Drewno pod skórą, metal we krwi. Dlaczego kręci nas rzemiosło?

Krzesło zrobione samodzielnie jest lepsze od tego ze sklepu meblowego
7 minut czytania
731
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
3 grudnia 2017

Można przez lata pracować w korporacji albo jako trener osobisty czy tłumacz, a potem to porzucić. I przejść na rzemiosło, zostać bednarzem, kowalem, cieślą. Takie niebanalne postaci poznamy dzięki projektowi Rzemiosło 2.0.

Podobno drewno mamy gdzieś głęboko pod skórą, bo kiedyś nasi przodkowie, bez specjalnego przygotowania, coś tam w nim dłubali. Wychodziły z tego rzeczy codziennego użytku, czasem zupełnie zwyczajne, kiedy indziej wynalazki, których używamy do dziś, specjalnie nie zastanawiając się nad ich pochodzeniem. Metal też można mieć we krwi i zajmować się obróbką tego materiału z pokolenia na pokolenie.

Marcin i Paweł Czarnopińscy, bracia. Drewno towarzyszyło im, od kiedy byli dziećmi. Ich ojciec prowadził tartak, oni zostali „współczesnymi bednarzami”. Produkują drewniane balie i sauny. Mówią, że to rzeczy niepotrzebne, ale sprawiające przyjemność. Monika Szewczyk chciała otworzyć własny biznes związany z naturą. Zaczęła od hodowli lawendy, potem przerzuciła się na drewno i laser. Tworzy w ten sposób skrzynki, zabawki, świeczniki i inne ozdoby. Wypala też w drewnie grafiki i fotografie. Pan Wincenty Trąbka opowiada o lampie, nad którą pracował 200 godzin. Remontował też drzwi do skarbca na Wawelu, w których udało mu się uruchomić nieczynny od lat wielozapadkowy zamek. Jego warsztat też jest jak skarbiec – pełno tu metalowych kwiatów, okuć czy gwoździ, które pamiętają najdawniejsze czasy. Mówi, że kowalstwo to „nieczysta robota”, ale satysfakcja z niej pojawia się, kiedy „wyjdzie coś ładnego”.

Opublikowany przez Erska na 13 stycznia 2015

Na początku było drewno i metal

Wszystkie te niebanalne osoby „odnaleźli” badacze Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie. W ramach projektu Rzemiosło 2.0. rozpoczętego w 2015 roku postanowili zbadać środowisko małopolskich rzemieślników i postrzemieślników, pokazując rzeczywistość, w której konkret, unikatowość, trwałość mają na powrót coraz większe znaczenie. Nie chodziło im jednak o twórców ludowych, przedstawicieli tzw. ginących zawodów, czy autorów pamiątek cepeliowskich, lecz o firmy zajmujące się obróbką drewna i metalu.

Zainteresowanie rzemieślnikami wyniknęło z eksperymentalnych działań prowadzonych w przestrzeni publicznej Krakowa. Muzeum zaangażowało się w nie, uczestnicząc w rozwijającym się ruchu „odzyskiwania” miasta dla mieszkańców. Jednym z przykładów takich działań był pomysł zbudowania na bulwarach wiślanych interaktywnych miejskich zabawek dla dzieci i dorosłych. Instalacje inspirowane muzealną kolekcją zabawek emausowych stały się nie lada wyzwaniem produkcyjnym. Jasnym było, że nie da się ich skonstruować bez udziału rzemieślników. Tak zaczął się systematyczny kontakt muzeum z tym światem. – Dotarcie do rzemieślników gotowych na takie zadania nie było proste. Nie wygląda to tak, że otwiera się Google i wstukuje hasło „pan, który robi karuzele” – podkreśla przedstawicielka MEK. Ale udało się, a po etnozabawkach pojawiły się kolejne projekty, których bez udziału rzemieślników nie udałoby się przeprowadzić. Szybko stało się jasne, że środowisko rzemiosła „ciężkiego” to niezwykle ciekawy świat, który należałoby zbadać i zinwentaryzować. Rozpoczęto więc projekt Rzemiosło 2.0.

Postanowiliśmy, że jako filtr badawczy potraktujemy materię, a konkretnie drewno i metal, materiały od zawsze obrabiane w Małopolsce. Doszliśmy do wniosku, że jeśli będziemy przyglądać, temu, jak są dzisiaj przetwarzane, nie opatrując zajmujących się nimi ludzi etykietami tradycyjnych czy współczesnych, dowiemy się prawdy o rzeczywistości tego środowiska. Zaczęliśmy więc jeździć do rzemieślników i rozmawiać z nimi. Robimy to już od trzech lat i jestem przekonana, że szybko nie skończymy – właściwie dopiero zaczęliśmy – mówi Katarzyna Piszczkiewicz.

Rzemieślnicy i postrzemieślnicy

Z rozmów i spotkań zrodziła się platforma internetowa, która ruszyła zaledwie kilka dni temu, 30 listopada. To miejsce, w którym poznać można historie i opowieści rzemieślników, zajrzeć poprzez materiały wideo i zdjęcia do ich warsztatów i dowiedzieć się, jak wygląda ich praca. Profile bohaterów są jeszcze uzupełniane, w najbliższym czasie ma ich być co najmniej 50, a w przyszłości pewnie i więcej. Platforma to także przestrzeń zachęcająca do kontaktu z wytwórcami. Są tam tacy, którzy rzemiosłem zajmują się od lat, ale też i ci, którzy dopiero od jakiegoś czasu produkują rzeczy zaprojektowane i wytworzone w pełni przez siebie. Tych ostatnich badacze z MEK nazywają roboczo postrzemieślnikami albo neorzemieślnikami.

Realizując projekt Rzemiosło 2.0, jego twórcy stwierdzili, że istnieje duża grupa ludzi, którzy do zawodu rzemieślnika doszli, porzucając inną profesję i przychodząc do rzemiosła z zupełnie innego świata czy środowiska. Często ich decyzja, żeby zacząć wytwarzać coś samemu, przy pomocy maszyn i własnych rąk, miała charakter bardzo osobisty, a nawet i filozoficzny. Określali to jako wybór sposobu na życie, niekoniecznie związany z ekonomią.

Opublikowany przez Erska na 31 lipca 2015

Wydaje nam się, że to zjawisko ma podszewkę kulturową. Ludzie zostają rzemieślnikami, żeby na nowo mieć kontakt ze światem, z materią, czasami mówią również o tym, że potrzebowali fizycznej pracy. Może potrzebują też konkretu, którego często nie daje im inne zajęcie. Przypomina mi się chłopak, który był trenerem personalnym, a z wykształcenia chemikiem, i w końcu zajął się drewnem, najpierw hobbystycznie, a potem po prostu zbudował warsztat stolarski i zaczął tak zarabiać na życie  – zaznacza koordynatorka projektu.

Można powiedzieć, że od jakiegoś czasu zapanowała wręcz moda na rzemiosło. Staje się ono również sposobem na kreatywne spędzanie wolnego czasu. Coraz więcej jest weekendowych warsztatów stolarskich, zajęć z renowacji mebli czy krawiectwa. Wiele osób zamiast na kolejne szkolenie z komunikacji woli wybrać się gdzieś, gdzie będzie mogła stworzyć coś własnymi rękami i zabrać to do domu. Dlaczego krzesło zrobione samodzielnie jest lepsze od tego ze sklepu meblowego? – Powodem może być tęsknota za posiadaniem rzeczy naprawdę trwałej, ale i przyjemność wynikająca z poczucia, że mamy coś, co zrobiliśmy samodzielnie – dodaje Katarzyna Piszczkiewicz, podkreślając, jak wiele osób czuje się zmęczonych faktem, że dostaje do rąk wyłącznie rzeczy gotowe i sformatowane statystycznie.

Zamiast klawiatury szlifierka

Joanna Zakrzewska najbardziej lubi wytwarzać drobne przedmioty użytkowe – grzebienie, szpilki do włosów, biżuterie, niewielkich rozmiarów meble z różnych gatunków drewna. Wykorzystuje te  egzotyczne, ozdobne, ale i rodzime, jak śliwa, czereśnia czy jabłoń. Zanim zajęła się stolarstwem pracowała jako tłumaczka i wiele godzin spędzała przed komputerem. Pewnego dnia poczuła jednak, że przyjemność sprawia jej robienie rzeczy bardziej konkretnych, namacalnych. I tak pojawiło się stolarstwo. Tego rodzaju tradycje były zresztą obecne w jej rodzinie.

Pradziadek był cieślą, robił też meble. Zawsze były u nas w domu – bardzo ładne, trwałe, drewniane. Mój ojciec też trochę zajmował się rzeźbieniem i meblarstwem, miałam więc dobre skojarzenia z taką pracą. Była też romantyczna wizja: myślałam, jakie to jest cudowne siedzieć sobie w warsztacie i dłubać nad jakimiś pięknymi przedmiotami – zaznacza właścicielka firmy Erska.

Wtedy koleżanka powiedziała jej o Centrum Kształcenia Praktycznego w Krakowie sponsorowanym przez Unię Europejską. To rodzaj szkoły zawodowej z różnymi profilami – w tym ze stolarstwem – która kończy się egzaminem państwowym. Okazało się to najlepsza opcja dla trzydziestokilkulatki, która chcę się całkowicie przekwalifikować. Po skończeniu szkoły razem z koleżanką postanowiły rozkręcić własną działalność. Znów skorzystały z funduszy unijnych i tak powstała Erska. W międzyczasie Joanna znalazła też pracę w warsztacie renowacji mebli. Zdobyła doświadczenie zawodowe i potwierdzenie tego, że chce się zajmować właśnie tym. We własnej firmie pojawiły się pierwsze zlecenia, a w międzyczasie zrodził się też pomysł organizowania warsztatów stolarskich. W ten sposób Joanna ze wspólniczką znalazły się ze swoim biznesem w krakowskiej Wytwórni. To przestrzeń coworkingowa podzielona na strefę bardziej komputerową i bardziej warsztatową. Dzięki kontaktom tam zdobytym firma zaczynała działać coraz prężniej. Dziewczyny poznały też rzemieślników, którzy stolarstwem zajmują się od lat.

Pan Adam, myślę, że ma w tym momencie ponad 80 lat, jest bardzo doświadczoną osobą, choć też nie jest typowym stolarzem. Bardzo długo pracował na Politechnice i zajmował się tam różnymi maszynami. To jest taki stolarz-konstruktor z żyłką eksploratora. Specjalizuje w dosyć skomplikowanych rzeczach, typu schody, ale też innych specyficznych konstrukcjach. Sam stworzył sobie np. kopiarkę. Wkłada się do niej jeden element i maszyna go powiela. U niego wykonywałyśmy np. wstępne prace do własnych zleceń i podczas oczekiwania na ich realizację, podpytywałyśmy pana Adama o różne patenty. Osoba, która ma tyle lat doświadczenia w zawodzie, to prawdziwa kopalnia wiedzy – zaznacza Joanna Zakrzewska.

3. Projekt Rzemiosło 2.0 Warsztat Dariusz Głogowskiego (fot. Marcin Wąsik/MEK)

Sama również uczy innych stolarskiego fachu. Na swoich warsztatach rozmawia z uczestnikami, pyta ich, dlaczego przyszli, jaka jest ich motywacja. Z jej obserwacji wynika, że to często osoby, które na co dzień pracują w korporacjach. Mówią, że takie zajęcia to dla nich forma relaksu, tak odbierają to, że mogą sobie posiedzieć w warsztacie i popracować np. szlifierką. Poza tym wychodzą z warsztatów z gotowymi meblami i to dla nich duża przyjemność, że pracują nad czymś tak konkretnym, namacalnym, co mogą zabrać do domu. – Chcą zrobić po prostu coś zasadniczo innego, niż to, co robią w pracy, której konkretnych efektów za bardzo nie widać – dodaje Joanna, podkreślając, że  chętnych na warsztaty wciąż przybywa.

Od tartaku do drewnianej wanny

Produkty od rzemieślników pozostają jednak wciąż w pewien sposób towarem elitarnym. Jakość i dobre wykonanie musi kosztować. Dłużej także trwa proces ich wytwarzania, dlatego rzemieślnicy często muszą uczyć swoich klientów cierpliwości. Sami coraz bardziej doceniają wartość własnej pracy, co podkreślają badający ich etnografowie. Charakterystyczna jest też ciągłość, związana nie tyle z zawodem, co z materią, której pozostaje się wiernym w ramach rodziny – przed wojną dziadek miał tartak, w PRL-u ojciec handlował drewnem, a syn produkuje dziś drewniane wanny. – Takie historie powinny uspokoić wszystkich, którzy narzekają na stan szkolnictwa zawodowego. Z naszych obserwacji wynika, że wiele osób, zajmujących się rzemiosłem, to znakomici fachowcy, którzy wszystkiego nauczyli się sami – zaznacza Katarzyna Piszczkiewicz. Bo rzemiosło to nie zawód, tylko sposób na życie.

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Popularne