Zwierzęta w kosmosie. Uroczy kosmonauci czy bezbronne ofiary postępu?

Przymusowi ochotnicy
19 minut czytania
872
9
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
15 listopada 2017
fot. Colin Burgess/Chris Dubbs

 „To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”, brzmiały pierwsze słowa Neila Armstronga na Księżycu. Przełomowa i chwalebna eskapada na podbój srebrnego globu nigdy jednak nie miałaby miejsca, gdyby nie całe mnóstwo zwierzaków, które przez lata brały udział w programach badawczych.

Nim człowiek dotarł na orbitę, nie mówiąc już o Księżycu, nasi czworonożni, wielonożni lub beznodzy przyjaciele odbyli liczne podróże i to nie tylko na pokładzie pojazdów kosmicznych. Już w XVIII wieku testowano na zwierzętach możliwości przetrwania lotu balonem (owca, kaczka i kogut wyszły z niego bez szwanku), a w XIX wieku sprawdzano skutki przejażdżki rakietą. Po drugiej wojnie światowej celem dla naukowców okazało stało się przekroczenie umownej granicy przestrzeni kosmicznej, która znajduje się 100 km od powierzchni Ziemi.

Priorytetem było przetestowanie warunków w przestrzeni kosmicznej i ich wpływu na organizm. To właśnie na zwierzętach sprawdzano fizjologiczne i psychologiczne skutki przeciążeń, dużych prędkości, stanu nieważkości, hamowania, przegrzania, wyziębienia, ekstremalnego hałasu, promieniowania czy mikrograwitacji. Większość z nas kojarzy bohaterską suczkę Łajkę i uroczego szympansa o imieniu Ham, ale zwierzęca ekipa, która utorowała ludziom drogę do podboju kosmosu jest znacznie większa. Agencje badawcze wysłały w kosmos bakterie, muszki owocowe, myszy, szczury, chomiki, świnki morskie, żółwie, króliki, psy, koty, małpy, ryby, a nawet jaja kur i różnych gatunków owadów.

Przymusowi ochotnicy (fotografia pochodzi z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle”)

Pierwsze istoty w kosmosie

Ani one urocze ani specjalnie lubiane (bo weź zostaw na pięć sekund pokrojone jabłko albo pieczołowicie obraną mandarynkę i już zleci się hałastra, a latem 100 procent, że kilka utopi Ci się w kieliszku wina, jeśli zostawisz go bez nadzoru!) ale to właśnie irytujące muszki owocowe były pierwszymi zwierzęta w kosmosie. Małe upierdliwce zostały wybrane z kilku powodów. Są niewielkich rozmiarów, łatwe w hodowli, szybko się rozmnażają, a genetycy mogą bez większych trudności śledzić zmiany pojawiające się w kolejnych pokoleniach.  Przede wszystkim jednak owocówki wykazują na poziomie genów pewne podobieństwa do człowieka. Jak to możliwe nie wiem, ale w sumie znam kilka równie denerwujących osób, także kto wie? Genetycy mogą mieć trochę racji.

W ramach amerykańskiego projektu Blossom 20 lutego 1947 rakieta V2 zabrała owadzich odkrywców na wysokość 109 km, by sprawdzić, jak wypadną w starciu z promieniowaniem kosmicznym. Pomimo pewnych trudności ze stabilnością rakiety muszki wróciły na Ziemię całe i zdrowe, a wszystko dzięki spadochronom. Rozochoceni sukcesem naukowcy postanowili pójść dalej i zbadać fizjologiczne reakcje organizmu na brak grawitacji, a do tego zadania potrzebowali większych „ochotników” niż owady. Wybór padł na małpy.

Wielka ucieczka

W ramach serii projektów „Albert” Amerykanie zdecydowali się na małpy z gatunku rezus. Wybrano je na astronautów, ponieważ są inteligentne, a przy okazji podobne w pewnych fizjologicznych aspektach do człowieka. Na początek w przygotowaniach brały udział dwa samce, ale jeden uciekł z bardzo dobrze strzeżonego ośrodka w White Sands, zupełnie jakby przeczuwał, jaki los szykują mu naukowcy. W trakcie swojej tułaczki zawędrował do domu pewnej kobiety i zaczął buszować w jej kuchni, przy okazji robiąc całkiem poważny rozgardiasz. Zaskoczona gospodyni próbowała siłą pozbyć się intruza, ale skończyło się to kolejnymi zniszczeniami, a dla bazy w White Sands – dodatkowymi kosztami w wysokości kilkuset dolarów. Kobieta wysłała im rachunek do opłacenia, który miał pokryć nie tylko jej szkody moralne i psychiczne, ale też ukochane filiżanki na herbatę, niepowtarzalną porcelanę i generalne zniszczenia w kuchni.

Albert I (fotografia pochodzi z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle”)

W imieniu małpy stwierdzam, że bardzo im tak dobrze. Tymczasem 11 czerwca 1948 roku mniej krnąbrny rezus, Albert I, uśpiony i znieczulony został wysłany rakietą V2 na wysokość 62 km. Zawiodła liczna aparatura, w tym system spadochronów, a zwierzę zginęło przy uderzeniu o powierzchnię Ziemi. Kolejne trzy Alberty również nie miały za wiele szczęścia i udział w eksperymentach kosztował je życie.

Martwe szympansy, twarde rezusy

Za pierwszą małpę, która przeżyła lot kosmiczny został uznany Yorick, ale niech was to nie zmyli – on też nie doczekał się szczęśliwego zakończenia, a określenie przeżył jest tu odrobinę na wyrost. 20 września 1951 w towarzystwie 11 myszy odbył lot, podłączony do elektrokardiografu i urządzeń monitorujących układ oddechowy oraz ciśnienie. Dwie godziny po powrocie z wyprawy zmarł, najprawdopodobniej w wyniku szoku związanego z lądowaniem bądź z powodu przegrzania organizmu. Tymczasem nikt nie planował spoczywać na laurach, trwała zimna wojna i wyścig zbrojeń, a na początku lat 50-tych Siły Powietrzne USA otrzymały 65 szympansów, które zostały złapane w Afryce. Tak powstała mała hodowla astronautów.

W ramach programu Merkury postanowiono wykorzystać szympansy do sprawdzenia funkcjonowania kapsuły, w której docelowo mieli podróżować ludzie. W pierwszej fazie zaangażowano jednak rezusy – Sama oraz Miss Sam. W 1959 samiec odbył lot trwający 11 minut. Przetestowano odłączanie kapsuły i jej opadanie do oceanu. Dzielny, choć nieświadomy swojej roli, Rezus wyszedł z całej eskapady bez szwanku. Rok później, Miss Sam udała się w lot o maksymalnej prędkości 3220 km na godzinę, którego celem było upewnienie się jak zadziała sprzęt ratowniczy w przypadku awarii statku kosmicznego. Eskapada zakończyła się sukcesem. Miss Sam odniosła pewne obrażenia, ale po odzyskaniu pełnej sprawności wróciła do swojego stada w ośrodku treningowym. W drugiej fazie projektu kolejnym krokiem milowym okazał się lot szympansa Hama w styczniu 1961 roku (w kwietniu tego roku Jurij Gagarin został pierwszym człowiekiem w przestrzeni kosmicznej).

Miss Sam (fotografia pochodzi z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle”)

Bananowy trening kontra elektrowstrząsy

Zanim małpa mogła udać się w kosmos, razem z innymi ośmioma szympansami przeszła trening, który opierał się w dużej mierze na systemie kar i nagród. Miał przygotować najlepszego małpiego astronautę do wykonania określonych czynności w kosmosie. I tak za prawidłowo wykonane zadanie Ham otrzymywał banana, a za błędy był częstowany… elektrowstrząsami. Jego lot trwał szesnaście minut, z czego sześć przebywał w stanie nieważkości. Wykonał poprawnie wszystkie czynności. Miał też bardzo dużo szczęścia – przeżył pomimo problemów technicznych i rozszczelnienia kapsuły.

Życie uratował mu kombinezon ochronny i zwierzę powróciło na Ziemię w jednym, zdrowym kawałku. Postanowił jednak na stałe porzucić karierę kosmonauty i za żadne skarby nie chciał się już więcej zbliżyć do kapsuły. Nie dał się nawet przekonać do sesji zdjęciowej w jej pobliżu, a próbowało go do tego zmotywować kilku silnych mężczyzn. Na tym etapie jednak mógł przejść na emeryturę, bo zebrana wiedza i doświadczenie pozwoliło na zrealizowanie suborbitalnej eskapady Alana Sheparda (chodzą plotki, że przed lotem miał on powiedzieć: „Please, dear God, don’t let me fuck up”, co mnie śmieszy, przyznaję!).

Szympans podczas testów (fotografia pochodzi z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle”)

O psie, który latał rakietą

Rosjanie w swoich lotach kosmicznych woleli pracować z psami, ponieważ uważali, że są bardziej zrównoważone niż małpy. Wysyłali w kosmos również króliki, szczury i myszy. W sierpniu 1951 roku pierwszymi zwierzętami kręgowymi, które przetrwały lot rakietą (na wysokość 100km) były psiaki Cygan i Dezik. Między 1954 a 1956 rokiem Rosjanie wykonali serię dziewięciu lotów, w których uczestniczyło łącznie dwanaście czworonogów. W jednej z misji wziął udział również królik. Nie sposób opisać losów wszystkich tych zwierząt, szczególnie, że brakuje danych na temat wielu z nich. Zdarzało się również, że władze zatajały informacje o śmierci psich kosmonautów, jak miało to miejsce w przypadku Czajki i Lisiczki, które spłonęły żywcem po eksplozji rakiety.

Prawda o wyprawie najsławniejszego psa na świecie, kundelka Łajki, również została ujawniona niemal pół wieku po jej śmierci. Do programu badań eksploracji kosmosu suczka trafiła prosto z moskiewskiej ulicy, gdzie wałęsała się jako bezpański szczeniak. Trening psów, po którym wyłoniono najlepszego kandydata polegał na przyzwyczajaniu ich do warunków podobnych do tych, jakie czekają na nie w kosmosie. Zwierzaki przebywały zamknięte w ciasnym pomieszczeniu nawet dwadzieścia dni, ubrane w mało komfortową i ograniczającą ruchy odzież ochronną. Mogły jedynie stać, siedzieć i leżeć, a do tego musiały nauczyć się korzystać z urządzenia umożliwiającego załatwianie się i przyzwyczaić do dozowania wody oraz pokarmów. Sprawdzano również reakcje psów na takie czynniki jak przyspieszenie, wibracje i hałas.

Łajka gotowa do umieszczenia w kapsule (fotografia pochodzi z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle”)

I tylko Łajki żal…

Łajkę do udziału w misji wybrano pod wpływem emocji. Miała bardzo dobre wyniki, ale nie najlepsze. Idealną kandydatką była suczka Albina, ulubienica personelu, która niedawno się oszczeniła i zasłużyła się już udziałem w dwóch lotach. Ponieważ naukowcy wiedzieli, że pies nie ma szans na przeżycie zlitowali się nad pupilką i postanowili wysłać Łajkę, która tym sposobem przeszła do historii jako pierwsza istota na orbicie okołoziemskiej. Czemu suczka została wysłana na pewną śmierć? Naukowcom zabrakło czasu (przypominam, że zimna wojna, wyścig zbrojeń i kto pierwszy ten silniejszy) na przystosowanie kapsuły do lotu powrotnego. Kosmiczna buda, która wyglądała trochę jak beczka, została więc wyposażona w mechanizm automatycznego podawania karmy i po dziesięciu dniach lotu piesek miał otrzymać zatrute pożywienie i dzięki temu umrzeć bez cierpienia. Niestety w wyniku przegrzania i ogromnego stresu, Łajka zdechła zaledwie kilka godzin po starcie.

Pierwszymi zwierzakami, które odbyły lot na orbitę i wróciły żywe zostały psy Biełka i Striełka. Były tak znane, że Nikita Chruszczow, w ramach przyjacielskiego gestu, przesłał jedno ze szczeniąt Striełki prezydentowi J. F. Kennedy’emu jako prezent dla jego córki. Zwłoki bohaterskich psów wypchano, by nawet po śmierci służyły propagowaniu badań nad kosmosem.

Biełka i Striełka (fotografia pochodzi z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle”)

Miauczek w kosmosie

Pierwszym i jedynym kotem, który został wysłany w kosmos była czarno-biała kotka Felicette. 18 października 1963 roku miaucząca Paryżanka ruszyła w przestworza na pokładzie francuskiego kosmodromu Hammaguir. Podobnie jak Łajka, nim zaczęła karierę kosmonautki, kotka żyła na ulicy. Przeszła również swego rodzaju szkolenie polegające na pobycie w komorze ciśnień czy wirowaniu w centryfudze. Kocicy udało się dolecieć na wysokość 155 km, a następnie bezpiecznie wylądować, dzięki spadochronowi. Elektrody wprowadzone w mózg Felicette umożliwiły zapis impulsów i zebrane istotnych danych.

Niestety kocica nie doczekała się nagrody za swoje zasługi ani rozkoszy życia celebrytki. Nie trafiła również na salony i nikt nie częstował ją kocimiętką. Została wysłana na badania, a następnie uśpiona, bo naukowcy chcieli zbadać jej mózg dla pozyskania kolejnych cennych informacji. Na długie lata została zapomniana, ale ostatnio crowdfundingowa platforma Kickstarter postanowiła to zmienić i rozpoczęła zbiórkę funduszy na postawienie w Paryżu pomnika upamiętniającego kosmicznego kota. Dla mnie bomba!

Kotka Felicette (fotografia pochodzi z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle”)

Rodzicielstwo w przestrzeni kosmicznej

Pierwszymi kręgowcami, które bez problemu zostały rodzicami w kosmosie były ryżanki japońskie, które podczas blisko dwutygodniowego lotu w 1994 roku złożyły i zapłodniły ikrę. Cała rybia rodzina wróciła żywa na Ziemię. Trzy lata temu było głośno o innym tego typu eksperymencie. Rosyjska agencja kosmiczna wysłała na orbitę pięć gekonów, które miały rozmnażać się w celach naukowych.

Cztery samiczki i samiec na tyle ochoczo przystąpiły do misji, że media ukuły nazwę sex-satelita. Ci bardziej romantycznie usposobieni mówili o satelicie miłości. Niestety gekony wróciły na Ziemię martwe. Prawdopodobnie zamarzły w wyniku awarii ogrzewania. Czy muszę dodawać, że muszki owocowe, które powróciły w tej samej kapsule nie tylko miały się dobrze, ale na dodatek doczekały się potomstwa?

Mars wzywa

Wraz z pierwszymi lotami człowieka w kosmos ograniczono projekty badawcze z wykorzystaniem zwierzaków, a szczególnie małp i psów. Wszystko wskazuje jednak na to, że naczelne znów może czekać wyprawa w kosmos. W XXI wieku coraz bardziej marzymy o wyprawie na Marsa, a wraz z nowym celem pojawiły się nowe przeszkody. Agencje kosmiczne poważnie rozważają testy na małpach przez wysłaniem lotu załogowego na Czerwoną Planetę. Co prawda NASA w 2010 roku, pod rosnącą presją ze strony obrońców praw zwierząt, zawiesiła planowane eksperymenty na małpach wiewiórczych, ale jednocześnie przedstawiciele agencji przypominają, że bez testów na zwierzętach w pierwszej fazie eksploracji kosmosu zginęłoby wiele osób i osiągnęlibyśmy znacznie mniej. Nie da się ukryć, że Łajka i reszta ekipy wykonali czarną robotę, które żaden człowiek nie mógł lub nie chciał się podjąć.

***

Fotografie pochodzą z książki „Animals in Space: From Research Rockets to the Space Shuttle” – do kupienia w serwisie Amazon.

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze