Zapomnij o bzdurach, nadchodzą Sex Pistols!

Czy można o nich zapomnieć?
6 minut czytania
222
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
6 listopada 2017
fot. dimitris_k/Shutterstock.com

40 lat temu ukazała się jedyna studyjna płyta Pistolsów – „Never Mind the Bollocks, Here’ s the Sex Pistols”. Zarówno album, jak i sam zespół obróciły brytyjską scenę o 180 stopni pokazując, że bardziej niż umiejętności gry na instrumentach, liczy się siła wyrazu!

„Punk”, jak na typowe angielskie słowo przystało, ma wiele znaczeń. „Gówniarz”, „prostytutka”, „zgniłek”, „chuligan”. Nic więc dziwnego, że subkultura młodych buntowników, która za wrogów obrała sobie religie, rząd, policję, wojsko, media, jak również rocka progresywnego i psychodelicznego, otrzymała właśnie taką nazwę. Punkowcy mieli prosty przekaz – „chrzanić poprawne zachowanie, pora na anarchię!”. Naiwne to myślenie, ale doskonałe z komercyjnego punktu widzenia.

O ile w przypadku warstwy muzycznej to Brytolom przypisuje się wynalezienie punk rocka, o tyle korzeni tej muzyki należy szukać w USA, gdzie funkcjonowali Iggy Pop & The Stooges, Ramones czy Television. Dostrzegał to późniejszy manager Sex Pistols, Malcolm McLaren, który w 1974 roku poleciał do Nowego Jorku, gdzie wypatrzył formację New York Dolls. Wtedy po raz pierwszy spróbował sił w roli managera, jednak grupa dosyć szybko zakończyła działalność. Dla McLarena nie była to jednak wielka strata – powrócił bowiem do Wielkiej Brytanii z pomysłem na nowy biznes!

Chuligański „Sex”

Punkowa moda zagościła w nowym sklepie, należącym doMalcoma i jego partnerki Vivienne Westwood, o dość prostej i sugestywnej nazwie „Sex” (wcześniej nazywał się „Let It Rock” oraz „Too Fast to Live, Too Young to Die” i można w nim było nabyć ciuchy charakterystyczne dla subkultury Teddy Boys, później natomiast w jego asortymencie pojawiło się również coś dla miłośników sadomasochizmu). Tutaj spotkali się członkowie bandu o nazwie The Strand, którym szybko zaopiekował się McLaren. Postawił jednak warunek – Steve Jones rolę wokalisty miał oddać Johnny’emu Rottenowi, a ówczesnego basistę miał zastąpić Glen Matlock, pracownik sklepu. Na perkusji zasiadł Paul Cook. Tak narodzili się Sex Pistols – mroczne oblicze dzieciaków z brytyjskiej klasy robotniczej.

Niszczenie sprzętu na pierwszych koncertach, odłączenie prądu, bójki w siedzibach wytwórni płytowych oraz chamskie zachowanie w mediach – tak prezentował się image Pistolsów, których Brytyjczycy uznawali za „ucieleśnienie zła”. Kiedy w końcu udało im się podpisać kontrakt z Virgin Records, świat ujrzało jedyne studyjne dzieło zespołu „Never Mind the Bollocks, Here’s the Sex Pistols”. Płyta ukazała się dokładnie 28 października 1977 roku i promowana była przez takie single, jak „God Save the Queen”, „Anarchy in the UK”, „Pretty Vacant” czy „Holidays in the Sun”. Proste gitarowe riffy, darcie gęby, dzika i szalona energia stanowiły przeciwieństwo 20-minutowych kompozycji prog-rockowych gigantów.

„Boże, chroń królową!”

„Zgniły Johnny” („Rotten” to po angielsku „zgniły”- tak nazwano Johna Lydona ze względu na fatalny stan jego uzębienia) raz wykrzykiwał słowa o tym, że „jest antychrystem i anarchistą”, a raz wyznawał miłość królowej twierdząc, iż „reprezentuje ona faszystowski reżim i nie jest ludzkim stworzeniem” (fragment tekstu „God Save the Queen”, przyp. red.). Konserwy dostawały nudności, rodzice bili na alarm, a niegrzeczne dzieci cieszyły się, że wreszcie mają swój głos w postaci kilku porąbańców. Członkowie kapeli byli z jednej strony uwielbiani, z drugiej zaś nienawidzeni i atakowani na ulicy. Tego typu zachowania podsycił występ na płynącym po Tamizie statku, w trakcie którego muzycy wykonali swój słynny anty-hymn. Dodajmy, iż miało to miejsce w czasie obchodów Srebrnego Jubileuszu panowania brytyjskiej królowej Elżbiety II.

Autorem tych niekonwencjonalnych pomysłów był skaczący ze szczęścia McLaren, który nie dość, że doprowadził swoich podopiecznych do pierwszego miejsca brytyjskiej listy, to jeszcze dokooptował do ich składu prawdopodobnie największe beztalencie muzyki gitarowej, Sida Viciousa – miłośnika heroiny i przemocy, którego osobowość okazała się być trampoliną do sukcesu Sex Pistols. Koleś bez hamulców – pobił łańcuchem rowerowym dziennikarza New Musical Express, który napisał negatywną opinię o zespole, wyzywał amerykańską publiczność od „pedałów”, a nawet wyciął sobie brzytwą na klatce piersiowej słowa: „Gimmie a fix”. Nie umiał grać na basie (podczas sesji nagraniowych zastąpić go miał wywalony wcześniej z kapeli Matlock, jednak ostatecznie rolę studyjnego basisty wziął na siebie gitarzysta Steve Jones), ale wizerunkowo był idealny. Bez niego najsłynniejszy punkowy boysband świata nie miałby racji bytu. Destrukcyjny styl życia i związek z Nancy Spungen, o której morderstwo został oskarżony, wpłynęły negatywnie na stan Sida, który coraz bardziej popadał w heroinowy nałóg. Zmarł 2 lutego 1979 roku z powodu przedawkowania. Prochy Viciousa zostały rozrzucone przez jego matkę oraz Jerry’ego Only’ego z zespołu Misfits nad grobem ukochanej.

Koniec Sex Pistols?

Choć Pistolsi zakończyli swoją działalność w 1978 roku (powracali w 1996 oraz 2002 i 2007 roku), ich wpływ na muzykę rockową XX wieku jest ogromny. Punk pokazał, że rock’n’roll wcale nie umarł, tylko zasnął na pewien czas, by obudzić się jako efekt uboczny buntu i ekspresji brytyjskich chuliganów. Nawet jeśli był to tylko spektakl zmarłego w 2010 roku Malcolma McLarena, który chcąc szokować purytańskich Brytyjczyków, wypiął się na poprawne maniery swoich krajan, to całe przedsięwzięcie możemy uznać za niezwykle udane.

Mimo że istniały o wiele bardziej interesujące od naszych bohaterów kapele, takie jak chociażby The Clash czy The Damned, to właśnie banda szaleńców zwana Sex Pistols wprowadziła na salony taniec pogo, punkowe ciuchy i cały ten chaos, towarzyszący współcześnie występom ich następców. Scena gitarowa z pewnością nie byłaby tak barwna, gdyby nie podopieczni Mclarena i ich niespełna 40-minutowe dzieło wyprodukowane przez Chrisa Thomasa oraz Billa Price’a. Potwierdza to również fakt, iż zespół został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame w 2006 roku, choć jego członkowie odmówili udziału w ceremonii, wysyłając ręcznie napisany przez Johna Lydona wulgarny list.

Dziś, kiedy 61-letni Lydon odcina kupony od sławy, udając ostatniego buntownika showbiznesu, możemy tylko ironicznie się uśmiechnąć. Dobrze chociaż, że powrócił do nagrywania z Public Image Limited (formacja uznana za pionierską dla gatunku post punk, którą Lydon założył po rozpadzie Sex Pistols, przyp. red.) – to nieco ratuje jego mocno wątpliwą wiarygodność.

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki

W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.


AUTOR

Polecamy

Komentarze