Niewolnicy kredytów. Polacy żyją w pętli zadłużenia

Wierzyciel nie zawsze ma rację
17 minut czytania
2184
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
4 listopada 2017

Egzekucja komornicza i blokada kont bankowych to realia wielu zadłużonych, których liczba rośnie lawinowo. Czemu Polacy ciągle się zadłużają?

Znam ludzi, którzy mają 15 chwilówek i nawet już nie pamiętają, kogo i w jakim terminie powinni spłacić – mówi Roman Pomianowski, prezes Stowarzyszenia „Program Wsparcia Zadłużonych”. Spłacanie jednej pożyczki kolejną to najgorszy z możliwych scenariuszy, który prowadzi do spirali zadłużenia. Nie da się jej przerwać, uciekając przed wierzycielami.  Ten problem trzeba rozwiązać w inny sposób.

W istniejącym obecnie stanie prawnym można wziąć kilkanaście chwilówek z różnych firm, które nie mają obowiązku sprawdzania wiarygodności dłużnika. W tej sytuacji każdy może ubiegać się o pożyczkę i  99 proc. zainteresowanych ją otrzyma, nawet przez internet.

Siła negocjacji

Oczywiście tzw. chwilówkowicze to niejedyna kategoria polskiego dłużnika. Są też dłużnicy socjalni, czynszowi, kredytowi, frankowicze oraz alimenciarze – w sumie 2,3 mln ludzi. Łączy ich nie tylko nieuregulowane zobowiązanie finansowe, ale też niejednokrotnie tendencja do karkołomnej ucieczki przed wierzycielami. To podstawowy błąd, bo w wielu sytuacjach istnieje możliwość negocjacji. Najlepszym sposobem na uniknięcie popadania w coraz większe kłopoty jest podjęcie dialogu, pójście na ugodę z wierzycielem lub ogłoszenie upadłości konsumenckiej, dzięki której udaje się ustalić dogodne dla obu stron warunki spłaty zadłużenia.

Zazwyczaj postępowanie sądowe i egzekucja komornicza nie leżą w interesie żadnej ze stron. Dla dłużnika oznacza to wysokie koszty, czasem nawet przewyższające kwotę zobowiązania, natomiast windykujący woli otrzymać gotówkę szybko, a postępowanie sądowe potrafi się przeciągać.

Pożyczka nigdy nie jest dobrym sposobem na spłatę poprzedniego zadłużenia

Jeśli jednak komornik wkroczy do akcji, może zająć dłużnikowi środki pochodzące zarówno z tytułu wynagrodzenia, jak i renty albo emerytury, ale nie wszystkie. Zgodnie z przepisami Kodeksu postępowania cywilnego, pracującym na pełen etat komornik może zająć do 50 proc., a w przypadku zaległości alimentacyjnych – do 60 proc. Gdy jest się zatrudnionym na umowę-zlecenie lub umowę o dzieło, należy liczyć się z tym, że komornik może zająć całość wynagrodzenia. Wyjątkiem są sytuacje, gdy pieniądze z tego tytułu to jedyne źródło dochodu dłużnika.

Windykatorowi nie wszystko wolno

Mit złego windykatora, cwaniaka bez sumienia wyciskającego z człowieka ostatni grosz, pokutuje. Panuje powszechne przeświadczenie, że windykatorzy to oszuści i złodzieje, którzy zajeżdżają pod dom dłużnika czarnym mercedesem z ciemnymi szybami i bez skrupułów rozpoczynają egzekucję długu. Tymczasem to nie mafiosi. Działają tylko w ściśle wyznaczonych granicach. Podczas gdy komornik może wejść do naszego domu nawet z użyciem przemocy, windykator nie ma do tego prawa, chyba że wyrazimy zgodę. Nie może też spisywać stanu naszego majątku ani sugerować, że wystawi coś na licytację. Nie może również rozmawiać o naszych problemach finansowych z osobami trzecimi, np. sąsiadami czy przełożonymi w miejscu pracy. Jeżeli przedstawiciel firmy windykacyjnej telefonuje do dłużnika w nocy, wcześnie rano lub kilka razy dziennie, jego zachowanie można uznać za stalking. Windykatorzy do niczego nie mogą nas zmusić. Ich celem jest doprowadzenie do ugody i ustalenie nowych warunków spłaty długu. Jeśli decydują się na agresywne formy działania, można to zgłaszać do rzecznika finansowego czy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W przypadku gdy dłużnicy chcą płacić, a nie mają w danej chwili środków, należy znaleźć sposób na zawarcie z windykatorami ugody, która pozwoli spłacić zobowiązanie w małych ratach, na miarę ich możliwości. To strategia prougodowa, która jest dzisiaj standardem.

Nie daj się podejść: nie przerywaj przedawnienia

Jednak zdaniem Arkadiusza Szcześniaka, prezesa Stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu”, pójście na ugodę nie zawsze jest dobrym wyjściem z sytuacji. – Większość długów, których dochodzą firmy windykacyjne, jest przedawniona. W chwili gdy podpisujemy z nimi ugodę, bieg przedawnienia się przerywa – tłumaczy. – Często oferują rozłożenie długu na kilka rat, bo jeśli zapłacimy pierwszą, to automatycznie bieg przedawnienia jest wstrzymany i firma ma trzy lata na ściąganie tej należności. Większość spraw, którymi się zajmujemy, jest przedawniona albo ścigana nienależnie, bo umowa była np. zawarta na siostrę, która zmarła. Zawieranie ugody z firmą windykacyjną jest sensowne tylko wtedy, kiedy mamy pewność, że od zaciągnięcia długu nie minęło więcej niż trzy lata.

Szcześniak odradza prowadzenie rozmów telefonicznych z firmami windykacyjnymi, ponieważ nagrywają one rozmowy, licząc na to, że ktoś uzna dług i zgodzi się na spłatę. – Najlepiej złożyć oświadczenie, że nie życzymy sobie kontaktów telefonicznych, tylko w formie papierowej – mówi.

Warto wiedzieć, że windykatorzy zazwyczaj dysponują skąpymi informacjami o dłużniku, ograniczającymi się tylko do wysokości długu. Nie mają dostępu do umowy, którą zawarliśmy z bankiem. Często też kupują dług od wierzyciela. – Zawsze doradzam dłużnikom, którzy wpadli w pętlę zadłużenia, żeby nie godzili się na spłatę 100 proc., tylko negocjowali na przykład 30 proc. spłaty długu, bo firma windykacyjna i tak na tym zarobi – podkreśla.

Cała odpowiedzialność ciąży na dłużniku

W Polsce mamy taką sytuację, że praktycznie cała odpowiedzialność ciąży na dłużniku. Firmy parabankowe, które pożyczają ludziom bez zdolności kredytowej, bardzo ryzykują, że te pieniądze do nich nie wrócą, a jednak nie bankrutują, przeciwnie: rośnie ich liczba. Nie obowiązuje ich prawo bankowe i nie mają obowiązku weryfikowania wiarygodności dłużnika. Łatwość sięgnięcia po chwilówkę powoduje, że osoby, które nie mają innego wyjścia, bo np. muszą kupić leki lub opłacić wizytę lekarską, popadają w pętlę zadłużenia.

Jeden kredyt pokrywa się drugim. Znam ludzi, którzy mieli 15 chwilówek i nawet już nie pamiętali, kogo i w jakim terminie powinni spłacić – mówi Roman Pomianowski, prezes Stowarzyszenia „Program Wsparcia Zadłużonych”. – Takie osoby wpadają w stan całkowitej bezradności, nie wiedzą, co zrobić, a odsetki rosną. Zarobić się nie da, nie ma już nic do sprzedania i wtedy delikwent staje pod ścianą – opowiada. Dostaje kolejne wezwania straszące astronomicznymi kwotami i liczy na to, że wierzyciel zrezygnuje. Ten jednak, gdy wyczerpie wszystkie możliwości, sprzedaje dług i sprawa się ciągnie.

Upadłość konsumencka to najlepsze wyjście z sytuacji

Od tego roku obowiązują nowe przepisy. Jeśli wierzyciel występuje na drogę sądową wobec dłużnika, musi zaznaczyć w pozwie, że proponował ugodę. W praktyce różnie to wygląda. Banki proponują zazwyczaj niewielką ulgę z ukrytą opłatą, która jest rozłożona na kolejne lata: np. za kilkumiesięczną karencję w spłacie kredytu podnosi się saldo kredytu o 50–60 tys. złotych.

Bank będzie chciał się porozumieć z klientem w dwóch przypadkach: po pierwsze, jeżeli klient wygrał sprawę w pierwszej instancji; po drugie, jeżeli np. przygotuje wniosek o upadłość konsumencką i zorientuje się, że nic nie zyska – mówi Arkadiusz Szcześniak.

Pamiętaj – bank nie zawsze musi mieć rację

Upadłość konsumencka jest najlepszym wyjściem, kiedy ktoś rzeczywiście jest w tragicznej sytuacji, np. ma kredyt na mieszkanie i traci pracę.

Jeżeli dług nie ma charakteru alimentacyjnego i nie powstał w wyniku rażącego niedbalstwa dłużnika, to każdy śmiertelnik za jedyne 30 zł może raz na 10 lat skorzystać z dobrodziejstwa upadłości konsumenckiej – mówi Roman Pomianowski. – Znam ludzi, którzy dzięki takiemu rozwiązaniu wychodzili z długów rzędu kilkuset tysięcy złotych. Kiedyś były bardzo wysokie koszty postępowania i mogły się na to zdecydować tylko osoby zamożne, ale to się zmieniło – dodaje.

Trzeba dać drugą szansę

Przy tej procedurze zgłasza się do sądu wniosek, a ten po szczegółowym zbadaniu sprawy może ogłosić naszą upadłość. Wyznacza syndyka masy upadłościowej, który sprawdza wysokość długu i aktualizuje stan oczekiwanych roszczeń, a jednocześnie bada sytuację życiową dłużnika. Na tej podstawie zostaje opracowany plan naprawczy – plan spłaty, i część zadłużenia spłacana jest w ciągu dwóch–trzech lat. Reszta długu zostaje umorzona.

Przykład? Jeśli ktoś nie ma majątku, jest emerytem i dostaje 1200 zł miesięcznie, a dług opiewa na kwotę 100 tys. zł, syndyk może np. ustalić, że dłużnik na życie potrzebuje tysiąc złotych miesięcznie, a więc jest w stanie co miesiąc, przez trzy lata, spłacić swe zobowiązania w ratach po 200 zł. Reszta długu ulega umorzeniu, a zainteresowany jest wykreślony ze wszystkich rejestrów dłużników i ma czyste konto. Ustawa zakłada, że ludziom zdarzają się błędy i trzeba im dać drugą szansę, żeby mogli wyjść na prostą. Dla niektórych to jedyne wyjście, żeby wyrwać się z pętli zadłużenia.

Banki też łamią prawo

Panuje powszechne przeświadczenie, że dłużnik w starciu z bankiem jest na straconej pozycji. Bank negocjuje z pozycji siły, więc ludzie są przerażeni, tymczasem z tą instytucją można wygrać. Dotyczy to szczególnie frankowiczów, których raty urosły do kosmicznych kwot i teraz są niewypłacalni.

NIK stwierdził, że 95 proc. umów bankowych zawiera klauzule niedozwolone, czyli prowadzone tak, żeby od klienta wyciągnąć niezgodne z prawem opłaty. Na przykład Getin Noble Bank pobierał 600 zł za wystawienie historii rachunku, tymczasem zgodnie z przepisami wszelkie opłaty nie mogą przekroczyć kosztów papieru, wydruku i znaczków, a maksymalny koszt nie powinien być wyższy niż 30 zł.

Większość umów kredytowych jest niezgodna z prawem, więc nawet w sytuacji kiedy komornik zajął już nieruchomość, sprawa jest do wygrania. Im wcześniej ktoś zgłosi problem, tym lepiej. Jeżeli bank wypowie umowę, a my się z tym nie zgadzamy, to mamy 14 dni, żeby dać odpowiedź. Większość osób przegrywa tylko dlatego, że w ogóle nie reaguje w takich sytuacjach – mówi Arkadiusz Szcześniak.

W październiku sąd uznał umowę kredytu walutowego za nieważną w całości. Getin Noble Bank ma zwrócić klientom ponad 2,1 mln zł. To prawdopodobnie rekord w takich sporach. Według sądu sposób, w jaki bank informował o korzyściach i ryzyku umowy kredytowej, był tak rażąco nierzetelny, że została ona oceniona jako sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, a tym samym nieważna.

Państwo i banki: niebezpieczne związki?

W przypadku kredytów walutowych banki samodzielnie ustalały sobie kursy walut – tłumaczy Szcześniak. – A to oznacza, że taka umowa jest niezgodna z prawem, gdyż kwota raty nie może być uzależniona od kursu ustalanego przez bank, to musi być niezależny wskaźnik. W  latach 2005–2008 specjalnie podniesiono oprocentowanie kredytów złotówkowych,  żeby te walutowe wypadały lepiej w symulacjach. Mimo że ktoś zarabiał niewiele, miał zdolność kredytową. 150 tys. kredytu przy 1500 zł miesięcznego dochodu? Oczywiście to było możliwe. Otrzymanie kredytu w złotówkach byłoby nie do pomyślenia, ale z kredytem we frankach nie było problemu – przypomina.

Wówczas branie kredytów w rodzimej walucie uchodziło za dziwne, frajerskie. Teraz wielu spośród frankowiczów nie ma żadnego majątku, tylko dług wobec banku. Spłacają go kosztem wysiłku finansowego całej rodziny, często emigrują. 37-letni Mirek  wziął kredyt we frankach na mieszkanie w Warszawie. Rata urosła do astronomicznych rozmiarów. Ma odłożone pieniądze, chciałby spłacić zadłużenie wcześniej, ale nie może, bo jego koszt przewyższa koszt mieszkania. – Stałem się niewolnikiem własnego kredytu – mówi.

Bardzo prosto stać się niewolnikiem własnego kredytu

Kto zawinił? Banki, które nie informowały o ryzyku wzrostu ceny franka, czy może klienci, którzy zdecydowali się zaryzykować? Nie można też zapominać o ludziach, którzy wzięli droższe kredyty w złotówkach, a dziś pytają, czy to sprawiedliwe, że ewentualna pomoc ma być udzielana lekkomyślnym frankowiczom, którzy na dodatek przez kilka lat korzystali na tym, że wzięli kredyt w obcej walucie.

Arkadiusz Szcześniak nie ma wątpliwości, że państwo w tej sytuacji powinno zareagować. Zaczęło się to w Australii w latach 70. XX w., potem były Włochy i Hiszpania. Większość krajów już sobie z tym poradziła, w niektórych zastosowano rozwiązania systemowe. Na razie nie udało się to tylko w Polsce i na Ukrainie. – Może dlatego że w naszym kraju rząd ma zbyt silne powiązania z sektorem bankowym: wicepremierem jest były prezes banku – zastanawia się prezes Stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu”.

Zadłużanie się to nowy nałóg

Od brania kredytów można się uzależnić. Gdy wierzyciele dobijają się do drzwi i zamęczają telefonami, potwornie zestresowany dłużnik marzy tylko o jednym – by choć na chwilę uwolnić się od tych realiów. Co więc robi? Bierze kolejny kredyt, by spłacić nim poprzednie.  Ale to nie jest sposób na rozwiązanie problemu. To tylko krótko działająca tabletka przeciwbólowa.

Pierwszy krok do realnego, trwałego sukcesu to chyba odzyskanie zaufania wierzyciela.

Trzeba się uwiarygodnić, zrobić dokładny bilans budżetu domowego –  tłumaczy Roman Pomianowski. – Ostatnio zastosowaliśmy taką metodę w przypadku naszej podopiecznej, której zależało na wynegocjowaniu mniejszej raty. Dłużniczka próbowała przekonać wierzyciela, że nie jest w stanie płacić co miesiąc 500 zł, i zaproponowała mu 300 zł. Ale druga strona się nie zgadzała. Poradziłem tej kobiecie, żeby zrobiła szczegółowe zestawienie budżetu i przedstawiła wierzycielowi, udowadniając, że mówi prawdę. Kiedy ten zobaczył, że ona rzetelnie podchodzi do sprawy, zgodził się na te 300 zł – mówi.

Jak przekonuje nasz rozmówca, kontrolę nad swoimi finansami w dużym stopniu można odzyskać dzięki prostym zabiegom, takim jak: zbieranie paragonów, analiza zachcianek, planowanie wydatków i chodzenie do sklepów z listą zakupów. O tych radach trzeba pamiętać, bo przed nami święta Bożego Narodzenia, czas żniw dla kredytodawców. Warto więc uświadomić sobie, że kredyt otrzymujemy w ramach jednego przelewu, w ciągu kilku minut, a spłacenie go może nam zająć resztę naszego życia.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska

Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.


Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.


Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.


AUTOR

Polecamy

Komentarze