Va banque Leppera. Rzecz o politycznej grze, sile haków i tajemniczej śmierci

Gdzie leży prawda?
23 minut czytania
1038
3
Michał Piasecki
Michał Piasecki
17 listopada 2017
fot. Ryszard Hołubowicz (Lublin.com.pl) via Wikimedia Commons

Tajemnicza śmierć Andrzeja Leppera prowokuje do pytań. Choć samobójstwo lidera Samoobrony – zdaniem prokuratury – było tak oczywiste, że ogłoszono je dwa dni przed tym, nim w ogóle zabrano się za śledztwo.

„Lepper się powiesił i kropka” – oznajmiono. Ale z tej kropki od sześciu lat wyziera natarczywe oko Tanathosa – boga gwałtownej, tajemniczej i bardzo, bardzo niejasnej śmierci.

Andrzej nie żyje, czyli sznur od snopowiązałki

Andrzej Lepper, lat 57, został znaleziony martwy w piątek, 5 sierpnia 2011 roku w siedzibie Samoobrony przy Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Zwłoki odkrył w łazience jego zięć, Adrian Borkowski. Polityk powiesił się na sznurku od snopowiązałki – na haku, na którym wisiał jednocześnie worek bokserski. Zdaniem lekarzy konał około 8 minut. Drzwi do biura były zamknięte od wewnątrz. W środku dudnił włączony telewizor i otwarte były dwa okna. Po ich drugiej stronie znajdowało się rusztowanie, służące do przeprowadzanego właśnie remontu dachu.

Policja pojawiła się na miejscu w godzinę po odkryciu zwłok. Jej zdaniem śmierć nastąpiła pomiędzy godz. 8.30 a 12.00 tego samego dnia. Oględziny rozpoczęto około godziny 22.00 i zakończono po 3.00 rano w sobotę. Ostatnią osobą, która widziała Leppera żywego był Mieczysław Meyer, jego kierowca, który pożegnał się z nim rano pod biurem.

Formalnie śledztwo wszczęto dopiero w poniedziałek, 8 sierpnia. Wtedy też przeprowadzono sekcję zwłok. Ostatecznie stwierdzono, że Lepper cierpiał na depresję, a motywem samobójstwa mogło być załamanie kariery politycznej, problemy finansowe oraz ciężka choroba syna. Nie powoływano specjalnej grupy śledczej. Lider Samoobrony został pochowany 11 sierpnia, w czwartek, na cmentarzu parafialnym w Krupach. Ceremonia miała charakter państwowy. Obecny byli Lech Wałęsa i Wiktar Hajsionak, ambasador Białorusi. – Nie wierzę, że Andrzej targnął się na swoje życie. To do niego nie pasuje – powiedział nad trumną jego brat, Antoni Lepper. Do dziś tego samego zdania są wszystkie osoby z najbliższego otoczenia polityka.

„Przyszliśmy ci zrobić samobójstwo”

Nagły zgon szefa Samoobrony od razu wzniecił bujne płomienie domysłów, teorii spiskowych i zawieszonych w dowodowej próżni zarzutów, wymierzonych w bliżej nieokreślone siły – służby specjalne, politycznych przeciwników, wywiady obcych państw czy „pospolitych Judaszy i Brutusów”. Nad grobem polityka największy raban robiła rodzina i postacie o mocno nadwyrężonej wiarygodności, jak Renata Beger, Mateusz Piskorski, Danuta Hojarska czy nawet Janusz Maksymiuk.

Po kilku latach miłośnikom teorii spiskowych, którzy śmierć Leppera od razu wciągnęli na listę najbardziej tajemniczych zgonów w III RP, w sukurs przyszedł kontrowersyjny reżyser, Patryk Vega. W filmie „Służby specjalne”, choć nie miało to większego znaczenia dla fabuły, przedstawił domniemany przebieg i genezę likwidacji polityka przez specsłużby. „Przyszliśmy ci zrobić samobójstwo” – szepcze filmowemu Lepperowi do ucha Janusz Chabior, obsadzony w doskonałej roli doświadczonego funkcjonariusza WSI z przeszłością w SB, który specjalizuje się m.in. w „wyhuśtaniach”, czyli pozorowaniu samobójstw. Scena wzbudziła wielkie kontrowersje i dla niektórych – na przykład. Renaty Beger – stała się dosłowną wykładnią prawdy o śmierci Leppera.

Z czasem, do tego chóru wątpiących w samobójstwo wicepremiera zaczęły dołączać coraz poważniejsze głosy, należące między innymi do dziennikarzy śledczych. Wojciech Sumliński – postać sama w sobie co najmniej kontrowersyjna – opublikował nawet książkę o kulisach śmierci Leppera, w której udowadnia, że z całą pewnością nie było to samobójstwo. Opiera się w niej przede wszystkim na informacjach majora ABW, Tomasza Budzyńskiego, byłego szefa delegatury w Lublinie, który prowadził zaawansowane rozpracowanie operacyjne Leppera.

Własne śledztwo przeprowadził też powszechnie ceniony dziennikarz, Tomasz Sekielski, a jego konkluzje są zbliżone do tych, które publikuje Sumliński.

Andrzej profanuje salon, czyli bokser z hodowlą strusi

Zanim jednak o tym, trzeba szerzej odmalować miejsce, rolę i znaczenie Samoobrony i jej lidera w polskim barłogu politycznym. Bez tego nie sposób zrozumieć, że Lepper był w rzeczywistości kimś znacznie większym, niż tylko barbarzyńcą po solarium w krawacie w biało-czerwone prążki. Nie był pionkiem, był graczem. Nie tak wielkim, by poradzić sobie z Tuskiem, Millerem czy Kaczyńskim, ale na tyle niebezpiecznym, by zafundować im kilka bezsennych nocy.

Śmierć Leppera wstrząsnęła światem polityki, ale mniej, niż sugerowałoby fakt, że był on wicepremierem w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, a potem Jarosława Kaczyńskiego. Stało się tak z powodu „politycznego autu”, na jakim znalazł się Lepper, który po wyborach w 2007 roku spadł do czwartej ligi polskiej „gry o tron”, choć dwa lata wcześniej był trzecią siłą w Sejmie. Jak to możliwe? Pogrążyła go słynna afera gruntowa oraz morderczy klincz PO z PiS, który wykończył wszystkie mniejsze partie.

Urodził się w 1954 r. w Stowięcinie na Pomorzu. W 1974 r. skończył Państwowe Technikum Rolnicze w Sypniewie, ale do matury nie przystąpił. Należał do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej oraz Związku Młodzieży Wiejskiej, a potem także do PZPR (przez dwa lata). Pracował w Stacji Hodowli Roślin w Górzynie, a także w PGR w Rzechcinie. Namiętnie trenował boks. Od 1980 roku był kierownikiem gospodarstwa w Państwowym Ośrodku Hodowli Zarodowej w Kusicach. Prowadził też własne gospodarstwo. Hodował między innymi bizony i strusie. Miał żonę i troje dzieci – dwie córki i syna. Powtarzał, że jest głęboko wierzący. Czterokrotnie kandydował na prezydenta, dwukrotnie był posłem i raz europosłem. Dwa razy był także wicemarszałkiem Sejmu. Poza tym ministrem rolnictwa i rozwoju wsi oraz wicepremierem.

Prekursor medialnej gnojówki

Do polityki wszedł na początku lat dziewięćdziesiątych. Zaczął wtedy skupiać dokoła siebie rolników niezadowolonych z przemian ustrojowych. Założył z nimi związek zawodowy Samoobrona (1992 rok), który z czasem, gdy jego dzieło obrosło już całą rzeszą podburzonej wiejskiej gawiedzi, przekształcił w partię (2000 rok).

Lepper stał się prekursorem zupełnie nowego stylu uprawiania polityki. Jego populizm, agresja, radykalizm, cynizm i brutalne metody połączone z talentem oratorskim, były czymś w Polsce dotychczas nieznanym. To on pierwszy przesunął granice tego, co w polityce niedopuszczalne. Wyznaczył szlak dla wszystkich późniejszych sejmowych awanturników, skandalistów, happenerów, pitbulli i „zderzaków”. Niesiołowski, Palikot, Kurski, Giertych, Janowski, Pawłowicz, Graś, Wipler, Tarczyński, Nitras czy Jaki, świadomie lub nie, przyjęli styl, którego początki sięgają właśnie zachowania Leppera. To on pokazał innym, że można zszargać każdą świętość, wylać gnojówkę na każdego, rzucić kamieniem w każdy urząd i podpalić każdy sojusz. Wkroczył do polskiej polityki z furią, której przez lata nie umiał okiełznać nikt – sądy, politycy, ekonomiści, policja, duchowni. Udało się to dopiero Kaczyńskiemu, który Leppera nie tyle ujarzmił, co zniszczył.

Jak celnie pisze Robert Krasowski w „Historii politycznej III RP”, Lepper był „naturą prymitywną, ciemną i nieokrzesaną, która od lat rozwijała się jednostronnie. Coraz lepiej przemawiał, zarazem z otaczającego go świata nadal nie rozumiał nic, potrafił uwierzyć w każdą zasłyszaną brednię. (…) Zarazem Lepper był chytry, cwany, przebiegły. W świecie polityki poruszał się w sposób zręczny, nawet bardzo. Nie był dzikim zwierzęciem, które wpadło na salon i pędząc na oślep, tratowało wszystko na drodze. Jego ciosy miały logikę, on te salony profanował metodycznie, konsekwentnie, skutecznie. Zdumiewająco dobrze wyczuwając najsłabsze punkty”.

Być jak szaman, być jak Rydzyk

Ten ludowy watażka zdołał wyznaczyć zupełnie nowe polityczne reguły gry i poziom społecznej wrażliwości. Sprawił, że choć Samoobrona była partią niezdarną i zbudowaną na ludziach wątpliwego autoramentu, wyznaczała przez kilka lat środek ciężkości przy ul. Wiejskiej. „Wyróżniał go styl – chuligański, wręcz barbarzyński. Marsz na Sejm z kosami na sztorc, obrzucanie przeciwników kawałkami zepsutego mięsa albo kości zwierzęcych, rozlewanie gnojówki w miejscach publicznych. Zarządcy komisarycznemu zajętego za długi gospodarstwa Lepper wymierzył karę chłosty, organizując okrutne przedstawienie. Ofiarę pojmano, rozebrano do naga, wykręcono ręce i bito rózgami, co jakiś czas polewając ciało wodą. Lepper odsiedział za to w areszcie trzy miesiące, potem został skazany na 18 miesięcy więzienia w zawieszeniu” – pisze Krasowski.

„Szybko się uczył, więc odkrył moc słów. Zawsze lubił przemawiać, maił do tego talent, który z uporem szlifował. Godzinami ćwiczył przed lustrem, kupił sobie kilka podręczników, przeczytał biografię Goebbelsa, wertował Le Bona „Psychologię tłumu”. Wiedzy szukał chaotycznie, ale cel miał wytyczony wyraźnie – chciał panować na masami. (…) Dostrzegł, że najlepsze wrażenia robią wyzwiska, bo dają efekt świeżości, odwagi, niezłomności, a także pozwalają się przebić do mediów” – dodaje Krasowski.

Do dużej gry Lepper wszedł, gdy zaczął podburzać rolników i razem z nimi blokować drogi w całym kraju, paraliżując transport i wywołując frustrację u Polaków zirytowanych na nieudolność władzy. Jednocześnie zapomniana przez wszystkich decydentów wieś, zobaczyła w nim swojego Prometeusza i na jego wezwanie podniosła głowę. Lepper zrobił dokładnie to samo, co ojciec Tadeusz Rydzyk – sięgnął po te zasoby społeczne, które inni uznali za bezużyteczne i pozwolił im poczuć się silnymi.

Niepokorny męczennik

Sprytny Lepper zrobił z siebie męczennik pogardzanej przez wyniosłych polityków „wiejskiej ciżby” (której było w Polsce kilkadziesiąt milionów). Jak o. Rydzyk stał się szamanem osamotnionych starszych osób, tak Lepper przyciągnął do siebie wyśmiewanych, porzuconych przez system i bezrobotnych mieszkańców wsi. Dlatego bił, obrażał, prowokował, tarmosił i upokarzał kogo mógł. Pluł na każdego przedstawiciela władzy, którego plwocina mogła dosięgnąć. To była przemyślana strategia, która zrównywała mu masy. Każdy taki wybryk był obliczony na poklask gawiedzi, która już dawno przestała ufać władzy. Teraz dowiadywała się, że nie musi się jej bać, a nawet może się jej odwinąć cepem.

Sądy skazywały go na grzywny i wyroki w zawieszeniu, ale bały się bardziej radykalnych rozwiązań. Pod koniec lat 90 przeciwko Lepperowi toczyło się przed sądami ok. 100 spraw, a kolegia prowadziły ich kilkaset. Gdy wreszcie łódzki sąd wydal za nim list gończy, Lepper zrobił klasyczny show. Zwołał media, ubrał się w czerwoną koszulkę z białym orłem i dał się aresztować w blasku fleszy. Uparł się, że policja ma go skuć i demonstracyjnie pokazywał kamerom kajdanki. Te zdjęcia obiegły całą Polskę. Lepper stał się bohaterem pokrzywdzonych przez władzę. Ale to nie był koniec, zachęcony sukcesem, zaczął posuwać się jeszcze dalej, do niemalże terrorystycznych metod. W proteście przeciwko cenom zboża jego ludzi napadali na pociągi i wysypywali ziarno na tory. Samoobrona okupowała budynki administracji publicznej i blokowała przejścia graniczne.

Andrzej rozdaje karty przy Wiejskiej, czyli Wersalu nie będzie

Gdy Lepper dostał się wreszcie do Sejmu, nawiązał cichy sojusz z Leszkiem Millerem. Samoobrona była tzw. zapasowym koalicjantem i batem przywołującym do porządku zachłanny jak zwykle na stanowiska dla swoich PSL. Lepperowi to odpowiadało, bo nie był gotowy, by pchać się do koalicji rządzącej. Wystarczało mu bycie w opozycji, a parasol SLD często się przydawał. Tym bardziej, że porozumienie było nieformalne, więc Samoobrona mogła swobodnie od czasu do czasu zamachnąć się swoim cepem także na SLD.

Gdy wreszcie Sejm zebrał się, by odebrać kąsającemu na lewo i prawo Lepperowi stanowisko wicemarszałka, którym próbowano go obłaskawić, ten wygłosił jedno z najsłynniejszych przemówień. To wtedy padły pamiętne słowa o „Wersalu, którego na tej sali nie będzie”. W pewnym sensie, ta tyrada zmieniła polską politykę. Bezpowrotnie. Pokazała dobitnie, że Lepper garściami czerpie z informacji służb specjalnych i szasta nimi bez cienia refleksji nad konsekwencjami.

Jak pisze Krasowski, odbierając Lepperowi fotel wicemarszałka, Lewica próbowała go ukarać, „ale równie dobrze można resocjalizować recydywistę odebraniem deseru”. Lider Samoobrony wyszedł na mównicę z doskonale przygotowanym wystąpieniem, którego rolą wcale nie była obrona jego metod. Ono było ich ukoronowaniem.

Andrzej Lepper podczas wizyty w Kielcach (fot. Marek Silarski, CC BY-SA 2.5 via Wikimedia Commons)

Ja tylko pytam!

Wystąpienie Leppera przerywały salwy śmiechu. Ale tylko na początku. Politycy szybko zdali sobie sprawę, że popisujący się na mównicy opalony lider Samoobrony nie broni się, nie tłumaczy, nie próbuje zasłaniać i w ogóle nie mówi do nich. On mówił do ludzi przed telewizorami i wyprowadzał ofensywę.

Lepper zaczął wymieniać konkretne miejsca, daty i polityków, zarzucając im spotkania z gangsterami, przyjmowanie łapówek, kontakty z agentami. Gdy marszałek sejmu przerwał mu i zapytał, czy jest świadomy odpowiedzialności karnej za takie oskarżenia, Lepper z miną niewiniątka odpowiedział, że on tylko pyta. Kontynuował litanię, nazwisk, dat i kwot rzekomo przyjętych łapówek. Na jego liście byli m.in. Tusk, Cimoszewicz, Szmajdziński czy Olechowski. Źródła tych informacji mogły być tylko dwa: brudny palec Leppera i służby specjalne. Czego nie wiedział, to zmyślił, ale nie miało to znaczenia. Co z tego, że blefował? Wywołani do tablicy domagali się sprostowań i przeprosin, ale w oczach rozjuszonego społeczeństwa tylko się pogrążali. „Lepper zakpił z demokracji mocniej niż ktokolwiek wcześniej” – pisze Krasowski. A poza tym pokazał wszystkim, że ma dostęp do źródełka, o którym marzy każdy polityk – do służb specjalnych.

Gdy skończył, na sali panowała grobowa cisza. „Dopiero wtedy do polityków dotarło, jak bardzo z Lepperem przegrali. Wiedzieli, że za kilka lat sądy zdementują wszystkie jego zarzuty, jednak to one zapadną w społecznej pamięci” – konkluduje Krasowski.

Andrzej znienawidzony

Później było jeszcze słynne blokowanie mównicy przez Samoobronę i skakanie po marszałkowskim stole. Oraz nieustanne wyścigi z LPR i PSL po laur najbardziej ekstremalnej formacji w parlamencie. „Lepper budził pogardę, jednak był akceptowalny, a nawet wygodny. PSL licytował się z nim na radykalizm. Miller traktował jako zapasowego koalicjanta. PiS nienawidził SLD, więc cieszyło go, że Lepper przejmuje elektorat lewicy. PO była Lepperowi najbardziej wroga, jednak nie aż tak, aby pomóc Millerowi w walce z nim. (…) Główni gracze mieli mocne żołądki” – trafnie ujmuje to Krasowski.

Efekt? Po roku totalnego szaleństwa i jeremiady w parlamencie, Samoobrona w wyborach samorządowych w 2002 roku rozbiła bank. Miała większe poparcie niż PO i PiS razem wzięte. Lepper, czy to się salonom i elitom podobało czy nie, stał się graczem o największe stawki.

Pocałunek śmierci Kaczyńskiego, czyli Andrzej upada pod krzyżem afer

Wybory parlamentarne w 2005 roku wyniosły Samoobronę jeszcze wyżej. Sfora Leppera stała się trzecią siłą w Sejmie – po PiS i PO. Zachłanność Leppera na władzę, nienawiść Tuska do PiS i pokerowa zagrywka Kaczyńskiego sprawiły, że Samoobrona weszła w skład słynnej już, niezwykle karkołomnej i wiecznie skłóconej koalicji z PiS i LPR. Kilkanaście lat po tym, jak Lepper blokował ciągnikami drogi, podpalał opony na wiecach i niczym herszt komanda orków, siał terrory na prowincji, został wicepremierem. Ludowy watażka i samozwańczy trybun dotarł na szczyt, zasiadł w rządzie i dostał we władanie upragnione ministerstwo rolnictwa.

Upajający się sukcesem Lepper nie wiedział (bo i nie miał prawa wiedzieć), że właśnie następuje coś, co można by określić nieco wyświechtaną literacką frazą, „początek końca”. To, w jaki sposób Kaczyński traktował swojego koalicjanta, zasługiwałoby na oddzielną opowieść – długą i fascynująca. Dość stwierdzić, że lider PiS pomiatał Lepperem, miażdżył go, upokarzał, poniżał, znęcał się nad nim i przypalał publicznie żywym ogniem, „nie pozwalając udawać nawet przed własną partią, że ma jakąkolwiek władzę” – jak celnie zauważa Krasowski.

W skrócie: Kaczyński trzymał obu koalicjantów w nieustannym szachu, strasząc ich rozwiązaniem rządu i przedterminowymi wyborami. A tych partie takie jak Samoobrona czy LPR bały się jak diabeł święconej wody. Wszystko z powody rozpędzającego się już tornada nienawiści pomiędzy PO i PiS. Ta „święta wojna” przybrała tak olbrzymią skalę i tak silnie zassała uwagę i emocje Polaków, że na długie lata zmarginalizowała wszystkie inne partie. Dlatego Kaczyński wymuszał na Lepperze (i Giertychu również) wszystko co chciał. Ale do czasu.

Afera gruntowa, czyli wizerunek stracony

Po dwóch latach za koalicją rządzącą ciągnął się już taki ogon afer, sporów i napięć, że Kaczyński postanowił rzeczywiście rozwiązać rząd i rozpisać przedterminowe wybory. Przegrał je, ale to już inna historia. Wróćmy do Leppera, który przy urnach poniósł więcej niż porażkę. To był upadek, sromotna klęska i upokorzenie. Z 11,41 proc. głosów, jakie jego partia zgarnęła w 2005 roku, w 2007 roku zostało mu raptem 1,53 proc.

Samoobrona stała się dla opinii publicznej synonimem oszustw, skandali i korupcji, a przede wszystkim, totalnego zbydlęcenia rodzimej polityki. „Gwałcenie prostytutki”, sekretarek oraz inne hucpy łóżkowe i rodzinne były niczym wobec afery gruntowej. To ona zmiotła Samoobronę ze sceny politycznej. O co chodziło?

Tablica upamiętniająca Andrzeja Leppera, Aleje Jerozolimskie (fot. Mateusz Opasiński, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons)

Dwaj bliscy Lepperowi politycy – Piotr Rybka i Andrzej Kryszyński – chwalili się głośno, że mają możliwość odrolnienia każdej ziemi w Polsce. Zmiana klasy gruntu z rolniczego na np. budowlany to często gigantyczna papierologia, nie mniejsze koszty i dużo straconego czasu. Tymczasem politycy związani z Samoobroną, powołując się na Leppera, byli gotowi zrobić to w kilka dni. Oczywiście nie za darmo. Na trop sprawy wpadła CBA i dalej potoczyło się to tak, jak zazwyczaj. Wielki skandal, wielki wstyd i wielka niewiadoma w kwestii winnych. Dość wspomnieć, że echo tej afery pobrzmiewa do dziś, bo to właśnie w tej sprawie Andrzej Duda, co najmniej kontrowersyjnym aktem łaski, uwolnił od wyroku Mariusza Kamińskiego, ówczesnego szefa CBA. W aferze gruntowej wszystkie nitki prowadziły do Leppera. W sprawie, na cztery miesiące przed jego śmiercią, wystawiono za nim nawet list gończy, ale ostatecznie jego udział pozostał sprawą nierozstrzygniętą przez sąd.

Andrzej i peleryna niewidka – śledztwa nie ma, bo jest weekend

Wróćmy do ciekawych ustaleń dziennikarzy śledczych na temat śmierci Leppera. A dokładniej, do wykazanych przez nich zaskakujących decyzji śledczych i białych plam w dochodzeniu po śmierci wicepremiera.

Szczegółowo wylicza je Sekielski. Sprawa pierwsza, to odłożenie decyzji o sekcji zwłok Leppera aż do poniedziałku, podczas gdy ciało znaleziono już w piątek. Jeżeli przewodniczącemu podano jakiekolwiek środki chemiczne, analiza toksykologiczna po takim czasie nie miała w zasadzie sensu. Czymkolwiek by go otumaniono, po trzech dniach dawno wyparowało to z krwioobiegu. Prokuratura tłumaczyła, że na przeszkodzie wcześniejszego wszczęcia śledztwa i sekcji stanął… weekend. Doprawdy? Wolna sobota i niedziela to powód, by zwlekać z wyjaśnieniem śmierci wicepremiera? Absurd! Tym bardziej, że w historii polskiej kryminalistyki setki razy wszczynano śledztwa w soboty. Podobnie jest z sekcjami zwłok w dużo mniejszych sprawach. A Lepper nie był przecież pierwszym lepszym.

Z decyzji o wszczęciu śledztwa dopiero w poniedziałek wynika kolejny, co najmniej zagadkowy, ruch prokuratury. Choć nie przeprowadzono sekcji, już w piątek policja mówiła otwarcie o samobójstwie. Owszem, Lepper wisiał na pętli ze snopowiązałki, obok leżało krzesło i jeden z jego butów, a na biurku horoskopy, ale to nie przesądzało jeszcze, że sam odebrał sobie życie. Śledczy od początku mówili, że Lepper miał depresję, z powodu politycznego wysypiska, na jakie trafił. Trapiły go też problemy finansowe i ciężka choroba syna. Na wątpliwości rodziny policja miał jedną odpowiedź: Tak właśnie przejawia się depresja, że najbliżsi chorego niczego nie zauważają.

Ślady bez stóp

Tymczasem wielu z jego współpracowników przekonuje, że lider Samoobrony snuł konkretne plany na przyszłość. Myślał o kolejnej kampanii wyborczej, przygotowywał wstępny plan i kosztorys. – To, co przeszedł w polityce, udowadniało, że to twardy i odporny psychicznie człowiek. Ktoś, kto planuje samobójstwo, nie umawia się z tobą na grilla za dwa dni, dając bardzo szczegółowe wytyczne co do kiełbasy, jaką masz kupić – mówi w programie Sekielskiego o Lepperze Piotr T. – jego długoletni doradca medialny (zatrzymany niedawno przez policję w innej sprawie). Wtóruje mu Janusz Wójcik, były selekcjoner reprezentacji i poseł Samoobrony. – To nie był przesadnie skomplikowany człowiek. To nie był ktoś, kto byłby w stanie grać, zakłada różne maski. Nie byłby w stanie ukryć depresji i myśli o samobójstwie – ocenia.

Uwagę zwracają kolejne dwa zagadkowe fakty w śledztwie. Na krześle, z którego z pętla na szyi miał zeskoczyć Lepper, nie było żadnych odcisków palców, także jego samego. Czy popełniając samobójstwo lider Samoobrony zacierałby ślady po samym sobie i stojąc na krześle wycierał je rękawem? Jeszcze bardziej zastanawiające są niezidentyfikowane ślady butów dwóch osób znalezione w łazience, w której wisiał wicepremier. Wiadomo, że pozostawiono je w dniu śmierci polityka, bo dzień wcześniej pomieszczenie było sprzątane przez sprzątaczkę. Goście nie byli jednak zapowiedziani, bo w grafiku i harmonogramie dnia Lepper nie zanotował na ten dzień żadnego spotkania. Co z tym tropem zrobiła prokuratura? Nic. W związku z niemożnością ustalenia, do kogo należą ślady, zwyczajnie je zignorowano.

Na koniec można jeszcze dodać, że śledztwo powierzono młodej i niedoświadczonej pani prokurator, która nie powołała żadnej grupy czy specjalnego zespołu do tej sprawy. Prokuratura w ogóle nie badała też wątku kontaktu Leppera z biznesmenami ze wschodu. A to tam, zdaniem Sekielskiego i Sumlińskiego, prowadzą wszystkie ślady w sprawie jego śmierci.

Andrzej jedzie na wschód, czyli „nie ma darmowych obiadków”

Teoria Sumlińskiego brzmi tak: Lepper od początku poruszał się na styku polityki, biznesu i służb specjalnych. Miał potężnych sprzymierzeńców na wschodzie, szczególnie na Ukrainie. Kontakty te wyrabiał sobie latami. Gdy trafił na polityczny aut, właśnie tam szukał pomocy. Potrzebował informacji i pieniędzy, by odbić się od dna i przeprowadzić polityczną ofensywę.

Tajemnicą poliszynela jest, że zawsze posługiwał się sprawdzoną metodą zbierania haków. Na wszystkich, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Każdy polityk Samoobrony podpisywał słynne już weksle, które miały być zabezpieczeniem w razie jego niewierności wobec partii. Sprawa wyszła na jaw, gdy PiS przeprowadził swoiste polowanie na posłów koalicji, próbując masowo werbować ich pod swój sztandar. – Kluczem do sprawy jego śmierci, są kontakty na wschodzie, w Mińsku, Kijowie i Moskwie – uważa Sumliński. To stamtąd, a konkretnie z SBU (Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, silnie zinfiltrowanej przez FSB – Federalną Służbę Bezpieczeństwa Rosji) Lepper miał dostawać wiele ciekawych informacji o polskich politykach. Jak jednak bardzo celnie zauważa Sumliński, „w polityce nie ma darmowych obiadków”. Lepper musiał za swoją wiedzę zapłacić. W ten sposób wszedł w bardzo niebezpieczną grę, która okazała się dla niego za duża.

Przewodniczący Samoobrony dostawał od służb specjalnych informacje, których wagi często nie doceniał lub zwyczajnie nie rozumiał. Tak było choćby ze słynną historią o „lądowaniu Talibów w Klewkach”. Lepper palnął o tym z sejmowej mównicy, a rechot wszystkich zebranych brzmiał jeszcze długie tygodnie. Dopiero wiele lat później, gdy na jaw wyszło, że Miller i Kwaśniewski zgodzili się na tajne więzienia CIA w Polsce, okazało się, że Lepper miał rację.

Procederem ujawniania przez przewodniczącego Samoobrony niebezpiecznych informacji, miał się zająć Przemysław Gosiewski. Nieoficjalnie wiadomo, że otrzymał taką misję od szefa PiS – miał storpedować Leppera, który ujawniał wszystko, co tylko usłyszał od swoich informatorów. Nawet, jeśli nie rozumiał wagi tych informacji.

Andrzej i Zakon Michała Archanioła

Podobnie było i tym razem. Lepper zdobył cenną informację, ale nie umiał zagrać tą kartą inaczej niż zwyczajnie grożąc jej ujawnieniem. Zaczął się chwalić, że ma „bombę”, która wprowadzi go do politycznej gry na nowo. – Nie żyje, bo za dużo wiedział i wszedł komuś w drogę – mówi wprost ojciec Mykołem Hinajło, do którego dotarł Sekielski. To były kanclerz owianego mrokiem tajemnic Zakonu Michała Archanioła na Ukrainie. To para religijna masońsko-biznesowa organizacja, założona w latach 90. przez byłych oficerów radzieckich służb specjalnych. Oficjalnie zakon prowadzi działalność religijną, w praktyce – szpiegowską. Pośredniczy m.in. w operacjach finansowych pomiędzy mafią a rosyjskimi specsłużbami i pomaga w praniu pieniędzy poprzez cypryjskie instytucje. To wszystko oczywiście nieoficjalne ustalenia dziennikarzy.

Hinajło, nim został duchownym zakonu, był rosyjskim majorem, który do 1993 roku stacjonował w Polsce. Później został oficjalnym doradcą Leppera, choć ABW miała wobec niego więcej niż wątpliwości. Zdaniem polskiego kontrwywiadu, był on rezydentem GRU (Główny Zarząd Wywiadowczy) w naszym kraju i kierował całą siatką agenturalną. Jego powiązania ze służbami są w zasadzie oficjalne. Nie ukrywa, że jest bliskim przyjacielem wiceszefa SBU. Otwarcie przyznaje w rozmowie z Sekielskim, że dzięki swoim kontaktom załatwił Lepperowi doktoraty honoris causa dwóch ukraińskich uczelni, by uwiarygodnić go, jako partnera biznesowego.

Były kanclerz zakonu przyznaje, że pomagał Lepperowi, który otrzymywał od niego wiele cennych „podpowiedzi”. Dodaje jednak, że polski polityk nie umiał utrzymać języka za zębami. To od niego lider Samoobrony otrzymał informacje którymi się chwalił, a które miały być „polityczną bombą” i przepustką do powrotu na szczyt? Na pytanie Sekielskiego, Hinajło tylko się uśmiecha.

Negocjacje z Gazpromem

Wszyscy bliscy współpracownicy Leppera powtarzają, że w pewnym momencie zaczął on otwarcie mówić, że boi się o własne życie. Powtarzał, że chcą go zabić, bo on wie… Nie precyzował co wie ani kto czyha na jego życie. Być może sam nie wiedział. Czuł, że wszedł w grę z ludźmi, którzy nigdy nie mówią całej prawdy. W tle były wielkie pieniądze i służby specjalne, czyli aż nadto powodów, by liczyć się ze śmiercią. Był przekonany – zgodnie z prawdą zresztą, jak ujawnił potem informator Sulińskiego z ABW – że jest podsłuchiwany. Nic w tym dziwnego. Mówiąc językiem służb wywiadowczych, Lepper „przeciekał”, był „nieszczelny” – miał informacje, których mieć nie powinien, a których nie umiał utrzymać w tajemnicy.

Sumliński przekonuje, że przewodniczący nie chciał niczego ujawniać. Chciał jedynie „postraszyć” polityczną wierchuszkę, zaszantażować i zakulisowym układem wrócić na scenę. To nie miało jednak znaczenia. Miał wiedzę, więc stanowił zagrożenie. On sam akurat to rozumiał, bo nie raz już grywał ostro, lubił to i miał świadomość, jakie są stawki w takich partiach.

Kluczowe pytanie brzmi: Co takiego wiedział Lepper? Lub co udawał, że wie? Nieoficjalnie chodziło o szczegóły naszej umowy gazowej z Rosją, nazywanej przez niektórych „gazowym przekrętem stulecia”. Chodziło o to, że w 2009 roku w wyniku utajnionych później negocjacji, Polska podpisała skrajnie niekorzystny dla siebie kontrakt. Zobowiązaliśmy się do 2022 roku kupować od Gazpromu 11 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. To dużo więcej niż potrzebujemy, a do tego za dużo większe pieniądze, niż płaci cała reszta UE. Zobowiązaliśmy się też nie sprzedawać gromadzącej się u nas nadwyżki gazu, przez co Polska odcięła się od innych źródeł i zaniechała rozbudowy własnej infrastruktury wydobywczej. Efekt – całkowite gazowe uzależnienie od Moskwy, na dodatek za zbrodniczą stawkę.

Śmierć z gazem w tle

Założyciel Samoobrony miał mieć dokumenty, nagrania i inne dowody, które uderzały przede wszystkim w Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka, którzy prowadzili negocjacje, a potem utajnili ich przebieg i szczegóły. Lepper posiadał także wiedzę pogrążającą Leszka Millera. Chodziło o jego kontakty z CIA i pieniądze, które SLD wzięło za zgodę na tajne więzienie w Kiejkutach. Skąd pochodziły te informacje? Tak zdaniem Sumlińskiego, jak i Sekielskiego, wszystkie tropy prowadzą do Zakonu Michała Archanioła, a dalej do Gazpromu. Dziwnym zbiegiem okoliczności Aleksiej Miller, prezes Gazpromu, pojawiał się w ośrodku nad jeziorem Świteź zawsze w tym samym czasie, gdy przyjeżdżał tam lider Samoobrony. Sumliński twierdzi, że spotykali się co najmniej dwa razy. Opiera się przy tym na materiałach ABW, która od pewnego momentu śledziła każdy ruch Leppera.

Ta wiedza miała posłużyć doświadczonemu w takich rozgrywkach przewodniczącemu Samoobrony jako przysłowiowe haki. Lepper wiedział doskonale jaka jest mechanika politycznego szantażu: Najpierw powiedzieć wszystkim, że coś się ma, potem pokazać to tym, którzy na ujawnieniu najwięcej zyskają, a potem iść do tych, którzy najwięcej stracą i tam dobić targu. Lepper chciał mieć coś na kształt słynnej „szafy pułkownika Lesiaka” czy późniejszych „pawlaczy Kiszczaka”. Niemal udało mu się dobrnąć do drugiej bazy.

Lepper nalegał na spotkanie z Kaczyńskim. Doskonale wiedział, że to PiS zniszczył Samoobronę. Ale rządziła PO z PSL, więc to opozycja wyznaczała cenę, którą potem Tusk z Pawlakiem musieliby przelicytować. Prezes PiS wstępnie wyraził zainteresowanie informacjami Leppera. Cały czas przecież marzyło mu się znalezienie mitycznego „układu”, na którego tropieniu oparł całą swoją strategię, gdy był przy władzy. Do spotkania jednak nie doszło.

Gdzie się podziały notesy?

Kluczowe materiały – jak twierdzą jego bliscy – Lepper trzymał w dwóch pękatych notesach. Zazwyczaj spoczywały na dnie kasy pancernej w biurze Samoobrony. Po śmierci przewodniczącego śledczy oczywiście żadnych notesów w kasie nie znaleźli… Wicepremier miał jednak zwyczaj kopiowania najważniejszych dokumentów i zgodnie z konspiracyjnym BHP, nie trzymał ich u siebie, ale deponował u zaufanych ludzi. Do takich należeli mecenas Ryszard Kuciński i prawniczka Róża Żarska.

Kuciński blisko współpracował z Samoobroną. Bronił jej w aferze wekslowej i gruntowej. Prowadził też wspólne interesy z Lepperem, którego córka była zatrudniona w jego kancelarii. Powtarzał, że gdyby ujawnił wszystkie dokumenty, które ma, „wiele karier wyleciałoby w powietrze”. Zmarł nagle w maju 2011 roku w szpitalu, mimo dobrego stanu zdrowia. Żarska natomiast przez długi czas była członkiem Samoobrony, zasiadając w radzie politycznej partii. Broniła Leppera w wielu prywatnych procesach. Zmarła w zupełnie niejasnych okolicznościach w lipcu 2011 roku podczas wizyty w Moskwie. Jeśli przewodniczący powierzył im kopie materiałów dotyczących przekrętu gazowego – a wszystko na to wskazuje, bo to u nich trzymał swoje najcenniejsze haki – to zginęły one bez śladu.

W niewyjaśnionych okolicznościach zmarł także Petro Stech, tzw. „ukraiński łącznik” Leppera. To prawnik, który towarzyszył mu podczas każdego wyjazdu na wschód. Zmarł w hotelu w Łucku. Z jego pokoju zniknęły wszystkie dokumenty, jakie ze sobą przywiózł. Oficjalnym powodem śmierci było pęknięcie trzustki. Policja jeszcze tego samego dnia zamknęła sprawę. Jego bratu nie pozwolono zapoznać się z żadnym dokumentem ekspresowo przeprowadzonej sprawy.

Andrzej patrzy na Ziobrę, czyli nowy świadek i nowe nagranie

W połowie 2017 roku Sławomir Izdebski, były senator Samoobrony, rolnik i działacz związkowy, ogłosił, że „znalazły się materiały przez które zginął Lepper”. Jak twierdził, była jeszcze jedna kopia dokumentów, które przewodniczący przywiózł ze wschodu, a którą ukrył u osoby, która jest teraz „ważnym świadkiem w sprawie”. Rolniczy działacz napisał pismo do prokuratury i Zbigniewa Ziobry, w którym domagał się wznowienia śledztwa. Dzwonił też z całą sprawą do Kaczyńskiego.

Zdziwiona prokuratura ogłosiła, że pierwsze słyszy o takich dokumentach. Tymczasem Izdebski twierdził ponadto, że poza „ukrywającym się do tej pory świadkiem” i dokumentami, istnieje też nagranie z rozmowy Leppera na dzień przed śmiercią. Kim jest świadek Izdebskiego – nie wiadomo. Gdzie są odnalezione dokumenty – także nie wiadomo. Cokolwiek wiadomo tylko o nagraniu, którego część wyciekła do mediów. Słychać na nim rozmowę przewodniczącego Samoobrony z dziennikarzem. Lepper chwali się, że ma materiały operacyjne ukraińskich i rosyjskich służb specjalnych na temat umowy gazowej z Polską. Wymienia też osoby, które chciałyby mu zaszkodzić i zapewnia, że czuje się świetnie mimo problemów rodzinnych, pogróżek i ogólnego odczucia, że jego życie jest zagrożone. Dla Izdebskiego, mocno zafascynowanego książką Sumlińskiego, to „jasny dowód, że Lepper sam się nie zabił”.

Tajemnica państwowa

Wcześnie, na początku lutego 2017 roku, wezwanie do złożenia zeznań w prokuraturze otrzymał sam Sumliński. Co ciekawe, „w charakterze świadka w sprawie (…) dotyczącej doprowadzenia Andrzeja Leppera w dniu 5 sierpnia 2011 roku namową lub poprzez udzielenie pomocy do targnięcia się na własne życie”. Czyli już nie w sprawie samobójstwa, a w pewnym sensie zabójstwa. Dziennikarz śledczy zeznawał 3,5 godziny. Nie ukrywał, że robi to bardzo chętnie. Już od premiery książki domagał się wznowienia śledztwa. Sugerował też, że ma dokumenty, które ujawnić może tylko w prokuraturze, w przeciwnym razie naraża się na zarzuty ujawniania informacji niejawnych, za co grozi do 10 lat więzienia.

Kluczowe dla sprawy miało okazać się jednak przesłuchanie Tomasza Budzyńskiego, majora ABW, byłego szefa delegatury tej służby w Lublinie. Informator Sumlińskiego chciał zeznawać, ale… nie został zwolniony z tajemnicy państwowej. – Powiedziałem prokuratorowi tyle, ile powiedzieć mogłem. Dotąd nikt z tajemnicy państwowej mnie nie zwolnił. Ale powiedziałem dość, by prokurator nie miał najmniejszych wątpliwości, że w śmierć Leppera były zaangażowane tzw. osoby trzecie. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Lepper został zamordowany – powiedział po wyjściu z prokuratury były oficer ABW.

Zasłona milczenia

Reasumując, do głosów mówiących, że człowiek tak silny, wierzący i planujący powrót na szczyt jak Lepper nie mógł popełnić samobójstwa, dołączyły te znacznie bardziej frapujące. Dziwne decyzje policji, bardzo niebezpieczne kontakty Leppera na wschodzie, głębokie zaangażowanie ABW w jego obserwację… To wszystko sprawia, że śmierć przewodniczącego Samoobrony rzeczywiście budzi wiele wątpliwości.

Jeśli założymy, że został wyeliminowany przez służby specjalne, oznaczałoby to, że rzeczywiście zdobył na wschodzie wiedzę, która zagrażała „najwyższym czynnikom państwowym”. Politycznie Lepper był pokonany: skompromitowany i upokorzony. Nie byłoby sensu pastwić się nad nim, chyba że istniała więcej niż obawa, że ma czym zagrozić władzy i wrócić do „gry o tron”. Zatem teoria mówiąca, że będący na kolanach Lepper zdecydował się na karkołomną grę va banque i „pakt z diabłem”, który przyniósł mu haki niesłychanego kalibru, a potem śmierć z ciemnej ręki służb specjalnych, sterowanej przez władzę, wydaje się kusząca.

Czy tak było? W odpowiedzi na to pytanie piłka jest po stronie prokuratury. Tym bardziej, że skupiający w swoich rękach coraz więcej władzy minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie, czyli Zbigniew Ziobro, może w łatwy sposób zerwać zasłonę milczenia nad sprawą. Dziwnym trafem jednak niewiele w tej sprawie robi, oddając pole dziennikarzom śledczym, publicystom czy zwykłym koneserom teorii spiskowych. Trudno oprzeć się wrażeniu, że władzy nie zależy na rozwianiu wątpliwości dokoła śmierci wicepremiera z Samoobrony. Być może dlatego, że w polityce bardzo często większy pożytek jest z zamętu, niedomówień, chaosu i ogólnych oskarżeń, niż klarownych konkretów. Po tej łące króliki się gania, a nie się je łapie.

Michał Piasecki
Michał Piasecki
Absolwent filozofii (UJ) oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej (UPJPII). Studiował trzy kierunki na czterech uczelniach w dwóch miastach. Animator, wychowawca, dziennikarz i redaktor. Pasjonat popkultury, książek, przemian kulturowych i zachowań młodzieży. Entuzjasta nowych mediów i wyznawca death metalu. Kolekcjoner wszystkiego co mieści się w domu i/lub głowie. Wydawca aplikacji Upday.
AUTOR

Polecamy

Komentarze