“W Polsce ludzie zwracają mniejszą uwagę na Abhiego niż na mnie w Indiach” – rozmowa z autorami bloga “Polindi Diaries”

Polsko-hinduska para i historia ich miłości
7 minut czytania
934
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
24 listopada 2017
fot. polindidiaries.blogspot.com

Zanim się pobrali w grudniu 2016 roku, spędzili wiele godzin na Skype’ie, a jeszcze wcześniej na portalu randkowym. Jak wygląda polsko-hinduski związek, w którym często żyje się na odległość? Poznajcie historię twórców bloga „Polindi Diaries” – Justyny i Abhiego Madan.

W życiu każdego z nas zdarza się moment, kiedy postanawiamy coś zmienić. Jak to się stało, że zdecydowaliście się założyć konta na portalu randkowym?

Justyna Madan: Wydaje mi się, że głównym czynnikiem, który prowadzi ludzi do szukania tzw. bratniej duszy jest samotność. Kiedy codziennie wraca się do pustego domu i nagle uświadamiamy sobie, że czegoś nam brakuje. W dobie internetu, kiedy wszyscy siedzą z nosami w smartfonach i laptopach, ciężko jest poznać kogoś w „bibliotece”. Nie jest to oczywiście niemożliwe, natomiast my oboje jesteśmy ciekawi świata i zarejestrowaliśmy się na portalu randkowym ogólnoświatowym, bo chcieliśmy poznać ludzi z różnych krajów. Ja byłam w czasie przeprowadzki, dużo się w moim życiu działo. Abhi z kolei pracował w korporacji i nie miał za dużo czasu na życie… Nie rejestrowaliśmy się tam z myślą o miłości. To się po prostu stało.

Abhi Madan: Zarejestrowałem się na tej aplikacji, bo chciałem nawiązać nowe kontakty, poznać nowych ludzi. W tym czasie byłem dosyć wyizolowany z życia społecznego, bardzo dużo pracowałem i poza pracą praktycznie nie miałem własnego życia.

Ludzie często traktują tego typu portale niczym hipermarket – wymogi wobec potencjalnych partnerów są często wygórowane, a użytkownicy bardziej patrzą na wygląd i sytuację materialną, aniżeli na zainteresowania bądź cechy charakteru. Jak to wyglądało w waszym przypadku?

Justyna: Nie oszukujmy się. Wiele osób umawia się w internecie na seks bez zobowiązań. Właśnie dlatego wygląd na portalach randkowych jest dla nich taki ważny. Nami kierowała samotność i chęć rozmowy. Na nic się nie nastawialiśmy, ale skłamałabym, że nie było w tym żadnej nadziei. Moim zdaniem rejestrujesz się na tego typu stronach w jakimś celu. Dla seksu, nowych znajomych, ale jest też cień nadziei na miłość.

Pamiętacie waszą pierwszą rozmowę na Skype’ie? Jak wyglądała?

Justyna: Jasne! Takich rzeczy się nie zapomina! Abhi miał mnie uczyć języka angielskiego. Z rozmowy na czacie wyszło, że mam duże braki w gramatyce, a Abhi zna angielski równie dobrze, co swój rodzimy język, hindi. Łatwo się domyślić, że na nauce angielskiego nie spędziliśmy ani minuty. Rozmawialiśmy jednak bardzo długo. Abhi był właśnie u swojego najlepszego przyjaciela, więc i jego przy okazji poznałam. Bardzo dużo się śmialiśmy. Nie czuliśmy ani grama stresu. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że rozmawiamy ze sobą po raz pierwszy. Po prostu nie zamykały nam się usta.

Jak do waszej relacji podchodzili znajomi i rodzina? Nie przeszkadzały im różnice kulturowe, fakt, że poznajecie się przez internet? Mogliście liczyć na ich wsparcie?

Justyna: Mam bardzo wspierającą rodzinę. Tzn. ja zawsze byłam szalona i robiłam różne dziwne rzeczy w życiu. To, co moja rodzina sobie myśli to pewnie jedno, ale co robią to drugie. Mama dała mi nawet połowę sumy na bilety do Indii. Oczywiście była trochę zestresowana, bała się że mnie ktoś porwie i zamorduje albo sprzeda (śmiech). Mama Abhiego dowiedziała się o mnie bardzo szybko – kiedy rozmawialiśmy na Skype’ie, zawsze się ze sobą witałyśmy. Na pierwszym spotkaniu też było bardzo sympatycznie. Po prostu rodzice mojego męża od zawsze powtarzali, że nie będą ingerować w ich życie (Abhi ma młodszego brata), a już na pewno nie będą wybierać im żon.

Po wielu rozmowach przez Skype przyszła pora na decyzję o spotkaniu… Jak się udało?

Justyna: To Abhi miał przylecieć do mnie. Okazało się jednak, że dostanie wizy do Polski nie jest takie proste, zwłaszcza jeśli nie ma się na koncie milionów złotych monet. To był dla nas szok, a nie chcieliśmy czekać, gdyż już wtedy wiedzieliśmy, że chcemy razem być. Sprawę ułatwiły nam dwie rzeczy. Pierwsza – dla mnie dostanie wizy do Indii było kwestią dokonania opłaty tak naprawdę. Druga – zawsze marzyłam o podróżach, ale bardzo się tego bałam. Nie byłam dalej niż w Grecji. Ta miłość dała mi kopa. Złożyłam podanie o paszport, a potem o wizę. Wiedziałam, że wszystko będzie w porządku. Nawet gdyby jakimś cudem coś między nami nie zagrało na żywo, to chociaż spędzę wakacje swojego życia. Nie miałam stresu przed spotkaniem Abhiego, tylko stres przed samotną podróżą i tak dalekim lotem samolotem.

Co najbardziej zaskoczyło cię w Indiach?

Justyna: Trudno mi coś wymienić czy mówić o szoku, bo znałam kulturę Indii wcześniej i wiedziałam, czego się spodziewać. Poza tym rodzina Abhiego nie jest jakaś skrajnie tradycyjna. Jestem natomiast na Facebooku w grupie dziewczyn, które wyszły za Indusów i to, co dzieje się w ich rodzinach to rzecz, którą ciężko mi pojąć. Są sytuacje, kiedy ludzie ukrywają się latami, bo rodziny nie zaakceptują białych kobiet jako żon ich synów. Poza tym nienawidzę w Indiach biurokracji i systemu łapówek dopracowanego do perfekcji. I tego, że kobiety wciąż są traktowane jak kategoria podludzi, służących i niewolnic. Indie to chyba jedyny kraj, który modli się do bogiń, a traktuje kobiety jak ludzi gorszej kategorii. Czy to nie okropne?

„Nie rozumiem dlaczego bywa, że ludzie w Delhi patrzą na mnie jak na kosmitkę” – pisałaś w jednym z wpisów na waszym blogu. Jak dokładnie wyglądały doświadczenia twoje i Abhiego w Polsce oraz Indiach? Czy spotykały was przykrości z powodów rasowych?

Justyna: Nie. Ja właśnie poza tym gapieniem się, nie miałam żadnej rasistowskiej sytuacji w Delhi. Gapili się i tyle. Gorzej, kiedy miałam zły dzień, wtedy mnie to denerwowało, ale poza tym ludzie byli dla mnie mili, pomocni, uczynni. Nikt nigdy nie sprawił mi żadnej przykrości. Rikszarze zazwyczaj pytali, skąd jestem i tyle. Mam natomiast  koleżanki, które non stop są proszone o zrobienie zdjęcia albo nagabywane. Mnie się wydaje, że ludzie przez te tatuaże boją się Abhiego, więc i mnie nie zaczepiają. Jeden raz w metrze kilku chłopaków zaczęło nas obgadywać po nepalsku. Abhi mówi biegle również w tym języku, więc kiedy zwrócił im uwagę myślałam, że spalą się ze wstydu. Przepraszali go.

W Polsce natomiast mieliśmy dwie sytuacje. Tzn. pijane dresy, bo nie wiem jak inaczej ich nazwać, a każdy chyba będzie wiedział o jaki typ człowieka chodzi, rzuciły coś pod nosem. Ale właściwie nie było w tym żadnej agresji, zaczepek. Nikt nie krzyknął „wyp***j” ani właściwie nic. Chyba w Polsce generalnie na Abhiego ludzie zwracają mniejszą uwagę niż na mnie w Indiach.

Jak waszego polsko-hinduskiego bloga przyjmują czytelnicy? Kibicują wam?

Justyna: Fajne są reakcje ludzi na naszego bloga. Czasami komentują, ale częściej piszą prywatnie. Co ciekawe, najczęściej poprzez Instagram, na którym jesteśmy bardzo aktywni (@polindidiaries, przyp. red.). Niektórzy dzielą się swoją miłością – stworzyliśmy nawet serię o miłości na odległość, jedna z opisanych par niedawno spotkała się na żywo po praz pierwszy i są totalnie w sobie zakochani. Otrzymujemy dużo pytań w kwestiach formalnych, najczęściej dotyczą dokumentów potrzebnych do ślubu. Inni chcą po prostu powiedzieć, że im się podoba lub mają podobne doświadczenia, ale od czasu do czasu trafi się oszołom, który nic nie przeczyta. Myśli, że to moje prywatne konto i chce się umawiać na randkę. Jeden chłopak chciał nawet, żebym rozstała się z Abhim i związała z tym drugim.

A jak wyglądał wasz ślub?

Justyna: To był cudowny dzień. Nie mieliśmy ani chwili na żadne przemyślenia tak naprawdę. Poszliśmy do świątyni pogadać z duchownym o ceremonii, a on mówi, że ma wolne za tydzień, a później to lepiej się wstrzymać, bo układ gwiazd nie jest najkorzystniejszy, żeby brać ślub. Mieliśmy dokładnie siedem dni na przygotowania. Fajnie było. Nic bym nie zmieniła. To był magiczny czas. Sam ślub w świątyni też jest niesamowity z wszystkimi rytuałami i mantrami, których oczywiście nie rozumiałam, więc nie wiem, czy tak naprawdę nie sprzedałam komuś nerki…

Abhi: Dzień zaczął się dla nas bardzo wcześnie, od porannej pobudki i wykonywania pewnych rytuałów związanych z hinduizmem, następnie odwiedziło nas wiele osób – rodzina, przyjaciele i sąsiedzi. Przede wszystkim chcieli zobaczyć pannę młodą, ponieważ wiedzieli, że nie jest Hinduską  i wszystkich zżerała ciekawość. Dzień był męczący, ale wszystko wyszło tak, jak powinno, a my pobraliśmy się tak, jak planowaliśmy i było wspaniale.

Jak dużą rolę w waszym związku odgrywa duchowość?

Justyna: Cóż, nie jesteśmy zbyt religijni ale jednocześnie duchowość nie jest nam obca. Wierzymy, ale na swój sposób. Poza tym uważamy, że Bóg jest jeden. Ma wiele postaci. To może być Jezus, Shiva, Allah. Ważne jest, aby być dobrym człowiekiem, bo można modlić się pięć razy dziennie i być wspaniałą osobą, a można też chodzić do kościoła co niedzielę i być sadystą. Nie o duchowość tu chodzi, a o człowieka.

W waszą relację wpisane jest niestety życie na odległość. Jak radzicie sobie z tą sytuacją?

Justyna: Nie będę słodzić czy upiększać. Życie na odległość jest do dupy, a po ślubie znosimy je dwa razy gorzej. Zwłaszcza, że wcześniej mieliśmy okazję mieszkać razem przez siedem miesięcy, przyzwyczaić się do swojej obecności. A tu nagle poduszka obok jest pusta i trzeba się z tym oswoić. Nie jest to jednak rzecz, której nie da się przeżyć. Za nami właśnie najdłuższa rozłąka, bo pięciomiesięczna, a znam ludzi, którzy żyją tak o wiele dłużej. Jedna dziewczyna na przykład po ślubie musiała wrócić do swojego kraju i zobaczyła swojego męża  po ponad 600 dniach! Dlatego właśnie internet to potęga. Umożliwia komunikację. Codzienne rozmowy, podczas których można zobaczyć swoją twarz ukochanej osoby, a do tego smsy i maile ułatwiają trochę życie. Jeżeli ludzie się kochają, to się uda. Nie widzę innej opcji.

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze