nie sądzę żeby to była jakaś krytyczna awaria typu przebity blok, czy uszkodzenie uniemożliwiające dalszą jazdę – stwierdza Hoffman i dodaje, że nie wynika to ze słabości VIS-ów, ale z możliwości broni krótkiej i zastosowanej amunicji. – Niezależnie od broni, pociski kalibru 9mm nie są w stanie wyrządzić natychmiastowych szkód, zwłaszcza w pojazdach opancerzonych.

Stąd jeden z najsłynniejszych wersów piosenki “Pałacyk Michla”, ten o visach na Tygrysy, świadczy bardziej o tragizmie sytuacji, niż o niesamowitych możliwościach pistoletu.

Na pniu i za tysiące

VIS po wojnie przeżył głównie jako bohater piosenek i wspomnień. Fabryka Broni Łucznik Radom wznawiała produkcję jedynie kilkukrotnie, wyłącznie na specjalne okazje. w 1992 roku po ponad pół wieku przerwy dwa VIS-y zaprezentowano na targach w Sopocie, a w roku 2016 z okazji 90-lecia samego Łucznika i 80-lecia rozpoczęcia produkcji seryjnej samego VIS-a, wyprodukowano 50 sztuk. Dwadzieścia egzemplarzy wystawiono na zamkniętą aukcję, a cena wywoławcza wynosiła 8 000 zł.

Jak się okazało, to była próba generalna. Rzeczniczka radomskiego Łucznika, Julia Grzesiak ogłosiła kilka dni temu, iż Fabryka Broni wraca do stałej produkcji. Ma to być odpowiedź na duże zainteresowanie ze strony kolekcjonerów i miłośników militariów. “Broń o tak historycznym znaczeniu powinna powrócić do oferty sprzedaży zakładu” – przyznała rzeczniczka. Czy podobnie jak w poprzednich przypadkach Łucznik produkcję oprze na oryginalnych planach Wilniewczyca i Skrzypińskiego? Nie byłoby w tym niczego dziwnego. Przecież zarówno Browningi jak i Colty, które tak zainspirowały Polaków, są nadal w produkcji.

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek

Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.


AUTOR

Polecamy

Komentarze