Serial według “Władcy Pierścieni” – czy właśnie na to czekaliśmy?

Śródziemie ponownie pojawi się na ekranach!
7 minut czytania
372
0
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
29 listopada 2017

Amazon wyłożył grube pieniądze na kupno praw autorskich do najpopularniejszego dzieła J.R.R. Tolkiena. Amerykanie zapłacili 250 milionów dolarów, by móc korzystać z całego tekstu „Władcy Pierścieni” – a ich celem jest stworzenie serialu telewizyjnego, rozpisanego prawdopodobnie na kilka sezonów.

Trudno powiedzieć, czy większą sensacją jest deklarowana przez Amerykanów chęć ponownego przełożenia Tolkienowskiej prozy na język filmu czy to, że wszystko odbywa się zgodnie z wolą fundacji trzymających pieczę nad literacką spuścizną pisarza. Zawiązanie umowy z producentem potwierdzono w imieniu Tolkien Estate i Tolkien Trust. Oficjalne wypowiedzi obu stron prezentują ekscytację i są utrzymane w zgodnym tonie. Skoro więc są chęci, środki i obopólny entuzjazm – czy coś może pójść źle?

Zupełnie nowy Władca?

Pierwsze doniesienia brzmiały wręcz niewiarygodnie: sugerowały bowiem, że widzów może czekać oglądanie zupełnie nowej, audiowizualnej wersji Wojny O Pierścień. Zapewne każdy fan literackiego pierwowzoru pochwaliłby pomysł, by historię Froda i jego towarzyszy opowiedzieć bardzo dokładnie, w zgodzie z powieściowym zapisem. Jednak wśród potencjalnych widzów serialu będą znajdować się nie tylko obrońcy prozy Tolkiena, ale również liczni miłośnicy filmowej trylogii Petera Jacksona.

Chociaż sam reżyser zaznacza, że ostateczny kształt tych trzech filmów to jego autorska wizja tego, jak powinna wyglądać ekranizacja dzieła Tolkiena, sukces tego przedsięwzięcia zdaje się potwierdzać, że znalazło się sporo osób, które te właśnie autorskie obrazy zaczarowały.

Na szczęście nie trzeba obawiać się, że kilkanaście lat po premierach trzech części filmowego „Władcy…” amerykańscy specjaliści od castingów zechcą na nowo sformować Drużynę Pierścienia. Taki zabieg stanie się być może sensowny za kilka dekad – gdy nie będzie już nikogo z tych, którzy by o tym pierwszym filmowym przedsięwzięciu pamiętali. A w każdym razie nie żywili głębokiego sentymentu do tego, jak wygląda Jacksonowskie (nowozelandzkie) Śródziemie. Bo czy na przykład ktokolwiek potrafi w tej chwili zobaczyć w roli Aragorna kogoś innego, niż Viggo Mortensena? Kolejne doniesienia mówią jednak, że nowym producentom nie chodzi o poprawianie trylogii Jacksona – chcą raczej uzupełnić ją o tło, które w twórczej wyobraźni Tolkiena stanowiło kanwę do snucia tej największej opowieści.

Co Jackson zrobił Tolkienowi?

Tymczasem jeszcze kilka lat temu wydawało się, że droga do powtarzania śmiałego zamysłu Jacksona, jakim było przemienianie narracyjnej prozy Tolkiena w scenariusz i szereg obrazów, jest raczej zamknięta. Najmłodszy syn pisarza, opiekun i wydawca tekstów ojca, nie był zachwycony efektami pracy filmowców – by ująć rzecz delikatnie.

W wywiadzie udzielonym w 2012 roku pismu Le Monde Christopher Tolkien jedyny raz publicznie przedstawił swój stosunek do filmowej wersji książki – stwierdzając, że Jackson zmienił poważną narrację w film akcji, dedykowany raczej młodym widzom. W tym samym wywiadzie syn pisarza wyraził swoje przekonanie, że popkultura od dekad eksploatuje „Władcę Pierścieni” w niewłaściwy sposób: spłycając zawarte w książce przekazy.

Christopher Tolkien wydawał się zrezygnowany i pogodzony z tym, że Jackson po swojemu przedstawi całemu światu także „Hobbita”. Jednocześnie jawiło się jako oczywiste, że sam nie zechce przyłożyć ręki do tego, by Śródziemie odżywało na nowo w kolejnych filmowych realizacjach. Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie wraz z końcem sierpnia bieżącego roku: 93-letni Christopher Tolkien oficjalnie przestał przewodniczyć Tolkien Estate. Prawdopodobnie także dlatego fundacja zmieniła kurs i łaskawym okiem spojrzała na zabiegi filmowych producentów.

Droga na ekran

Pierwotna decyzja, by książkowy materiał udostępnić filmowcom, należała do samego Johna Ronalda Ruela – Tolkien sam sprzedał prawa autorskie do swojego dzieła w 1969 roku. Studio United Artists zapłaciło wówczas pisarzowi równowartość 250 tysięcy dolarów. Użytek z owych praw zrobiono już z ramienia ich kolejnego właściciela, Saula Zaentza. W 1978 roku powstał film animowany, ekranizujący „Drużynę Pierścienia” i część „Dwóch Wież”. Przedsięwzięcia nie ukończono: również dlatego, że sam reżyser nie był zadowolony efektami – Ralph Bakshi orzekł, że dzieła Tolkiena nie da się satysfakcjonująco oddać w języku filmu. I to przekonanie pokutowało w środowisku przez dłuższy czas. Póki myśl o zekranizowaniu powieści nie przyszła do pewnego nowozelandzkiego reżysera.

Sam Peter Jackson, tak surowo oceniany przez spadkobiercę pisarza, nie ukrywa że nie był zapalonym fanem literackiego pierwowzoru – „Władcę…” przeczytał jako 18-latek i nie wracał do tej książki przez kolejnych kilkanaście lat. Do kartkowania powieści skłoniło go jednak podjęcie pracy nad scenariuszem potencjalnej adaptacji. W latach 90. zaczął przygotowywać materiał z życiową partnerką, Fran Walsh – z czasem to małe grono powiększyło się o pisarkę, Philippę Boyens.

Zamiarem Jacksona było przedstawienie treści w dwóch filmach – jednak wszystkie studia, do których zgłaszał się ze swoim projektem, zgadzały się wyprodukować „Władcę…” jako jeden film. Dopiero rozmowy z wytwórnią New Line Cinema (częścią przedsiębiorstwa Warner Bros.) przyniosły niespodziewanie dobry efekt. Przedstawiciel firmy, z którym rozmawiał Jackson, okazał się być fanem książki – i sam zaproponował, by trzytomowa powieść została zekranizowana jako filmowa trylogia. Potrzebny był już tylko łut szczęścia, by oficjalnie pozyskać prawa do książki, wykupione przez Zaentza.

Oscary i pozwy

W zamierzeniu Tolkiena „Władca…” był rzeczywiście jedną książką – to wydawca (HarperCollins) podzielił powieść na bardziej przystępne części. Co ciekawe, także Jackson pracował nad jedną filmową opowieścią: przez okres niemal 440 dni zdjęciowych zgromadził materiały, z których następnie zmontowano trzy filmy – przedstawiane później widzom w rocznych odstępach czasu. Cała trylogia okazała się komercyjnym strzałem w dziesiątkę, a co więcej, zgromadziła łącznie aż 17 oscarowych statuetek.

Krewni Tolkiena, z uwagi na zamieszanie powstałe po sprzedaży praw autorskich w 1969 roku, byli odsunięci od sukcesu ekranizacji (a Christopher Tolkien jeszcze nie ujawnił swojego zdania). W 2008 roku połączyli siły z HarperCollins: we wspólnie złożonym pozwie sądowym domagali się od filmowców części zysków, jakie przyniosła produkcja. Stronom trudno było się porozumieć, ale w nieco ponad rok później okazało się, że została zawarta jakiegoś rodzaju ugoda – a widzowie na całym świecie dowiedzieli się, że będą mogli ostrzyć apetyty na oglądanie ekranizacji „Hobbita”.

Przystępując do pracy nad nowym scenariuszem, Jackson miał oczywiście dostęp do tekstu tej powieści, ale wciąż także – do treści „Władcy…”. To właśnie wglądem do dodatków zamieszczonych na końcu Tolkienowskiego bestsellera reżyser usprawiedliwia pomysł uczynienia dość cienkiej książeczki, jaką jest „Hobbit”, kolejną (pełną rozmachu) filmową trylogią.

Według Jacksona, zadaniem filmowców było przedstawienie pełnej historii, o wyraźnie zarysowanym tle – według reżysera narracja w tej powieści prowadzona jest zbyt zdawkowo i pobieżnie, przez co nie ułatwia widzowi odnalezienia się w Śródziemiu. Jak wyszło Jacksonowi dopowiadanie domniemanych powieściowych luk, może ocenić każdy, kto zna książki i filmy. Konieczność prowadzenia spójnej filmowej narracji wpłynęła tu nieco mocniej na kształt scenariusza. Nowi właściciele praw są obecnie w tej samej sytuacji, w której kilka lat temu znajdował się Jackson. Pytanie, czy potraktują teksty uzupełniające „Władcę…” w sposób, który pochwalą wierni fani powieści. I wszyscy, żywiący szacunek do opowieści stworzonych przez Tolkiena.

…i z powrotem (w zakątkach Ardy)

Póki co o produkcji, którą wcieli w życie Amazon, wiadomo jeszcze niewiele: ale z pewnością nie będzie usiłowała poprawiać pierwszej Jacksonowskiej trylogii. Zainteresowanie filmowców ma się skupić na historiach, które w powieściowym uniwersum rozegrały się przed wydarzeniami znanymi jako Wojna o Pierścień – być może scenariusz będzie obejmować nawet zdarzenia poprzedzające znalezienie Jedynego Pierścienia przez Bilba.

Dodatki do „Władcy…” to bowiem bardzo bogate źródło faktograficznej wiedzy o przeszłości Śródziemia – nakreślają dokładniej świat, będący na kartach powieści areną dla kluczowej wojny. Skoro więc najobszerniejsze literackie narracje zostaną nietknięte, powstaje pytanie, jakie wątki (i jak) będą eksploatować scenarzyści – i czy materiały nabyte za niebagatelną sumę zapewnią scenarzystom pracę nad wieloma sezonami. Jeżeli nowi twórcy będą chcieli dokładać nowe cegiełki do filmowej narracji o Śródziemiu, być może nowa produkcja będzie dbała o pewne podobieństwo do wizji Jacksona.

Na dostęp do „Władcy Pierścieni” Amazon wyłożył dokładnie tysiąc razy więcej, niż niemal pół wieku temu za swoje dzieło życia otrzymał sam Tolkien. Wieść niesie, że oferta koncernu przebiła te wysuwane przez Netflix i HBO. Sukcesy komercyjne kolejnych serialowych produkcji uświadamiają producentom, że widzowie są coraz bardziej zainteresowani spokojną wędrówką przez dany świat przedstawiony – że lubią zżywać się z bohaterami opowieści i przeżywać ich perypetie dłużej, niż podczas samodzielnego, filmowego seansu. W przypadku „Władcy…” nie bez znaczenia jest fakt, że mowa o ekranizacji książki, która od czasu swojego pierwszego wydania święci triumfy wśród czytelników. Od kilku już pokoleń jest już jasne, że opracowywane latami zapiski pewnego skromnego profesora literatury staroangielskiej, dokumentujące dzieje Ardy, są gotowym przepisem na sukces.

Wiadomo ponadto, że Amazon zastrzegł sobie prawo także do produkcji spin-offów. Wygląda więc na to, że zapowiadają się dłuższe wycieczki po Śródziemiu – i wypada mieć nadzieję, że warto na nie czekać.

Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
Z wykształcenia polonistka i krytyk literacki: przez zamiłowanie do pracy ze słowami i odkrywania opowieści wszędzie tam, gdzie to możliwe. Na co dzień redaguje i poprawia cudze, ale przede wszystkim tworzy własne teksty, nie stroniąc od wyzwań i eksperymentów. Z drobnych zapisków złożyła także autorski tomik poetycki "Ze zzieleniałymi oczami". Miłośniczka wielu oblicz sztuki, także tej użytkowej - w wolnych chwilach zamiast słów poskramia różnego rodzaju nitki.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Pisarze, którzy nie polubili ekranizacji swoich książek

W ubiegłym tygodniu pisałem na bloga tekst o „Lśnieniu”. Audiobook ma formę słuchowiska, więc oczywiście wypłynął temat porównania kreacji głosowych z ekranizacją Kubricka. Gdy wypłynął temat ekranizacji Kubricka, natychmiast pojawiła się kwestia niechęci Kinga do tego, co Kubrick zrobił z jego książką. Potem przypomniałem sobie ciepłe słowa, jakie słał pod adresem tego samego reżysera Anthony Burgess po tym, co Kubrick zrobił z jego „Mechaniczną Pomarańczą”. I pomyślałem, że może by sprawdzić, którzy pisarze mają problem z tym, co filmowcy zrobili z ich książkami. Zrobiła się z tego wcale pokaźna lista. Stephen King/Stanley Kubrick – Lśnienie Oddajmy głos Stephenowi Kingowi: Podziwiałem Kubricka…
Radek Teklak
Radek Teklak
11 maja 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Polecamy