Zróbmy sobie dziecko. Plemniki z dostawą do domu czy wizyta w banku nasienia?

Dzieci powstają nie tylko w sypialni
17 minut czytania
3497
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
27 listopada 2017

Janusz ma 35 lat i lubi spełniać marzenia innych ludzi. Dlatego pomaga zajść w ciążę samotnym kobietom. Robi to metodą tradycyjną, jak sam mówi: przez krótkie zbliżenie w warunkach domowych.

W Polsce singielki nie mogą skorzystać ani z zapłodnienia in vitro, dzięki któremu rodzi się rocznie ok. 6 tys. dzieci, ani z domacicznej inseminacji, która pozwala przyjść na świat ok. 2 tys. dzieci.

Kochanie, mam dni płodne

Andżelika ma 42 lata. Mieszka w niewielkim mieście na południu Polski i prowadzi prosperującą firmę. Cztery lata temu zakończyła długoletni nieformalny związek. – Powody mojego rozstania z partnerem są złożone, ale jednym z nich jest kwestia dziecka – mówi kobieta. – Ja bardzo chciałam wydać je na świat, on nie był do tego tak entuzjastycznie nastawiony. Właściwie dwa ostatnie lata wspólnego życia to moja walka o zajście w ciążę. Gdy kończyłam pracę, wskakiwałam do samochodu i dzwoniłam do Leszka, krzycząc do słuchawki: kochanie, mam dni płodne, zaraz będę, przygotuj się. Wiem, że miał dosyć takiego zadaniowego podejścia do rzeczy, ale potrzeba urodzenia dziecka była tak silna, że jego stan psychiczny był mi w pewnym momencie obojętny – opowiada.

Andżelice mimo starań nie udało się zajść w ciążę. Jej partner po rozstaniu związał się z inną kobietą, która, o ironio, niedługo potem została matką. To był cios, lecz z emocjonalnym kryzysem szybko się uporała i nie przestała walczyć o dziecko. – Jednak nie zdecydowałam się na kolejny związek. Bałam się. Nie chciałam też być nieuczciwa wobec partnera, który mógłby się poczuć jak reproduktor. Zdecydowałam się na domową inseminację polegającą na samodzielnym zaaplikowaniu sobie nasienia – tłumaczy Andżelika, która zamówiła je w znanym banku dawców spermy Cryos z Danii.

W Polsce singielki nie mogą skorzystać ani z zapłodnienia in vitro ani z domacicznej inseminacji

Dziecko nie dla samotnych

Chętnie skorzystałaby z nasienia polskiego dawcy, ale w jej przypadku musiałoby ono pochodzić z czarnego rynku, więc nie zdecydowała się na takie rozwiązanie. – Zgodnie z Ustawą o leczeniu niepłodności z 2015 r. z zabiegów inseminacji oraz in vitro mogą korzystać wyłącznie pary heteroseksualne, zarówno małżeństwa, jak i związki nieformalne – mówi dr Andrzej Hajdusianek, ginekolog-położnik z Kliniki Leczenia Niepłodności INVICTA w Gdańsku.

Tym samym zarówno singielki, które chciałyby zostać matkami, jak i kobiety żyjące w związkach jednopłciowych w sprawach prokreacji muszą radzić sobie same. Szukają więc dawcy w internetowych serwisach ogłoszeniowych, co bywa ryzykowne, albo korzystają z zagranicznych banków nasienia – a to już proceder legalny, bo te placówki podlegają przepisom prawa obowiązującym w krajach, w których mają siedziby, a nie tym obowiązującym w Polsce.

Przesyłka z plemnikami

Zanim profesjonalnie zapakowane i schłodzone przy użyciu suchego lodu nasienie wraz z zestawem aplikacyjnym zostanie dostarczone przez kuriera do domu klientki, musi ona dokonać wyboru dawcy. Wspomniany Cryos, działający od lat 90. XX wieku i wysyłający spermę do 70 krajów na całym świecie, ma w swej bazie zarówno tych dawców, którzy chcą pozostać anonimowi, jak i tych, którzy wyrażają zgodę na kontakt z dzieckiem, jeśli ono, po osiągnięciu pełnoletności, będzie sobie tego życzyć. Część dawców ma na stronie internetowej banku tzw. profil rozszerzony, dzięki czemu zainteresowana może swojego „wybranka” dość dokładnie poznać. Poza szczegółowym opisem wyglądu zewnętrznego jego samego oraz jego rodziców i dziadków można tam znaleźć informacje o profesji dawcy, jego pasjach, nawykach żywieniowych, cechach osobowości, językach obcych, jakimi włada, i powodów, dla których zdecydował się na oddanie nasienia. Na profilu jest też jego zdjęcie z dzieciństwa i próbka głosu. Za nasienie, zainteresowany biorca musi zapłacić od 50 do 700 Euro.

Marketing i zarządzanie…  duńskim nasieniem

Dania, w której działają dwa największe banki spermy, Cryos oraz Europejski Bank Nasienia, jest obecnie jego najpotężniejszym eksporterem, z usług którego korzystają nie tylko klienci indywidualni, ale także kliniki leczenia niepłodności. Dlaczego duńskie plemniki cieszą się takim zainteresowaniem? Czy są lepsze niż te innych nacji? – Równie dobre jest nasienie ze Szwecji lub z Wielkiej Brytanii, ale w tych krajach obowiązuje wyłącznie dawstwo jawne, co utrudnia prowadzenie banków nasienia na skalę międzynarodową, bo wymagania prawne są tam duże, a poziom refleksji nad prawami dziecka wyższy, więc zyski byłyby znacznie mniejsze – tłumaczy Anna Krawczak ze Stowarzyszenia na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Podkreśla też, że o popularności duńskiego nasienia decyduje nie tylko korzystna sytuacja prawna w tym kraju, ale także dobrze działający marketing, wiążący się z aktywnością właścicieli tamtejszych banków nasienia i uprawianym przez nich lobbingiem.

Polskie singielki, które chciałyby zostać matkami, jak i kobiety żyjące w związkach jednopłciowych, w sprawach prokreacji muszą radzić sobie same. Szukają więc dawcy w internetowych serwisach ogłoszeniowych albo korzystają z zagranicznych banków nasienia

Dawca wyselekcjonowany

Polskie kliniki leczenia niepłodności też posiłkują się nasieniem z zagranicy. Należy do nich m.in. klinika GAMETA, która jednak oprócz tego ma własny bank nasienia. Swój bank komórek jajowych oraz nasienia posiada również INVICTA, prowadząca program honorowego dawstwa nasienia, do którego może przystąpić każdy zdrowy mężczyzna między 18. a 40. rokiem życia. Ale, jak podkreśla dr Hajdusianek, dawcą nie zostaje pierwszy lepszy człowiek z ulicy. Przede wszystkim zainteresowany przechodzi, przeprowadzane na koszt ośrodka, badania diagnostyczne, m.in.: badanie płodności, hormonalne, infekcyjne oraz genetyczne. Następnie jest kierowany na konsultację do lekarza, a później do psychologa. Ten ostatni potwierdza zdrowie psychiczne przyszłego dawcy oraz bada motywacje jego decyzji. – Poza tym rozmawia z mężczyzną o potencjalnych konsekwencjach prawnych i emocjonalnych oddania nasienia, dzięki czemu dawca może podjąć w pełni świadomą decyzję – mówi lekarz.

Zaznaczyć trzeba, że ani rozmowa z psychologiem, ani testy psychologiczne nie są obowiązkowe, więc nie wszystkie ośrodki leczenia bezpłodności się na nie decydują. –  Brak zapisu o ustawowym obowiązku przeprowadzania takich konsultacji to jedna z wielu wad Ustawy o leczeniu niepłodności – mówi Anna Krawczak.

Dawca o wyglądzie ojca

Nasienie jednego mężczyzny zgodnie z obowiązującym u nas prawem może być wykorzystane do 10 ciąż. Oczywiście nie ma gwarancji, że operatywny dawca nie działa też na własną rękę i nie przyczynia się do ciąż ponadprogramowych, proponując swe usługi np. na stronach internetowych dawców spermy. Tu nie ma ograniczeń ani co do liczby ewentualnych potomków, ani co do tego, z jaką partnerką ich spłodzi. W klinikach leczenia bezpłodności natomiast to nie dawca decyduje, komu odda nasienie. Robi to lekarz, stosując tzw. dobór fenotypowy, to znaczy starając się, by nasienie pochodziło od dawcy, który ma jak najwięcej zewnętrznych cech wspólnych z partnerem biorczyni. – Bierze się tu pod uwagę: kolor oczu, włosów, skręt włosa, budowę ciała i karnację. Uwzględnia się też grupę krwi i czynnik Rh. W niektórych bankach istnieje możliwość wyboru dawcy pod względem wykształcenia, zawodu i profilu psychologicznego, ale z punktu widzenia prawa i dotychczasowej wiedzy medycznej nie ma to dużego znaczenia. Niekiedy jest to natomiast istotne dla rodziców – tłumaczy dr Paweł Radwan z Kliniki Leczenia Niepłodności w Szpitalu GAMETA.

Jak mówi dr Hajdusianek, dobór fenotypowy wydaje się dobrym rozwiązaniem, zarówno z perspektywy uwarunkowań społecznych, jak i rodzinnych. – Jeszcze zanim w życie weszła Ustawa o leczeniu niepłodności wprowadzająca taki wymóg, większość par, które w procesie leczenia musiały skorzystać z banku gamet, oczekiwała, że dawca będzie podobny do przyszłego ojca dziecka – wyjaśnia.

Usuwanie śladów

Inne stanowisko w tej sprawie zajmuje Stowarzyszenie „Nasz Bocian”, twierdząc, że kryterium doboru fenotypowego to jedno z interesujących pęknięć Ustawy, która w założeniu ma charakter biomedyczny i operuje faktami naukowymi, a w tej sprawie ujawnia lęki społeczne. – Nie ma żadnego medycznego ani klinicznego uzasadnienia dla doboru fenotypowego ani dla doboru zgodności grup krwi. Jedyną przesłanką dla takiego rozwiązania jest chęć zatarcia śladu dawstwa w biografii dziecka, aby nie dostarczać mu powodów do domysłów, że może nie być spokrewnione genetycznie z ojcem, matką lub obojgiem rodziców w przypadku dawstwa zarodka – mówi Anna Krawczak.

Najważniejsze jest zdobycie nasienia. Sposób jego aplikacji bywa sprawą drugorzędną…

Tendencje do zacierania śladów dawstwa ułatwia też fakt, że od 2015 roku, czyli od wejścia w życie Ustawy, w naszym kraju dawstwo nasienia, komórek jajowych oraz zarodków jest bezwarunkowo anonimowe. Zainteresowani, po uzyskaniu pełnoletności, mogą jedynie domagać się od Ministerstwa Zdrowia, prowadzącego rejestr dawców, informacji na temat miejsca i daty ich urodzenia oraz wyników badań, jakie wykonali przed oddaniem komórek rozrodczych.

Anonimowość, pobożne życzenie ginekologów

Anonimowość przekreśla szansę na poznanie tożsamości nie tylko dawcy, ale także przyrodniego rodzeństwa, czyli osób urodzonych z wykorzystaniem materiału tego samego dawcy, co często jest bardzo ważne dla dorosłych już dzieci, które urodziły się dzięki medycznie wspomaganej reprodukcji. Anna Krawczak mówi, że, jak pokazują prowadzone od 30 lat na całym świecie badania, tajemnica związana z dawstwem jest dla rodzin, a szczególnie rodziców, wielkim ciężarem. – Dawstwo anonimowe daje lekarzom złudną wizję, że sprawują nad tym procesem kontrolę, co nie jest prawdą: ono nie jest i nigdy nie będzie szczelne, ponieważ funkcjonowanie rodziny po narodzinach dziecka nie ma już nic wspólnego z medycyną ani autorytetem ginekologa, lecz z życiem i relacjami międzyludzkimi. Z tego też powodu dawstwo jawne staje się modelem dominującym w Europie. Innym powodem jest fakt, że w dłuższej perspektywie państw nie stać na wypłacanie odszkodowań dorosłym dzieciom, którym nie daje się szansy na poznanie dawcy i które skutecznie skarżą publiczne instytucje o złamanie ich praw wynikających z Europejskiej konwencji praw człowieka i Konwencji o prawach dziecka – tłumaczy przedstawicielka „Naszego Bociana”.

Zapis o anonimowości wyeliminował również tzw. dawstwo wewnątrzrodzinne, czyli sytuacje, w których płodna siostra oddawała swoje komórki siostrze niepłodnej lub płodny brat przekazywał temu niepłodnemu nasienie.

Plemniki oddam – dyskretnie i z przyjemnością

Luki w polskim prawodawstwie dotyczącym leczenia bezpłodności dostrzega też Janusz, lat 35, informatyk lubiący komputery, motoryzację i podróże. Na stronie internetowej Dawcy Spermy.pl z ogłoszeniami altruistów chcących podzielić się z potrzebującymi swoim nasieniem przedstawia się jako „Doświadczony”. I jest to jak najbardziej zasadne, jeśli uznamy za prawdziwą informację, że ma już sporo ładnych i zdrowych dzieci, bo jest aktywny od kilku lat.  – Lubię pomagać bezinteresownie innym i spełniać ich marzenia. Szczególnie jeżeli chodzi o pomoc w poczęciu dziecka, bo wiem, ile radości daje mała istotka –  mówi Janusz. – Moje usługi są darmowe i nie oczekuję zobowiązań do dziecka. W razie potrzeby oferuję pomoc przy kolejnym. Zapewniam dyskrecję – podkreśla.

Dodajmy uczciwie, że wsparcie „Doświadczonego” nie jest tak zupełnie bezinteresowne, wszak czerpie z niego satysfakcję, poza tym ma, jak zaznacza, przyjemność z samego zbliżenia. A zbliżać lubi się w warunkach domowych, bo to najskuteczniejsze, z singielkami, lesbijkami, a także kobietami żyjącymi w związkach nieformalnych i mężatkami, za zgodą partnerów i mężów. – Są bowiem bezdzietne pary i małżeństwa, które przerażają procedury medyczne w klinikach, a także przerastają finansowo. I te również szukają dawcy prywatnie – przekonuje mężczyzna, dodając, że sam określiłby kliniki leczenia niepłodności jako maszynki do robienia kasy.

Szukanie dawcy w internecie może być bardzo skuteczne i jednocześnie bardzo ryzykowne

Nasienie, towar deficytowy

Janusz jest wysoki i dobrze zbudowany. Ma brązowe włosy i zielone oczy. Jak podkreśla, podoba się kobietom. Jest wysportowany i nie pozostaje w szponach nałogów. No i, co ważne w odniesieniu do jego działalności, ma aktualne badania w kierunku HIV, HCV, HBV, kiły, cytomegalii i chlamydii. Chwali się również swoim, przebadanym w klinice, nasieniem. A z tym w dzisiejszych czasach krucho. Trudno wręcz uwierzyć, że jeszcze w latach 80. XX wieku w klinice w Berendrechcie (Holandia) prym wiódł dawca o imieniu Louis. Wybuchł skandal, gdy okazało się, że pomógł on przyjść na świat… 200 dzieciom, na co pozwolił wyjątkowo niefrasobliwy i „kreatywny” właściciel kliniki, dr Karbaat. A obecnie?  – Istnieją badania wskazujące na to, że współcześni 20–40-latkowie mają nawet o 30 proc. gorsze parametry nasienia niż panowie w tym samym przedziale wiekowym z poprzedniego pokolenia – mówi dr Hajdusianek, wśród przyczyn tego stanu rzeczy wymieniając m.in.: styl życia, przewlekły stres, przebyte infekcje, otyłość, brak aktywności fizycznej, znaczny wzrost zanieczyszczenia powietrza w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat oraz wiek mężczyzn, którzy coraz częściej decydują się na ojcostwo w dość dojrzałym wieku, co może zwiększać ryzyko wystąpienia chorób genetycznych u potomstwa.

„Doświadczony” ze znajomością polskiego prawa podchodzi też do kwestii „wynagrodzenia” za swoje usługi. Wie, że, zgodnie z Dyrektywą Tkankową, obowiązującą w krajach unijnych, handel nasieniem jest nielegalny. Dlatego od biorców domaga się tylko zwrotu pieniędzy za bilet oraz hotel, jeśli musi skorzystać z jego usług. Podobnie jest w klinikach. Dawca dostaje tylko zwrot kosztów za dojazd do placówki medycznej czy też urlop, który musi wziąć, by poddać się badaniom.

Zapładniam cię i znikam

Janusz od kobiety, której oferuje nasienie, wymaga, by była zdrowa i przebadana. Nie zwraca uwagi na wygląd. Nadwaga? Może być, ale tylko do 20 kilogramów. Większa może spowodować problem z zajściem w ciążę, więc zainteresowana wcześniej powinna zrzucić zbędne kilogramy.

Lepiej zdać się na naukę niż usługi Janusza z internetu…

To, co robi, uznaje za misję, ale dostarczającą radości. – Nie wiem, jaką motywację mają dawcy szpiku. Jego pobieranie jest zabiegiem inwazyjnym. Natomiast oddawanie nasienia jest raczej przyjemne – mówi.  Po zakończeniu współpracy z parą Janusz znika z jej życia. Kobietom samotnym też raczej sugeruje, że nie chciałby mieć kontaktu ze swoim potomkiem. – Sam planuję rodzinę, a dzieci na boku komplikowałyby mi to – zwierza się. – Oczywiście nikt z moich znajomych nie wie, czym się zajmuję. Myślę, że w naszym społeczeństwie nie byłoby to dobrze odbierane – podsumowuje.

Królik z in vitro nie korzysta, a dzieci ma dużo

O tak. Społeczeństwo mogłoby mieć obiekcje wobec działalności Janusza, szczególnie że od kilku tygodni pozostaje pod wpływem, przygotowanej przez Ministerstwo Zdrowia, kampanii dotyczącej prokreacyjnej kondycji Polaków. Za wzór do naśladowania stawia się nam sympatyczne króliki, symbol rozrodczości. I mówi się w niej wyraźnie, że skakanie z kwiatka na kwiatek, którego internetowy spermodawca się dopuszcza, nie wróży nic dobrego. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że w sprawach wspomagania dzietności to Janusz – choć nie do końca profesjonalny i choć czarnorynkowy – jest skuteczniejszy niż resort zdrowia, który zrezygnował z kontynuowania rządowego Programu Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego na lata 2013–2016, pozwalającego na znaczne obniżenie kosztów zabiegów in vitro. Dzięki temu programowi urodziło się ok. 8 tys. dzieci, których rodzice nie ponosili prawie żadnych kosztów. Teraz, pozbawione dofinansowania ze strony państwa, osoby chcące skorzystać z in vitro będą musiały wyłożyć z własnej kieszeni nawet od 8 tys. do 14 tys. zł.

Wyemitowane w ramach kampanii prokreacyjnej spoty radiowo-telewizyjne sugerują, że króliki rozmnażają się w sposób imponujący, czyli niepohamowany, bo nie są nękane przez stresy. No ale dla królików to nie problem, bo one nie mają ministra zdrowia i nie podlegają ani topornej indoktrynacji, ani absurdalnym ministerialnym rozporządzeniom, na mocy których wyrzuca się w błoto prawie 3 mln zł – bo tyle kosztowała kampania – zamiast przeznaczyć je na medyczne działania, które realnie podniosłyby liczbę rodzących się dzieci i pomogły spełnić marzenia ludzi niekiedy wiele lat starających się o to, by zostać rodzicami.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze