Ekolodzy pod specjalnym nadzorem. Gdzie aktywiści z Puszczy Białowieskiej ukryli żyletki?

Czy to zastraszanie ruchu społecznego?
5 minut czytania
361
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
2 grudnia 2017

Jakież było zdziwienie policjantów, gdy okazało się, że w pochwach i odbytach ekologów, którzy 9 listopada protestowali przeciwko dewastacji Puszczy Białowieskiej, nie ma ani jednej żyletki. Do dziś zachodzą w głowę, gdzie zdemoralizowani ekowichrzyciele ukryli te niebezpieczne przedmioty.

Wprawdzie protest, który odbył się w Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych w Warszawie, był pokojowy, ale wiedząc, do czego zdolni są ekolodzy, zdecydowano się skierować do jego pacyfikacji ok. 80 policjantów prewencji oraz 20 strażników leśnych.

Na komendach zrobiło się ekologicznie

Jak piszą aktywiści Obozu dla Puszczy na swojej facebookowej stronie, po przewiezieniu ich z siedziby Dyrekcji na komendę zaangażowano kolejnych 70 policjantów do: pilnowania ich, spisywania protokołów, badania alkomatem, rewidowania i przewożenia na komendy rozsiane po całej stolicy, a nawet poza granicami miasta.

W ten właśnie sposób funkcjonariusze storpedowali wygórowane wymagania ekologów, którzy domagali się spotkania z przedstawicielem dyrekcji Lasów Państwowych, a także natychmiastowego wstrzymania wycinki w Puszczy Białowieskiej, wycofania z niej harvesterów, przekształcenia całego obszaru puszczy w Białowieski Park Narodowy oraz zaprzestania sprzedaży drewna pozyskiwanego w trakcie wycinki. W celu wyegzekwowania roszczeń przykuli się do bramek w holu siedziby Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych oraz do drzwi wejściowych budynku.

Polityczne represje za pokojowy protest – opowieści zza krat9 listopada w Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych odbył…

Opublikowany przez Obóz dla Puszczy na 16 listopada 2017

Dzięki operatywności mundurowych zatrzymano 24 osoby, które spędziły noc w areszcie, przez co społeczeństwo mogło choć przez ten krótki czas czuć się bezpiecznie. Błyskotliwość i łebskość tych, którzy poskromili ekoaktywistów, przejawia się też w zarzucie, jaki im postawiono – naruszenie miru domowego. Jak bowiem można naruszyć cokolwiek domowego w państwowej instytucji? Możemy być pod wrażeniem takiej prawniczej żonglerki, która działa na korzyść nas wszystkich i ma też charakter prewencyjny. Bo kto  nam zagwarantuje, że tacy rozwścieczeni i bezkarni ekolodzy nie wtargnęliby za chwilę również do naszych domów, chcąc np. skontrolować, czy segregujemy śmieci.

Ekolodzy praw nie mają?

Samo zatrzymanie aktywistów było dla dzielnych policjantów jak bułka z masłem. Większe komplikacje zrodziła konieczność przetrzymania ich na komendzie. Wprawdzie obyło się bez wzywania brygady antyterrorystycznej, ale stróże prawa musieli podjąć wszelkie możliwe środki, by zapewnić bezpieczeństwo i sobie, i zatrzymanym. W związku z tym, jak piszą aktywiści na Facebooku, nie poinformowali ich o przysługujących im prawach oraz przez półtorej godziny nie dopuszczali do nich prawników. Obrońca działaczy z Obozu dla Puszczy, Paweł Osik, w rozmowie z OKO.press tłumaczył, że przepisy Kodeksu postępowania karnego mówią, że kontakt adwokata z zatrzymanym należy zapewnić  bezzwłocznie. Ale najwyraźniej funkcjonariusze znaleźli wyłom w tych regulacjach.

Zadbali także, by ekolodzy na czas trwającego kilkanaście godzin zatrzymania nie mieli dostępu do posiłków, co wydaje się racjonalne, skoro ograniczono im również  dostęp do toalet.

Ściśle rzecz ujmując, aktywiści odwiedzali toalety, ale nie po to, by załatwić potrzeby fizjologiczne, lecz by umożliwić funkcjonariuszom przeprowadzenie rewizji osobistej, jakiej stali się obiektami. Mundurowi dokładnie przeszukali przy pomocy palców ich pochwy i odbyty – w celu znalezienia żyletek i innych niebezpiecznych narzędzi, które zwykle tam się przechowuje. Jak się jednak okazało, niczego, poza tamponami i kubeczkami menstruacyjnymi, nie znaleziono, co tylko potwierdza przebiegłość ekologów, którzy zdołali pozbyć się tych przedmiotów, mimo że mieli ręce skute za plecami – co stosuje się tylko wobec najbardziej niebezpiecznych zatrzymanych.

Opublikowany przez Obóz dla Puszczy na 27 maja 2017

Mecenas Osik zwraca uwagę, że takie postępowanie policjantów to przekroczenie zakazu poniżającego traktowania zatrzymanych, wynikającego z Konstytucji RP i Europejskiej konwencji praw człowieka. Standardowe przeszukanie polega na tym, że podejrzany rozbiera się do bielizny, a funkcjonariusz tej samej płci przegląda jego odzież i rzeczy osobiste. Następnie podejrzany musi opuścić majtki, przykucnąć i wstać.

Stringi zarekwirowane

Trzeba jednak zaznaczyć, że w tym przypadku policjanci nie mogli sobie pozwolić na pozostawienie zatrzymanym nawet bielizny, bo, jak poinformowali jedną z kobiet, mogłaby ona, używając jej, popełnić samobójstwo. Rzeczywiście, statystyki są nieubłagane. Większość samobójców odchodzi z tego świata, wieszając się na ramiączkach od biustonoszy i stringach.

Policjanci odebrali zatrzymanym nie tylko bieliznę, ale również lekarstwa i środki higieniczne. I słusznie. Starannie przeszkoleni mundurowi dobrze wiedzą, do jakich nieszczęść może doprowadzić podpaska higieniczna, szczególnie w wersji maksi ze skrzydełkami.

Akcja policji była zakrojona na szeroką skalę i objęła nie tylko ekoaktywistów, ale też ich rodziny, znajomych i sąsiadów. Do nich to właśnie ruszyli mundurowi, by przeprowadzić wywiad środowiskowy i dowiedzieć się, czy zatrzymani aby nie stosują używek, nie leczą się psychiatrycznie i jak układają się ich relacje z bliskimi. Nie była to próba ich kompromitacji ani szukania haka, lecz rutynowe działania, mające na celu znalezienie przyczyny tak irracjonalnych zachowań jak organizowanie protestów. W jednym przypadku funkcjonariusze okazali się tak gorliwi, że weszli do mieszkania bez pozwolenia lokatorów, bo ci jeszcze spali.

Analizując działania policji, adwokat reprezentujący ekologów zadaje pytanie, czy funkcjonariuszom nie chodziło o zwykłe zastraszenie aktywistów i zniechęcenie ich do organizowania protestów. Sami zatrzymani na Facebooku tak komentują sprawę: „Zarówno zarzuty jak i samo zatrzymanie uważamy za polityczną represję, próbę kryminalizacji i zastraszenia ruchu społecznego. Nie zgadzamy się z nimi – nie jesteśmy winni i nie zasługujemy na poniżające traktowanie. Składamy zażalenia na decyzję o zatrzymaniu, będziemy także ścigać […] przypadki łamania prawa. Przede wszystkim, działamy dalej i nie odpuszczamy, bo wiemy, że cała Puszcza Białowieska powinna być parkiem narodowym. Represje z ostatnich dni tylko wzmacniają naszą solidarność i obnażają brak argumentów zwolenników wycinki”.

Po wyjściu z aresztu wpadliśmy w wisielczy humor. Wkrótce więcej info o tym, jakie represje nas tam spotkały.

Opublikowany przez Obóz dla Puszczy na 13 listopada 2017

Policja psuje swój wizerunek

Prawniczka profesor Monika Płatek w rozmowie z Radiem TOK FM mówiła, że zachowanie policji w stosunku do ludzi, których można nazwać patriotami, bo chronią dziedzictwo narodowe, było niegodne wizerunku, na który pracowała przez wiele lat. Procedury, jakie wobec nich zastosowano, są dopuszczalne, ale w odniesieniu do zatrzymanych, którzy z dużym prawdopodobieństwem przenoszą narkotyki w miejscach intymnych. W tym przypadku te działania miały służyć nękaniu, zastraszaniu i poniżaniu.

Ekolodzy relacjonują, że funkcjonariusze, którzy ich eskortowali, narzekali, że decyzja o pacyfikacji protestu przyszła z góry i że oni sami woleliby łapać prawdziwych przestępców. No tak, góra nie toleruje wywrotowców. Na górze swoją solidarność z przyrodą manifestuje się w sposób kulturalny i cywilizowany, np. przeglądając atlas kotów. Aktywiści deklarując, że nie odpuszczą, pokazali jednak, że górę, jej metody działania i jej represje mają w miejscu, które im dokładnie przeszukano.

Nawiasem mówiąc, może ekolodzy powinni jednak zmienić sposób działania. Kilka dni temu w Katowicach narodowcy powiesili na szubienicach zdjęcia europosłów z Platformy Obywatelskiej, którzy głosowali za rezolucją Parlamentu Europejskiego dotyczącą praworządności w Polsce. Organizatorzy akcję określili mianem happeningu. Wszystko kulturalnie i z klasą. Walory artystyczne przedsięwzięcia były tak duże, że policji nie przyszło do głowy, by interweniować. Prokuratura ma się dopiero sprawie przyjrzeć i zastanowić, czy znajdzie jakiś paragraf. A narodowcy żyletki noszą, gdzie im się podoba.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Nalewka niezgody, czyli brawurowa akcja policji na festiwalu kulinarnym

Nalewka i bimber znalazły się na celowniku Krajowej Administracji Skarbowej. Krucjatę władz przeciwko regionalnym trunkom relacjonuje Jakub Gajdziński.
Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
21 września 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Polecamy