Do kina czy na film? Krótka historia randkowania

Działo się!
9 minut czytania
1871
1
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
12 grudnia 2017

Potrzebna była emancypacja kobiet, rewolucja seksualna, wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej i koedukacyjne szkolnictwo, by zwyczaj randkowania miał szansę się narodzić i na dobre zadomowić w naszej kulturze.

Może ciężko to sobie wyobrazić, ale chodzenie na randki pojawiło się w Polsce zaledwie 90 lat temu. Wcześniej małżeństwa przez wieki były aranżowane przez rodziców i traktowane jak transakcja ekonomiczna. W takim świecie nie było miejsca na randkowanie, a śluby z miłości zdarzały się rzadko.

Wybijanie miłości z głowy (dosłownie!)

Miłość romantyczna (taka, gdy uczucie trawi duszę i ciało, spać nie możesz w oczekiwaniu na smsa lub wiadomość na Messengerze, motyle w brzuchu, oko maślane, a w ogóle to weź i pocałuj) oraz małżeństwo, jeszcze do stosunkowo niedawna, nie były ze sobą jakoś szczególnie wiązane. W przedrozbiorowej Polsce chłopi i mieszczanie wybierali partnera pod kątem siły, zdrowia i wydolności do pracy, szlachta kalkulowała sytuację finansową i znajomości, a magnateria robiła selekcję pod kątem polityczno – dynastycznym. Oczywiście nie było tak tylko w Polsce. Z kolekcji listów, pochodzących z XV wieku, angielskiej rodziny Pastonów dowiadujemy się, że gdy jedna z córek odmówiła ślubu z narzeczonym, wybranym przez matkę to: “od Wielkiej Nocy przeważnie bita bywała raz lub dwa raz w tygodniu, czasem dwukrotnie w ciągu dnia, i głowę miała w dwóch czy trzech miejscach rozbitą”. Zabiegi te wykonywała właśnie Pani matka, w trosce o dobro córki, jak i całego rodu rzecz jasna.

Szukam żony!

Zanim randkowanie na dobre przyjęło się w polskich realiach mieliśmy gazety, a w nich ogłoszenia matrymonialne.

“[…]Właściciel 30 000 majątku żąda wejść w związki małżeńskie z osobą równyż maiątek posiadającą […]” – anons z warszawskiej gazety popołudniowej z 1845 roku.

“Szukam żony dla mego przyjaciela, przystojnego, stabilizowanego urzędnika państwowego, lat 29, posag w gotówce przynajmniej 40 000 K. Gra na fortepianie pożądana” – oto ogłoszenie z 1910, które ukazało się w krakowskiej gazecie.

Za sprawą randkowania umówienie się z kobietą stało się łatwiejsze, ale z drugiej panowie zaczęli narzekać na duże koszty finansowe spotkań

Świetny obraz randkowania przedwojennego można również znaleźć w krótkim opowiadaniu Wiecha “Miłość z ogłoszenia”. Wszystko zaczyna się w nim od tego, że młody kupiec postanawia się zakochać, a jako romantykowi “nie chodziło mu absolutnie o zdobycie na tej drodze kapitału obrotowego”. Zaczął więc przeglądać ogłoszenia matrymonialne, aż znalazł idealne: “Rozkoszna czarnulka z praktyką handlową może dać dużo szczęścia blondynowi z własnym interesem w ożywionym punkcie. Pisze na maszynie. Lubi dzieci. Oferty pod Miss Muranów“. Niestety po dwóch miesiącach randkowania mężczyzna dowiedział się, że urocza panna go zdradza. Co zrobił bohater? “Wystosował wówczas list z rachunkiem, w którym figurowały kwiaty, taksówki, napoje chłodzące i pranie kołnierzyków oraz mankietów, kawa, lody, tramwaje”.

Może brzmi to śmiesznie, ale taka reakcja jest znacznie bliższa rzeczywistości niż mogłoby się wydawać i nie mówię tu tylko o polskich realiach. Z jednej strony za sprawą randkowania umówienie się z kobietą stało się łatwiejsze, ale z drugiej panowie zaczęli narzekać na duże koszty finansowe spotkań. Dotychczas wpadali na herbatkę i ciastko do potencjalnych teściów, a podczas wyjść na miasto płacił ojciec dziewczyny. Absztyfikant musiał tylko zainwestować w pierścionek zaręczynowy i do tego nie brylantowy, bo ten kamień akurat symbolizował łzy. Wraz z randkowaniem chłopcy pragnący amorów musieli zacząć płacić z własnej kieszeni. W pewnym stopniu stawianie kobiecie przysłowiowej kawy postrzegane było jako zapłata za pocałunki, a często również coś więcej. Beth Bailey, amerykańska randkolożka, przytacza fragmenty listu z 1943 roku napisanego przez młodego mężczyznę: “Kiedy chłopak zabiera dziewczynę na randkę i wydaje na nią 1,20 dolara (tak jak zrobiłem to ostatniego wieczoru), oczekuje, że dziewczyna pozwoli mu na mały petting (ja tego niestety nie dostałem)”. Niewdzięcznica! Liczba złudzeń, co do męskich oczekiwań względem randki w tamtych czasach to okrągłe zero. (Ale czy zmieniło się tak dużo?)

Bez zaglądania w dekoltaż!

Zdobycie żony sto lat temu opierało się na twardych zasadach. Należało szukać we własnej sferze towarzyskiej, wedle zasady równym z równym, czyli uwzględniając narodowość, wyznanie oraz majątek. Randka owszem mogła mieć więc miejsce, ale niech Bóg broni, przed przyjemnością ze spotkania. Miała ona być swego rodzaju deklaracją. Często już po jednym spotkaniu oczekiwało się od kawalera, że się taki młodzian określi, czy chciałby daną kobietę za żonę. Ale hola hola, wstrzymajmy konie. Zanim doszło do jakiegokolwiek spotkania w cały proces musiała zostać zaangażowana swatka. Zwykle starsza kobieta, która przestawia delikwenta i umawia parę na randkę. Powstrzymam Was, zanim wyobraźcie sobie, że mówię tu o romantycznym rendez vous. Pierwsze spotkanie odbywało się domu dziewczyny, w towarzystwie jej rodziców, Nie mogło odbyć się wcześniej niż o dwunastej w południe (żeby domownicy mogli na spokojnie zjeść śniadanie i przygotować się na wizytę) oraz nie później niż o drugiej (bo przecież obiad, kolacja i po co komu jakiś obcy dżentelmen na karku). Pragmatyzm przede wszystkim. Gościnność już trochę mniej, bo całe spotkanie trwało maksymalnie pół godziny i po balu (i bólu).  Jeśli kawaler przypadł wszystkim do gustu dostał zaproszenie na równie ekscytujące drugie spotkanie. Sukces jednak, jak to w życiu bywa, miał swoja cenę. W takiej sytuacji dobrze widziane były jak najszybsze oświadczyny.

Zanim młodzi mogli rozpocząć randkowanie na dobre mężczyzna musiał dokonać jeszcze jednej deklaracji, tym razem, finansowej. Niezastąpiony “Przewodnik Zakochanych” z 1903 roku służył radą: “Kawaler, nie czekając pytań drugiej strony, przystąpić powinien do jasnego i szczerego określenia swojego stanowiska, majątku, dochodów, stosunków rodzinnych i koligacji, zamiarów na przyszłość, a skończyć zapewnieniem, że czysta i bezinteresowna miłość, która niniejsze wyznania w usta mu włożyła, doda mu ostatecznego bodźca do uszczęśliwiania wybranki swego serca”. Tak, nic innego, a czysta i bezinteresowna miłość, zapewnienie natomiast bez wątpienia szczere, nie żadne inne, tak coś czuję. Z narzeczoną również nie należało liczyć na zbyt wiele. Zabronione było zbyt silne przytulanie w tańcu, nie należało “zapuszczać wzrok za jej dekoltaż” (znowu “Przewodnik Zakochanych”). Całe szczęście lata 30’ to ten moment, gdy niezamężna kobieta może pójść na randkę i zachować dobrą reputację. Stopniowo pojawia się określenie “chodzić ze sobą”.

Lata 30’ to ten moment, gdy niezamężna kobieta może pójść na randkę i zachować dobrą reputację

Schadzki i romanse

Jak ludzie radzili sobie z takim systemem? Panowie mogli skorzystać z usług prostytutek, ale zawsze pozostawały też schadzki. Na łamach gazet rozgrywało się nie tylko poszukiwanie małżonka czy żony, ale też umawianie się na potajemne spotkania kochanków.  W Kurjerze Warszawskim Niebieski Kapturek zostawił anons skierowany do Tulipana “Na czwartej maskaradzie być nie mogę, bo wyjeżdżam, bądź koniecznie na trzeciej”. Niecierpliwa i możliwe, że wystawiona do wiatru Dolores-Jaskółka walczyła o atencję kochanka: ”Sfinksie! Czemu nie odpisałeś? Jestem, nie wyjechałam. Czekam odpowiedzi”. Co ciekawe słowo “randka” jeszcze w okolicy 1912 roku w języku polskim (tak przynajmniej można wyczytać w Słowniku Języka Polskiego z tamtych czasów) była synonimem schadzki. Zamienne określenia dla randki to francuskie rendez-vous, spolszczone randewu i mój faworyt: randeiks. Dopiero po I wojnie światowej słowo randka przestało być postrzegane negatywnie, czyli jako niecne spotkanie na seks.

Nowe miejsca rozpusty

W USA ogromne znaczenie dla rozwoju randkowania miał samochód, a randki na tylnym siedzeniu stały się tak popularne, że w latach 30’ amerykańskie college zabroniły studentom posiadania samochodów. W Polsce sytuacja wyglądała inaczej, bo auto było towarem zdecydowanie luksusowym. Ogromną rolę w rozwoju randewu odegrało więc kino. Przed II wojną światową w Polsce nadal nie wypadało okazywać sobie czułości na ulicy, a w dodającej śmiałości ciemności kina można było nie tylko zakotwiczyć ręką na udzie lub posmyrać kolano, ale też, o zgrozo, całować się! Jerzy Stefan Stawiński wspomina: “Nie było tak, że dwa słowa i już za tyłek. Kino to było jedyne miejsce, gdzie można było siedzieć blisko we dwoje. Zawsze było tak, że w ostatnich rzędach się całowali”.

Również dla powojennych władz komunistycznych randki były podejrzane. Przede wszystkim były pomysłem aspołecznym, który odciągał młodzież w sferę prywatną, a sama idea miała charakter burżuazyjny i jakby nie patrzeć przywędrowała ze śmierdzącego, zepsutego konsumpcjonizmem zachodu. A fe! Władze pilnowały więc, by młodzież nie miała za dużo czasu na głupoty i migdalenie się po kątach. Wystarczy wspomnieć, że tamtych czasach istniał tydzień bez wolnej soboty! Ten cudowny wynalazek ludzkości zaczął w Polsce funkcjonować dopiero od 1972 roku. Zagubione nastolatki pisały w tamtych czasach do redakcji kultowej Filipinki w nadziei na jakże cenne wskazówki dotyczące relacji damsko-męskich.

W okolicach roku 1958 jedna z czytelniczek zapytała, czy można umawiać się z chłopakiem w sytuacji, gdy rodzice na to nie pozwalają. Odpowiedź była jak kubeł zimnej wody: “Gdyby chodzenie z chłopcem ograniczało się tylko do zwykłej przechadzki po dobrze odrobionych lekcjach, rodzice na pewno nie mieliby nic przeciwko temu. Ale tak zwykle bywa, że gdy się za dużo chodzi z chłopcem, to nie ma czasu, aby przysiąść do lekcji. Wierzcie mi, im później zaczyna się chodzić z chłopcem, tym lepiej się na tym wychodzi”. Dla porównania w amerykańskich szkołach pojawiały się w latach 50’ filmy edukacyjne uczące jak randkować:

W latach pięćdziesiątych na świeczniku były kawiarnie. Chodzenie do nich było zdaniem władz uleganiem nagannemu, burżuazyjnemu stylowi życia. Sprawy zaszły tak daleko, że wizyty w kawiarniach były zakazywane uczniom na mocy rozporządzenia ministra oświaty. Mimo to powstawały kolejne lokale, a w 1957 roku mówiono wręcz o “kawiarniomanii”. Zaproszenie do kawiarni było nie lada gratką, bo filiżanka kawy mokka kosztowała więcej niż dwa bilety do kina.

Nie do przecenienia jest również rola prywatek, które nie dość, że pozwalały na zawarcie nowych znajomości to jeszcze stanowiły okazję do seksualnych doświadczeń. Agnieszka Osiecka w “Szpetnych czterdziestoletnich” opisała różne rodzaje prywatek. Były cielęce dla 15 – 17 latków, podczas których głównie tańczyło się i tuliło w rytm pościelówek. Podczas mysich domówek piło się alkohol, słuchało muzyki i rozmawiało do białego rana. Prywatki lisie organizowały pary, które zmierzały do formalizacji związku, a tygrysie miały być pełne seksualnych ekscesów i szaleństw.

W tym samym czasie w nagłówkach polskich gazet można było znaleźć takie sensacje jak para wyrzucona z taksówki za amory lub mężczyzna i kobieta zatrzymani w trolejbusie przez towarzyszy podróży i oddani w ręce policji pod zarzutem pocałunku w miejscu publicznym. Zwiększenie swobody obyczajów (ale też nie tak w ekspresowym tempie) przyniósł Festiwal Młodzieży z 1955 roku. Polacy przekonali się, że takie ekscesy jak opisane powyżej są na zachodzie na porządku dziennym i nie wywołują skandalu.

Randkowanie nie było szczególnie proste – dziś jest o wiele łatwiej

Tinder i znoszone podkoszulki

Kolejnym wynalazkiem w służbie randkowania, zaraz po kinie, samochodzie i kawiarniach   okazał się internet. Wraz z nim pojawiły się portale internetowe i komunikatory dedykowane poszukiwaniu partnera, ale również aplikacje dla randkowiczów. Jest oczywiście Tinder, który pozwala na znalezienie partnera w okolicy, ANY (Action Near You) dla szukających wspólnych aktywności na mieście, a także Happen, która pozwala namierzyć osoby, bywające w tych samych miejscach co my, pokazując na profilu liczbę, mówiącą o tym, ile razy ścieżki danych użytkowników się skrzyżowały.

Jednym z nowszych pomysłów jest też wykorzystanie feromonów przy randkowaniu w ciemno. Smell dating polega na tym, że za drobną opłatą otrzymuje się od organizatora koszulkę, którą trzeba nosić przez trzy dni, nie korzystając z dezodorantu. Chodzi o to, by ubranie przejęło zapach właściciela. Po tym czasie pakuje się koszulkę w specjalnie przygotowaną kopertę i odsyła do organizatora. Następnie uczestnicy otrzymują zestaw kilku cudzych koszulek. Jeśli czyjś zapach komuś przypadnie do gustu i vice versa to będzie z tego randka. Czasem tego typu akcje odbywają się w knajpach lub barach. Każdy przychodzi ze swoimi “pachnącymi” ubraniami i na żywo formują się pary. Ciekawa jestem, co czeka nas za kolejne dziesięć (o stu już nie wspominając) lat, a tymczasem rzucam wszystko i idę się całować!

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Do kina czy na film? Krótka historia randkowania”

Dodaj komentarz

Zobacz też

“W Polsce ludzie zwracają mniejszą uwagę na Abhiego niż na mnie w Indiach” – rozmowa z autorami bloga “Polindi Diaries”

Zanim się pobrali w grudniu 2016 roku, spędzili wiele godzin na Skype’ie, a jeszcze wcześniej na portalu randkowym. Jak wygląda polsko-hinduski związek, w którym często żyje się na odległość? Poznajcie historię twórców bloga "Polindi Diaries" - Justyny i Abhiego Madan.
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
24 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ