Opowiadania o zwierzętach [MIKROFIKCJE]

Co zrobisz, gdy zamieszka z tobą krowa Marcjanna?
10 minut czytania
625
1
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
30 listopada 2017
rys. Malwina Bienias

Łososie lubią blichtr, zaś dorady lepsze są w finansach. Za to z pająkiem można śmiało założyć start-up. I tylko krowy nie zmieniają poglądów, czego nie można powiedzieć o bohaterach krótkich, podszytych nonsensem i pełnych humoru fikcji autorstwa Ani Ciężkowskiej.

Albin usmażył sobie stek. Dwie i pół minuty na każdym boczku, na zewnątrz wysmażony, w środku lekko krwisty. Wielki, pachnący mięsem, czosnkiem, masłem i dumą. Duma wypełniła albinowy talerz i serce. Czuł się architektem kulinarnego splendoru do momentu, aż wziął sztućce w dłonie. Jego entuzjazm znacznie przygasł, gdy okazało się, że stek jest żylasty i nie daje się kroić bez walki. Zawzięcie tarł nożem ochłap mięcha, aż wreszcie z odkrojonego cudem kawałka, wyskoczyła, jak dżin z lampy, krowa. Nie byle jaka, bo rasy polskiej holsztyńsko-fryzyjskiej…

rys. Malwina Bienias

MARCJANNA

Reprezentowała nowoczesny typ użytkowości mlecznej, gdyż jej średnia wydajność kształtowała się na poziomie 7000 kilogramów mleka o zawartości 4-4,3 proc. tłuszczu i 3,2—3,4 proc. białka. Klasa sama w sobie.

– ŻA-ŁOS-NE. To jest ligawa, z tego nie robi się steków. Jesteś tępy jak odwrotna strona noża – skomentowała.

Nóż się trochę obruszył i nawet planował zaprotestować, ale finalnie odpuścił. Wolał nie zwracać na siebie uwagi, bo jeszcze by trafił do ostrzenia, a różne już słyszał o tym historie.

– To są chyba jakieś jaja! – wykrzyknął Albin.

– Jestem całkiem pewna, że tu nie ma jaj – parsknęła i wymownie spojrzała na jego krocze.

– Kto Cię przysłał? Wegemasoneria? Ten oszołom z parteru, który je tylko to, co spadło z drzewa?!

– Sama przyszłam…

– Przecież nie zieloni, płacę co miesiąc na pandy i wilki! – wszedł jej w słowo.

– Słuchaj, chcę ci pokazać, że my krowy też mamy uczucia i cierpimy, gdy jesteśmy zjadane. Mam zamiar tu zostać przez jakiś czas.

– Nie ma mowy. Albo sobie pójdziesz, albo jutro zabieram cię do ubojni. Będę miał zapas mięsa do końca roku.

– Marcjanna.

– Co?!

– Tak mam na imię, Marcjanna.

– Dobra, MARCJANNA. Masz czas do jutra, do siedemnastej, pannico, bo wtedy wracam z pracy. Jeśli nadal tu będziesz, to przerobię cię na kotlety!

Ponieważ nie mieli innych planów, krowa Marcjanna i człowiek Albin obejrzeli razem wieczorne wiadomości, a później płynnie przenieśli atencję na HIT DNIA Polsatu, australijsko-brytyjsko-nowozelandzki thriller o recepcjoniście kliniki leczenia niepłodności, który uwodzi pacjentkę. Dziewczyna zachodzi w ciążę i chce zakończyć romans, ale szalony amant pragnie zatrzymać ją przy sobie za wszelką cenę. Albin zasnął w fotelu przed końcem filmu, a gdy się obudził był przykryty kocem, podczas, gdy krowa spała na kanapie. W telewizji leciał interaktywny program, w którym wróżki na podstawie rozkładu kart tarota lub numerologii udzielają porad widzom dzwoniącym do studia. Powiedzmy, że Albin nie chwycił za słuchawkę. Gdy obudził się rano na blacie w kuchni znalazł budyń z tapioki na mleku owsianym z syropem klonowym, kanapki ze świeżej, chrupiącej bagietki pszennej z tzatzikami, wegańską mozzarellą, suszonymi pomidorami i rukolą oraz kawę z cukrem i mlekiem, jak mniemał, prosto od krowy. Rarytas dla mieszczucha. Wszystko tak, jak lubił. Tymczasem Marcjanna paliła szluga na balkonie, odruchowo żując kwiatki rosnące w doniczkach i kontemplowała powolny zgon lata. Petunie zasadziła jego była, więc kompletnie nie było mu ich szkoda.

O 17.15 ruszyli do ubojni, zgodnie z albinowym ultimatum. Krowa trochę płakała i ze stresu narobiła na ścieżkę rowerową, a Albin rowerzystów nie lubił, więc niemal kwiczał z radości. Po drodze dość niespodziewanie postanowił wstąpić do rybnego i kupić kilogram dorsza.

– Wracamy do domu, mam dziś ochotę na rybę. Pójdziemy jutro, już i tak pewnie zamknięte – skwitował.

Jutro okazało się sobotą, czyli ubojnia była zamknięta, więc weekend spędzili razem. Krowa przejęła kuchnię i rozpieszczała go kulinarnie bez opamiętania. Na śniadanie lutenica, pasztet warzywny i hummus na świeżym pieczywie, na deser kasza gryczana na mleku kokosowym z malinami i mango, w charakterze przekąski sałatka z jarmużu z figami, orzechami nerkowca, oliwą i syropem klonowym, a do tego meksykańska zupa kukurydziana, stek z kalafiora w sosie teriyaki i burgery botwinkowe w towarzystwie pieczonych ziemniaczków z rozmarynem. Same sztosy. Krowa raz tylko cicho zapłakała, gdy w zamrażalniku znalazła polędwiczki wieprzowe i raz się obraziła, bo przyłapała go na jedzeniu kabanosa. W sobotę wieczorem spili się bourbonem i krowa udawała konia, zaś Albin Johna Wayne’a. Galopowali Krakowskim Przedmieściem jak dzikusy, a potem wypili alpagę pod barbakanem i zjedli po falafelu. Albin prawie pobił sprzedawcę kebabu, bo ten rzucił niewybredną uwagę o wymionach Marcjanny i pytał, czy może ją wydoić. W niedzielę wieczorem razem podgryzali peonie na balkonie, by niedługo potem zasnąć na kanapie, walcząc z ostatnimi symptomami kaca.

Po roku wspólnego życia odeszła, zostawiając mu na poduszce kwiat mlecza na pożegnanie. Zrozumiał. Miała swoją krucjatę. Ruszyła do kolejnego Albina, by i jemu odebrać radość z jedzenia mięsa. Wiadomo, tylko krowa nie zmienia poglądów.

***

Delfina P. przerzuca się na kotlety sojowe

“Czy zgadzasz się na kontakt dorady w celu przedstawienia oferty DARMOWEJ pożyczki? Jeśli tak odpisz sms DARMO na nr 885 226 254 lub zadzwoń teraz 814 400 001 darmowepozyczki.pl”.

Delfina P. odczytała wiadomość i głęboko westchnęła. Onomatopeja uderzeń letniego deszczu o parapet nadawała ton całemu popołudniu.

rys. Malwina Bienias

– Zadzwoni do mnie ryba – stwierdziła i pokazała mu ekran telefonu. Przeczytał, po czym spojrzał na nią pytająco, robiąc minę “nie wiem, o co chodzi”.

– Dorada to ryba – wyjaśniła.

– Wybacz kochanie, nie zrozumiałem dowcipu, nie jestem rybakiem, nie wiem za wiele o rybach.

– No może poza flądrami. Tych znasz kilka, to wiem na pewno – rzuciła wstając.

Po drodze do kubka kawy zostawiła buziaka na jego głowie. Uchyliła drzwiczki piekarnika, by sprawdzić, czy pstrąg się ładnie zarumienił. Wysłała SMS-a i oczekiwała na telefon od “darmowych pożyczek”, czymkolwiek były. Jako polonistka nie mogłaby spać spokojnie, gdyby nie przekazała im informacji o literówce. Tak po prawdzie to miałaby pewnie koszmary.

– Delfina P., słucham?

– Dzień dobry, pani Delfino P., z tej strony dorada Martyna. Dziękujemy za wysłanie SMS-a. Jaką kwotą jest pani zainteresowana?

– Zaraz, zaraz, dorada? Czyli Pani naprawdę jest rybą? To ja przepraszam, nie chcę żadnej pożyczki, myślałam po prostu, że w SMS-ie, który otrzymałam był błąd i chciałam powiadomić – wyjaśniła, trochę zakłopotana.

– Rozumiem. To już trzynasty tego typu telefon dzisiaj, więc trochę się spodziewałam. Dziękuję za dobre chęci, a jeśli jednak kiedyś będzie potrzebowała pani gotówki, to proszę się śmiało kontaktować. Do widze….

– Jeszcze chwileczkę! Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale jak to się stało, że ryba pracuje w pożyczkach? – chciała wiedzieć dociekliwa Delfina.

– Wszystko zaczęło się od tego, że żarłacze dogadały się z rybakami. Bydlaki pomagali im dorwać dorsze, makrele, śledzie, tuńczyki, dorady, wszystko jak leci, nawet te najmłodsze. Niektóre cwaniaczki, najbardziej przedsiębiorcze, mają teraz udziały w knajpach sushi i żyją sobie komfortowo, mają lokajów do polerowania płetw grzbietowych, domy z basenem. Część rybacy wystrychnęli na dudka i niejeden brunatny skończył w harpunem w plecach. Zasłużyli, judasze! Reszta uznała, że też musi działać, że coś i nam się od głębin należy. Orki i foki poszły w branżę rozrywkową. Moja rodzina na spółkę z tuńczykami ogarnęła wydobycie ropy naftowej, założyliśmy kilka firm, zainwestowaliśmy w finanse i oto jestem. Wiem, że ośmiornice coś planują z gazem ziemnym, łososie lubią blichtr, więc obracają kamieniami szlachetnymi. Sardynki oszukiwały z podatkami i zapewne skończą w puszce. O! Muszę kończyć, dostałam SMS-a od klienta. Dzięki za rozmowę, nikt wcześniej się nie zainteresował, skąd się tu wzięłam. Miło mi (zamerdała płetwą) W razie potrzeby zadzwoń, dam ci preferencyjne oprocentowanie. Do usłyszenia!

Na obiad zjedli kotlety sojowe, sałatkę z fetą i ziemniaki lekko okraszone masłem. Pstrąg wydał się Delfinie P. nie na miejscu.

***

Bambosz

Ułożyła się wygodnie na kanapie z książką w ręku i butelką wina na komfortowe wyciągnięcie ręki, takie, gdy nie trzeba zmieniać ułożenia ciała nawet o milimetr, by jej dosięgnąć i uzupełnić kieliszek. Myślenie strategiczne miała w genach, po mamie. Co jakiś czas odrywała się od stron powieści i zerkała na niego zaintrygowana. Wreszcie przy trzecim kieliszku białego półsłodkiego spojrzała na pająka uważniej. Koczował w jej mieszkaniu, skitrany za szafką, już od dobrych kilku miesięcy. Późnym popołudniem opuszczał swój mroczny zakamarek i wdrapywał się na pajęczynę, by rozpocząć łowy, ale jak to zimą – much jak na lekarstwo, więc już od dawna nic nie jadł.

rys. Malwina Bienias

– Co pająki robią zimą? Czy w ogóle wiedzą, że jest zima? – Zastanowiła się na głos.

– Oczywiście, że wiedzą. Siedzenie na tej zimnicy i taplanie się w śniegu, przednia zabawa, doprawdy! Przecież dlatego wdrapałem się na siedemnaste piętro, żeby mi tyłek nie odmarzł.

Tola zerwała się na równe nogi, po czym chwyciła kapeć i ustawiła się w pozycji bojowej, robiąc wykrok do przodu.

– O cholera, czy ja to powiedziałem, zamiast tylko pomyśleć? Wybacz skarbie, to z głodu, robię się nieuważny. Nie chciałem cię wystraszyć.

– Nie wypiłam aż tak dużo — rzuciła oszołomiona.

– Słuchaj, odłóż ten kapeć. Ja wiem, że to dla ciebie niecodzienna sytuacja, ale ja jestem bardzo pokojowo nastawiony, agresja zero na dziesięć. No, chyba że jesteś muchą, ale myślę, że możemy wysunąć śmiałą tezę, że nie jesteś, a mnie bycie na celowniku bambosza stresuje. To jak, dogadamy się?

– Nie wiedziałam, że pająki potrafią mówić – zadeklarowała, ostrożnie siadając na kanapie.

Słowo od słowa i okazało się, że oboje uwielbiają ekranizacje powieści Jane Austen, nie wymawiali litery “R”, gdy byli mali, mają uczulenie na bekon, nie podoba im się brzmienie słowa “baton”, a do tego czują silną awersję do biedronek. Stanęło na tym, że nikt nikogo zabijać nie będzie i z tej okazji nalała mu wina do nakrętki po butelce z wodą. Pająk Mordechaj pomimo szczerych chęci nie potrafił niestety wyjaśnić, jak to się stało, że umie mówić, natomiast przyznał się, że jego mama świetnie gwizdała. Przed snem fiukała mu szlagiery Franka Sinatry. Słysząc o spaniu Tola przypomniała sobie, że jakiś czas temu zaczęła czuć się zmęczona. Zdławiła pierwsze ziewnięcie, ale drugiemu oddała się już bez reszty.

– Pora na mnie. Nie wejdziesz mi do ust, gdy będę spała, prawda? – zapytała, mimowolnie zezując lewym okiem w stronę kapcia.

– Czy ciebie zupełnie Bóg opuścił?! Po jakiego grzyba miałbym ci wchodzić do buzi? Przecież to dla mnie pewna śmierć! Lepiej obiecaj, że nigdy nie ukradniesz mi pajęczyny. Wiem, co wy ludzie z nimi robicie!

Tego wieczoru wyjaśnili sobie kilka kluczowych kwestii. On prawie przekonał Tolę, że pająki wcale nie lubią wchodzić śpiącym ludziom do ust lub mieszkać im w uszach. Ona niemal całkowicie wyperswadowała mu legendarne wśród pająków wierzenia, jakoby ludzie zbierali ich sieci do urządzeń zwanych odkurzaczami, by później produkować z nich wypełnienia materaców, poduszek i pluszaków. Usnęła z bamboszem pod poduszką, Mordechaj natomiast drzemał taktycznie z jednym okiem otwartym.

Rano do Toli zadzwonił tata pochwalić się najnowszymi okazami, które dokupił do swojej kolekcji roślin owadożernych.

– Jest rosiczka, muchołówka, kapturnica i dzbanecznik. Piękne! Mówię ci, są kapitalne, musisz je zobaczyć w akcji. Teraz to nie mam jak, bo przecież muchy nie uświadczysz, ale jak zacznie się robić ciepło, to będę im łapał robacznice i komary!

Gdy była mała razem z tatą łapali muchy (bardziej tata, bo ona była zbyt gapowata) albo wyławiali je z beczek z wodą i wrzucali pająkowi, który zadomowił się za szopą na działce, prosto w sieć. Potem obstawiali, jak duży urośnie dzięki ich dokarmianiu. Codziennie, niemal przez całe wakacje, sprawdzali, ile centymetrów mu przybyło. Tata przewidywał wielkość pięści, Tola natomiast mniej skromnie prognozowała rozmiary słonia. Oboje się rozczarowali.

Po skończonej rozmowie zabrała się za przygotowanie śniadania. Sporo myślała, smażąc jajka na szynce parmeńskiej i kiełbasie podwawelskiej. Nałożyła sobie, po czym postawiła przed pająkiem naparstek wypełniony jajecznicą.

– W zamian za uszczelnienie okien pajęczyną i pilnowanie, żeby mi się żyrandol i szafki nie kurzyły, możesz tu mieszkać do woli. Będę się z tobą dzieliła jedzeniem. Umowa stoi?

– Dla mnie bomba! – ucieszył się pająk.

Było im razem bardzo wygodnie i z każdym dniem dogadywali się coraz lepiej. Mordechaj wreszcie poczuł się gdzieś jak u siebie, a Toli przestała doskwierać samotność. Wiosną pająk zdecydował się zostać w domu, pomimo że spokojnie mógł wyruszyć w teren, gdzie much i innych pysznych owadów nie brakowało. Wykonywał drobne prace domowe, trochę majsterkował. Latem rozwiesił pajęczyny we wszystkich oknach, by do mieszkania nie wpadały pyłki. Jego współlokatorka cierpiała katusze z powodu alergii. Na wikcie przyjaciółki nabrał masy i był już wielkości królika miniaturki. Tola skrycie liczyła, że może urośnie na tyle dużo, by być wielkości słonia. Tato byłby pod wrażeniem!

Tymczasem zgodnie z harmonogramem pór roku znowu przyszła zima, a zupełnie wbrew jakimkolwiek oczekiwaniom i planom Tola straciła pracę. Oszczędności miała niewielkie, natomiast czynsz był całkiem spory. Poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia szły jak po grudzie, więc starali się oszczędzać. Dziewczyna rozważała wycieczkę do lasu, by zapełnić spiżarnię darami natury. Przeczytała nawet artykuł o wartościach odżywczych korzeni i bulw oraz o tym, że wewnętrzna warstwa kory świerku, lipy, brzozy czy sosny jest jadalna.

– Najlepiej wybierać miazgę z podnóża drzewa lub z odkrytych korzeni. To łatwe! Korę obiera się nożem, aby odsłonić wewnętrzną warstwę i już. Można zjeść na surowo, ale lepiej się trawi taką ugotowaną na galaretę – przekonywała Mordechaja, który niewzruszenie deklarował post.

Jednego ze smutniejszych wieczorów pili bez opamiętania. Tak, tak, wiedzą, że alkohol to nie jest odpowiedź. Między dziesiątą a jedenastą kolejką tequili Tola, zataczając się w stronę łazienki, rozdarła sobie bluzkę zawadziwszy o klamkę. Dziura była dość pokaźna, podobnie jak łzy, które nabiegły jej do oczu, bo wiadomo – na nową bluzkę budżetu nie ma. Pająk niewiele myśląc wypełnił ubytek w materiale pajęczyną. Trzy lufki później usnęli bezwładni jak worki ziemniaków. Rano patrząc na świat trzeźwym okiem odkryli, że zacerowana bluzka wygląda pierwsza klasa. Okazało się, że każda z ośmiu nóg Mordechaja ma prawdziwe wyczucie stylu i talent krawiecki. Założyli start-up. Tola szykowała projekty i zajęła się marketingiem oraz sprzedażą, a pająk dziergał sweterki, sukienki i bluzki. Z czasem do oferty dołączyły również firanki i baldachimy. Prawdziwą sławę i opasłe przelewy na konto w banku przyniosły im autorskie suknie ślubne.

Dwa lata później firma Toli i Mordechaja zatrudniała 1067 kątników i blisko 2000 krzyżaków z całej Polski. Niepotwierdzone źródła donoszą, że prowadzone są pierwsze rozmowy z inwestorami z Australii.

 

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Komentarze

Zobacz też

„Humanitarne pozyskiwanie mleka to mit”. Kontrowersyjna kampania organizacji prozwierzęcej jest rzetelna i prawdziwa

Skąd tak naprawdę pochodzi mleko, które codziennie spożywamy, między innymi na śniadanie, i z czym to dokładnie wiąże się dla zwierząt? Sprawdź sam...
Asja Michnicka
Asja Michnicka
29 lipca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Popularne