Pjus, twórca słów – rozmowa z autorem “ghostwriterskiego” albumu “Słowowtóry”

“To taki taniec na grobach życiowych niepowodzeń i fuck-upów”
6 minut czytania
2332
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
9 listopada 2017
fot. Paweł Zanio/Solovsky.com

Zachwyca słowotwórstwem. Całe szczęście, że został raperem, bo wszyscy możemy poznać jego doskonałe neologizmy. Niestety choroba, w wyniku której stracił najpierw słuch, a teraz traci głos, nie pozwoliła mu na rapowanie własnych tekstów na nowej płycie. Robią to zaproszeni goście: Tymon Tymańki, Pablopavo, Eldo, Wdowa i wielu innych. Oto Pjus, muzyk wyjątkowy i jego “ghostwriterski” album “Słowowtóry”.

Wojciech Przylipiak: Na twojej nowej płycie „Słowowtóry” znalazł się kawałek „Niewielka Warszawska” – nazwa od razu skojarzy się bywalcom Toru Wyścigów Konnych na Służewcu. Na tym obiekcie widać cię w filmie promującym album. Często tam bywasz? Pytam, bo sam uwielbiam chodzić na wyścigi konne, panuje tam wyjątkowy „warszawski” klimat.

Karol „Pjus” Nowakowski: Jak zacząłem chodzić na Służewiec w roku 2004 to rzeczywistość wyglądała tam trochę inaczej niż teraz. To był okres stopniowego upadku i dewastacji tego miejsca. Królowali goście z własnym prowiantem, wódeczką i rowerami Wigry 3. Dziś przywraca się temu miejscu należną świetność, a w zabytkowym odnowionym budynku panuje nawet „wyścigowy” dress code.  Jeszcze 10 lat temu było bardziej emerycko-lumpowo.

Ale z drugiej strony miało to swój super klimat, dzisiaj czuje się go mniej.

Coś w tym jest. Marzę, by tak jak wtedy, znów się napić tam wódeczki z plastikowych kielonków na ceratowych obrusach i bezstresowo spędzić czas.

Bezstresowo? Przecież tam obstawia się konie. Masz jakąś swoją metodę, technikę? Czy grasz jak Nikodem Dyzma, 7-1-4?

Nie jeżdżę tam dla pieniędzy. Stawki, którymi gram są minimalne i nie mam jakiejś metody na wygrywanie. Jak to mówi klasyk: „Jak się nie wie co się gra, to się gra 1-2”. Ale jak mówiłem, nie chodzę tam dla samego obstawiania, tylko dla wciąż żywego, mimo zmian, specyficznego klimatu. Zresztą, jako domorosły varsavianista szukam podobnych „warszawskich”, wyjątkowych miejsc, w których mogę się „schować”. Kolejne moje ulubione to np. skwer Bohdana Wodiczko przy Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina. Poniżej jest klasztor szarytek i pola uprawne. Wszystko w samym centrum stolicy. Uwielbiam usiąść na ławce tuż przy szkole. Przy dobrej pogodzie i otwartych oknach można trafić na jakiś koncert albo lekcję i posłuchać muzyki poważnej, jazzu czy energetycznych solówek.

Pjus (fot. Paweł Zanio/Solovsky.com)

Jako dzieciak przesiadywałeś na ławce przed blokiem? Na swoim profilu na Facebooku umieściłeś filmik z 1992 roku, w którym goście w czapeczkach z daszkiem i ortalionach, przy jakimś parkingu z dużymi fiatami i żukami tańczą breakdance. Też tak spędzałeś czas jako nastolatek?

Breaka nie tańczyłem, ale mam znajomych, którzy pewnie dokładnie tak zaczynali jeszcze w latach 80. Na przykład jeden z najbardziej chyba dziś cenionych i rozpoznawalnych b-boyów, Maciej „Kiełpo” Kiełpiński z Gniezna. Ja do całej subkultury dołączyłem później i raczej bez talentu tanecznego, ale to, co się działo na osiedlach, zbudowało mnie i zostało we mnie. Filmik wrzuciłem, bo jest w nim jakaś naturalność, właśnie ten specyficzny klimat. Tu nikt nikogo nie udaje.

Na podwórku mieliście swój specyficzny system porozumiewania się? Pamiętam, że na moim podwórku rozmawiając przestawialiśmy ostatnią sylabę wyrazów na początek, tak żeby dorośli się nie domyślili o czym gadamy. Pytam o to, bo specyficznie posługujesz się językiem na „Słowowtórach”. Wystarczy spojrzeć na tytuły piosenek.

Specyficzny język osiedlowy to naleciałości gwarowo-młodzieżowe, ale powstają też nowe słowa i nazwy, pochodzące często od przypadkowych przekręceń czy śmiesznych wydarzeń. Jeden wieczór na ursynowskiej ławce potrafił stworzyć kilka takich, które na stałe wchodziły do naszej gadki. Uwielbiam zabawy językiem i jak ktoś wypowiada jakieś słowa, typu czarny kot, to ja zmieniam to sobie w głowie na karny czort. I tak bawię się tworząc bon moty, półsłówka i neologizmy. Często na ulicy gadam używając takich przekręcanych wyrazów, więc jak ktoś mnie mija, może nie rozpoznać o czym właściwie rozmawiam z żoną czy kumplem. Zresztą zabawa słowem to też moja praca, jestem copywriterem i zapisuję sobie nawet ciekawe zbitki wyrazów w telefonie. Robiłem to już 15 lat temu – zachowywałem smsy od przyjaciół w specjalnym zeszycie i potem na historiach czy słowach z nich opierałem pomysły na teksty. Na nowej płycie tak połączone słowa i neologizmy były czasem wręcz punktem wyjścia całych utworów.

Zaprosiłeś taką liczbę gości, że można by nimi obdzielić kilkanaście albumów. Ale jest numer, w którym występuje tylko jeden gość. Tymon Tymański to taka silna osobowość, że tylko sam mógł nagrać utwór  „Nasztukafszy”?

Po pierwsze, ja nikomu się nie narzucałem – moje są teksty, do wykonawców należała ich interpretacja. Po drugie uważam że słowa z „Nasztukafszy” idealnie pasują do Tymona. Napisałem ten numer i potrzebowałem wariata, który umie bawić się konwencją i stylami, kontestatora, który skuma grę słów i przekaz. Najpierw, jak każdy, dostał tekst i wybraną muzykę, a później wymienialiśmy setki smsów i czekaliśmy, aż będzie miał trochę wolnego czasu, bo to twórczo naprawdę zajęty gość. Poza tym, chyba coś mu nie grało (nomen omen) muzycznie. Poszło z górki jak sam z siebie postanowił dopełnić swój ogromny talent i dograł wszystkie dźwięki.

Tymon to jeden z całej masy artystów na albumie „Słowowtóry”. To musiało być wyczerpujące logistycznie – ogarnianie tylu gości.

Faktycznie produkcja płyty się przeciągała. Pierwsze teksty napisałem jakieś trzy lata temu. Wreszcie, na początku 2016 roku, powiedziałem sobie, że jak się nie zajmę na serio tym albumem, to nigdy nie doprowadzę go do końca. Ale udało się i bardzo się cieszę, choć było to wyczerpujące. Nie w kwestii muzycznej, ale organizacyjnej. Ogarniałem album producencko-wykonawczo i to nie było proste. Ale od strony kreatywnej chętnie bym to powtórzył. Doświadczanie wielości spojrzeń różnych artystów było bardzo fajne. Ja zostałem, siłą rzeczy, odsunięty trochę na drugi plan, ale takie sterowanie z tylnego siedzenia mi pasuje.

W jednym z wywiadów powiedziałeś: „jestem ciężki we wspólnym funkcjonowaniu, bywam niezdarny i wkurzająco uparty”. Podczas pracy w studio też?

Chyba nie. Jestem otwarty na kompromis, propozycje, szczególnie, kiedy czuję się w danym temacie laikiem. Bywam uparty i potrafię bronić swojego zdania, ale lubię wspólne kreatywne dochodzenie do konsensusu, taką burzę mózgów. Także w pracy copywritera.

Kto jest dla ciebie mistrzem słowa?

Jest ich wielu, ale na takie gierki rapowo-poetycko-copywriterskie lata temu nakierował mnie Julian Tuwim, a potem bardzo konkretnie Stanisław Barańczak i to, co zrobił w książce „Pegaz zdębiał” – jest humor, purnonsens, wiedza i szelmowska wręcz zabawa językiem.

A Marcin Świetlicki?

No ba! Utwór „Odpyski”, będący nawiązaniem do „Odciski” z płyty „Perły przed Wieprze” Świetlików, jest trochę takim hołdem dla jego specyficznego humoru i lingwistycznych projekcji, które wpłynęły na mnie. Z tym panem nastrój w pełni „przysiadalny”.

Powiedziałeś „zgorzknienie może być pozytywnym twórczym bodźcem”. Tak się zastanawiam czy ciężkie stany nie sprzyjają lepszej muzyce.

Nikomu nie życzę ciężkich przeżyć jak moje, ale faktem jest, że one wiele uczą. Fajnie jest przeżyć smooth and easy life, ale flauta nie jest dobra – mniej lub bardziej wzburzone fale są naturalną częścią naszego życia. O tym mówi m.in. kawałek „Falkontent”.

Mój ulubiony to „Dans Fakabr” – genialny numer, opowiedz o nim?

Wcześniej ukazał się na innej płycie, na 10-lecie mojego wydawcy, Alkopoligamii. Wyjechaliśmy na tydzień do mazurskiej wsi Molza – tam został zarejestrowany cały materiał. Chciałem do tego szalonego konceptu dołożyć także swoją cegiełkę i koniecznie nagrać numer w kalifornijskiej, bujającej, gangsterskiej stylistyce muzycznej. A tekstowo pokazać, że nawet z najgorszej sytuacji można wyjść obronną ręką. To taki taniec na grobach życiowych niepowodzeń i fuckupów.

Lubisz mówić o takich niewesołych sytuacjach i ubierać w mroczne tło, jak w „Guerilla Sunrise”?

Nie wiem czy lubię. Potrafię, bo znam dół i górę, bo myślę o tym co się może stać, bo wiem, że istnieje walka dobra ze złem. A ten teatralny wręcz numer jest rozmową diablicy, która próbuje przekonać zmęczonego walką o ideały „ostatniego sprawiedliwego” do rezygnacji, do odrzucenia wartości w imię łatwego życia. To jest tylko scenografia, ale każdy z nas może stać się częścią takiego dialogu.

Pjus (fot. Paweł Zanio/Solovsky.com)

Jest szansa, że te numery usłyszymy na żywo?

Koncert powinien być zwieńczeniem tej płyty. Bardzo chciałbym zebrać wszystkich gości i zaprezentować na żywo, ale dopiero jak już wszyscy poznają ten materiał. Chciałbym zorganizować występ w stylistyce „Albo inaczej” – projektu Alkopoligamii, w którym jazzowi wykonawcy, m. in Ewa Bem i Zbigniew Wodecki wzięli na warsztat obcy im wcześniej polski rap. Świetna zabawa i energia koncertowa, ale ci, którzy tam wtedy byli, posłuchali wcześniej płyty, a na pewno znali doskonale obie te strony muzyki. Więc projekt „Słowowtóry”, aby  zrobić podobne zamieszanie, musi być znany słuchaczom od A do Z – póki co ich zaciekawiłem. I jeżeli miałbym coś zobaczyć na żywo  to najchętniej to, jak ta płyta jest odbierana przez słuchaczy w domach – zainstalować kamery i podejrzeć jak reagują na zupełnie nowe doświadczenie. Jestem bardzo ciekawy jak ten kontrastowy i nieprzewidywalny album zadziała.

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak

Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu – nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.


AUTOR

Polecamy

Komentarze