Paulina Przybysz – szczery monolog „dzielnej kobiety”

„Kobiety są wkurzone”
8 minut czytania
539
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
14 listopada 2017

Wyszłam wkurzona na ulicę dopiero w ostatnim czasie, tak jest też z wieloma innymi kobietami – przekonuje Paulina Przybysz, której płyta “Chodź Tu” trafiła na rynek w październiku 2017 roku.

Najnowszy krążek promowany był przez utwór “Dzielne kobiety”, który po Czarnym Proteście wydaje się wyjątkowo aktualny. Według artystki to żaden manifest, choć w komentarzach pod klipem na YouTube można przeczytać takie opinie, jak: “Zakład dla obłąkanych, pięknych inaczej feministek w filmie klasy C – to zjawisko komiczne. Politykujący muzyk to zjawisko w najwyższym stopniu ohydne”.

Paulina Przybysz (fot. mat. promocyjne)

Z Pauliną Przybysz o muzyce i byciu kobietą w Polsce rozmawialiśmy podczas festiwalu Tofifest.

Robert Skowroński: Spotykamy się na festiwalu filmowym Tofifest, gdzie wystąpiłaś w ramach koncertu „Muzyka jest kobietą” wykonując utwory znane z dzieł kinematografii. Czy te kompozycje wymagały od ciebie odmiennego podejścia?

Paulina Przybysz: Na pewno innego niż do autorskich utworów, bo te są obecne w artyście od samego początku. W tym przypadku dostaliśmy z Krzysztofem Zalewskim i Anną Karwan listę numerów, które rozdzieliliśmy między siebie. Naturalnym dla mnie było wybranie M.I.A. i „Paper Planes” ze „Slumdoga. Milionera z ulicy”, ale dostałam też propozycję wykonania wspólnie z Krzysztofem Zalewskim utworu Bjork i Thoma Yorke’a z filmu „Tańcząc w ciemnościach”.

Bjork także jest mi bliską artystką. Przez wiele lat chciałam zobaczyć film Larsa von Triera, ale moja siostra mi odradzała twierdząc, że po seansie na tydzień popadnę w depresję. W końcu go jednak obejrzałam i wydał mi się pozytywny czy też może wyzwalający, aczkolwiek moje pierwsze próby z tym numerem kończyły się tym, że w połowie chciało mi się ryczeć. Nie jest to łatwy utwór i to nie tylko pod względem emocjonalnym, ale i technicznym, ciężko tu nawet wyczuć, gdzie zaczyna się takt. Śpiewam też „Push & Pull” Nikki Costy z „Blow”, który sobie odświeżyłam i przypomniałam nim swoją fascynację z dzieciństwa osobą Johnny’ego Deppa.

Będąc przy młodzieńczych fascynacjach. Pewnie każda dziewczynka kochająca śpiewać marzyła o tym, aby mieć piosenkę w filmie Disneya. Ty możesz się tym pochwalić.

Moje dzieci mają pięć i dziewięć lat. Oznacza to, że już od pewnego czasu jestem czynnym odbiorcą różnego rodzaju bajek. Dokonania Disneya czy Pixara mam w małym palcu. Oglądając to wszystko, słuchając polskiego dubbingu i piosenek z tych filmów, narodziła się we mnie chęć zaśpiewania jednej z nich. To uczucie obudziło się we mnie po obejrzeniu „Księżniczki i Żaby”, gdyż akcja jest tam osadzona w Nowym Orleanie, a to już korzenie muzyki w moim klimacie. Gdy zostałam poproszona o zaśpiewanie do „Zwierzogrodu”, to oczywiście byłam zachwycona, choć gatunkowo numer jest bardzo daleki od moich fascynacji muzycznych, oryginalnie wykonywała go Shakira.

Niezwykła jest siła tych piosenek. Kiedyś podeszło do mnie dziecko i spytało czy to ja śpiewam piosenkę ze „Zwierzogrodu”. Nie wiem skąd ono to wiedziało i skąd mnie kojarzyło, ale pokazuje to, że utwory z bajek mają silną moc oddziaływania. Do tego numer we współpracy z Fundacją Kultury Bez Barier, powstał też klip, w którym występują dzieci głuchonieme. Nauczyły mnie migać fragment tekstu co z wielkim staraniem robię w obrazku. Piękne i wzruszające doświadczenie.

Pomysł na promujący twoją płytę utwór „Dzielne Kobiety” powstał kilka lat temu, jednak w momencie, w którym się ukazał jest niesamowicie aktualny.

Ludzie lubią mówić, że numer jest manifestem feministycznym. Dla mnie to trochę wymuszone stwierdzenie. W świecie, w którym istnieją płcie i z założenia szanujemy się jako ludzie, termin feminizmu nie powinien istnieć, ale oczywiście mamy lekki bałagan w postrzeganiu rzeczywistości. Ludzie lubią czuć się lepszymi, więcej wartymi od innych i dzielić świat na płcie, rasy, wyznania, orientacje i przypisywać sobie różne prawa, wynagrodzenia i traktowanie. To jest temat na długie godziny, a może lata rozmów. „Dzielne kobiety” to nic więcej, jak szczery monolog. Niektórych oburza refren, w którym śpiewam “chcemy do łóżka”, ale w polskim czy światowym rapie te wszystkie „suki” czy „bitches”, przedmiotowe traktowanie kobiet oraz erotyzm w tekstach nie robią już nikomu różnicy. Tańczymy do piosenek Kendricka czy innych raperów, u których „pussy” jest co piątym słowem i to jest ok, a kiedy dziewczyny zupełnie bez wulgaryzmów stwierdzają „chcemy do łóżka”, robi się z tego jakaś podejrzana afera. To w sumie zabawne.

Miałaś obawy, że przez okres, w którym utwór ujrzał światło dzienne, możesz zdenerwować pewne środowiska?

Nie, ale miałam świadomość, że numer jest mocny, trochę „love it or hate it”. Gdy zagłębiłam się w komentarze na YouTube’ie, to dowiedziałam się, że dla niektórych ten utwór jest prawdziwym zastrzykiem mocy. Dziewczyny pisały, że to numer o nich. Z drugiej strony były też głosy w stylu słynnej wypowiedzi Romana Sklepowicza typu – “kto to rucha?”. Odwaga i szczerość często spotykają się z falą hejtu, tak też było w przypadku mojej siostry [Natalii Przybysz, która publicznie przyznała się do aborcji – przyp. red.]. Jednak żadnej z nas nikt nic złego na ulicy nie powiedział, jad sączy się z internetu. W rzeczywistym świecie ludzie przybijają nam piątki i dziękują za to, że ktoś zabrał głos w tej sprawie. Zresztą mamy już wystarczająco twarde tyłki po wszystkim co się wydarzyło, a numer ma wiele wymiarów i kontekstów co jest bardzo ciekawe.

Czyli czytasz komentarze w sieci? Wielu artystów tego unika.

To jest ciekawe, naprawdę. Od 18. roku życia jestem poniekąd osobą publiczną, więc przyzwyczaiłam się do mierzenia się z opinią innych. Gdy ja i Natalia byłyśmy jednocześnie w ciąży, to czytałyśmy, że są to dzieci Tedego, z którym w tamtym momencie nie widziałyśmy się już od jakiś 10 lat. Komentarze w sieci są bardzo śmieszne, nawet je lubię, bo można poczuć jak duży poziom abstrakcji jest w ludzkiej gadaninie i jak bardzo trzeba mieć do tego dystans.

Mówiliśmy o Bjork w kontekście „Tańcząc w ciemnościach”. Artystka wyznała, że była molestowana przez reżysera filmu. Po aferze z Harveyem Weinsteinem wrze całe Hollywood. Dlaczego trzeba było światowego skandalu, aby temat molestowania trafił na pierwsze strony gazet?

Dla całej psychologiczno-duchowej kondycji świata im więcej szczerości i prawdy, tym lepiej. Nawet jeżeli to bardzo szorstka prawda rujnująca wizerunki. Skłania to jednak do dyskusji i refleksji. Cieszę się, że problem jest tak szeroko komentowany, chociaż oczywiście jest to smutne, że w ogóle ma on rację bytu. Od wieków jesteśmy w dużej mierze kształtowani przez chrześcijaństwo i jedno wielkie „moja wina”. Przez lata dochodziło też do „udomowienia” kobiety. Być może stąd wynikało milczenie?

Jak wygląda według ciebie sytuacja kobiet w Polsce?

Polki dopiero od Czarnego Protestu zaczynają w ogóle stawiać odważne kroki albo może takie, które są szerzej widoczne. Okazało się, że jesteśmy razem i możemy wypowiadać swoje przemyślenia, ujawniać pewne sekrety, które są niewygodne. Wiem sama po sobie, że tak naprawdę po raz pierwszy wyszłam wkurzona na ulicę dopiero w ostatnim czasie, tak jest też z wieloma innymi kobietami. Pamiętam z dzieciństwa obrady Sejmu, które oglądał mój dziadek, ale zupełnie mnie one nie interesowały. Teraz jednak czuję, że coś jest na rzeczy i może warto zwrócić na to uwagę, przecież nie samą muzyką człowiek żyje. Wierzę, że inne kobiety czują podobnie, a to może się przełożyć na to, że chętniej pójdziemy do urn wyborczych, aby mieć realny wpływ na sytuację wokół nas. Wkurzyłyśmy się i zadałyśmy sobie pytanie o to, gdzie dalej powinnyśmy iść.

Na płycie „Chodź Tu” powróciłaś do rymowania, a to ekspresja kojarząca się z muzyką buntu i sprzeciwu.

„Dzielne kobiety” na pewno są próbą wykrzyczenia pewnych frustracji. Jako kobiety staramy się udowadniać rzeczy, których nie musimy. Przecież wystarczy po prostu być sobą, ale świat utrudnia bycie swobodnym człowiekiem. Z kolei utwór „Owce” jest o miotaniu się, o tym, że w uporządkowanej i uwarunkowanej milionem rzeczy rzeczywistości ciężko jest wyłączyć na chwilę system i wszystko zatrzymać. Ta płyta to mój monolog, swoisty strumień świadomości.

W „Papadamy” śpiewasz: „Mam wrażenie, że to jeden z najmniej radiowych kawałków”. Poklask cię nie pociąga?

Wręcz odwrotnie, bo im większy odbiór płyty, tym bardziej pozwala mi to żyć z wykonywanego zawodu. Hipokryzją byłoby stwierdzenie, że artysta nie chce odnieść sukcesu. Chcę śpiewać, bo czuję, że jestem w tym dobra i to jest moje powołanie. Jednak musiałabym dużo pić, żeby tworzyć muzykę pod radiowe playlisty. Płyta jest oczywiście grana w rozgłośniach, ale może nie tych głównego nurtu. Ważne dla mnie jest, że ludzie, którzy przychodzą na koncerty ją chwalą, że do czegoś im się przydaje. Ich pozytywny odbiór jest dla mnie najważniejszy.

Muzycznych projektów masz na koncie całe mnóstwo, ale dopiero teraz sygnujesz płytę swoim imieniem i nazwiskiem. Dlaczego?

Tym razem mam pełną decyzyjność co do kształtu albumu. Nie pytałam nikogo czy to dobre pomysły czy nie, sama też dobierałam ludzi do współpracy. „Chodź Tu” to swoboda moich wyborów gatunkowych i przekazu.

Paulina Przybysz (fot. mat. promocyjne)

Płyta Natalii ukazała się we wrześniu, twoja w październiku. To zbieg okoliczności?

Początkowo krążki miały wyjść na wiosnę. Pojawiły się między nami rozmowy typu: „Ty wydajesz na wiosnę? Ja też! Masz już materiał? A mam. A masz już go zmasterowanego?”. Każda z nas żyje biologią swoich projektów. Tak się stało, że obie premiery się opóźniły, ale to dobrze. Mam wrażenie, że robi to ciekawą robotę, bo kiedy my rozmawiamy o Natalii, to Natalia na swoich wywiadach rozmawia o mnie. Tym sposobem poruszamy jednocześnie temat obu płyt.

Zastanawiałem się czy istnieje między wami siostrzana rywalizacja, ale chyba bardziej możemy mówić o wzajemnej motywacji?

Gdy patrzę na nią i na siebie, to widzę, że wszystko jakoś nam idzie do przodu. Wzajemnie się motywujemy, ale też inspirujemy. Jesteśmy w różnych obozach managementowo-wytwórnianych, mamy innych ludzi w zespole i doświadczenia, ale gdy się spotykamy, to mamy wspólne tematy z racji działania w tej samej branży. Wpływa to na nas korzystnie. Pewnie nie bez przyczyny pojawiłyśmy się w jednej rodzinie.

Robert Skowroński
Robert Skowroński

Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z… długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą.


AUTOR

Polecamy

Komentarze