Ekologicznie po śmierci. O zielonym pogrzebie

Prawo pozostaje nieubłagane: prochy należy składać w urnie, a następnie chować je na cmentarzu
6 minut czytania
2577
0
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
4 grudnia 2017

W Polsce dyskusję poświęconą metodom pochówku zdominował Kościół i lobby funeralne. Oprócz racji wynikających z tradycji i religii, pora już dopuścić te ekologiczne.

We wrześniu Główny Inspektorat Sanitarny (GIS) ogłosił propozycje zmian w ustawie o cmentarzach i pochówku zmarłych. Po pozytywnym zaopiniowaniu przez Ministerstwo Zdrowia (które już zdążyło odciąć się od tej propozycji) legalne stałoby się m.in. rozsypywanie ludzkich prochów.

Wprawdzie od lat 90. istnieją w Polsce przeznaczone do tego tzw. ogrody pamięci, lecz korzystanie z nich jest dziś nielegalne. Nadal obowiązuje nas nieuwzględniająca tej kwestii ustawa z 1959 roku. Jako wydzielone strefy cmentarza, ogrody pamięci stanowią alternatywę wobec pochówku ciała w grobie bądź urny z prochami w kolumbarium. W ostatnich latach zdarzały się przypadki karania osób, które spełniały wolę zmarłych i rozsypywały ich prochy w miejscach sentymentu – na łonie natury, w górach, nad morzem czy jeziorem. Prawo pozostaje nieubłagane: prochy należy składać w urnie, a następnie chować je na cmentarzu.

Trwają konsultacje społeczne. Przyjrzyjmy się argumentom za i przeciw

Tym, którzy spopielanie zwłok kojarzą wyłącznie z praktykami z obozów koncentracyjnych, warto przypomnieć, że kremacja ma znacznie bogatsze i starsze tradycje religijne. By nie uciekać na kulturowe antypody: niektórzy Słowianie wierzyli na przykład, że dusza spalonego zmarłego upodabnia się do motyla i zanim uda się do krainy zmarłych, ulatuje z ciała jako symbol ulotności życia.

Prawo pozostaje nieubłagane: prochy należy składać w urnie, a następnie chować je na cmentarzu

Dziś za kremacją przemawiają dalece bardziej pragmatyczne czynniki: lęk przed przebudzeniem po śmierci pozornej, obawa przed profanacją zwłok. Dla osób samotnych argumentem za rozsypaniem prochów jest obawa przed zaniedbaniem grobu. Warto wspomnieć o estetycznie miernej kondycji wielu cmentarzy. Wystawne nagrobki naszych rodzimych Cheopsów nieraz biją po oczach żyjących. Odwiedziny na grobach bliskich zmarłych potrafią budzić skojarzenie raczej z uczestnictwem w licytacji niż z wizytą w świątyni zadumy. Jeśli symbolika tradycyjnych pogrzebów dyskretnie ukrywa dramat śmierci, to cmentarny przepych wyraża jaskrawy kompleks przemijania. Decyzję o rozsypaniu prochów można by więc czytać jako wyraz dojrzałego pogodzenia się z nieuniknionością śmierci.

Co na to polski Kościół?

Wspomniana ustawa z 1959 roku na długie lata zmonopolizowała usługi pogrzebowe w Polsce. Uwzględniono w niej przede wszystkim regulacje katolickiego pochówku, zaniedbując inne wyznania i pogrzeby świeckie. Chrystianizacja obrzędowości pogrzebowej sprawiła, że część katolików nawet nie zdaje sobie sprawy, iż Kościół Katolicki, długo sprzeciwiający się praktyce kremacyjnej, wycofał swoje zastrzeżenia już podczas Soboru Watykańskiego II. W 1964r. papież Jan XXIII zniósł ekskomunikę za spopielenie zwłok.

Autorzy listu Konferencji Episkopatu Polski z 2011 roku podkreślają jednak, że ludzki proch wyraża zniszczenie ciała i nie oddaje idei snu w oczekiwaniu zmartwychwstania. Podczas katolickiej liturgii pogrzebowej to nie prochom, a właśnie ochrzczonemu ciału – jako świątyni Ducha Świętego – oddaje się cześć. Dla wielu niechętnych kremacji proboszczów problem stanowi zatem niedostosowana do współczesności obrzędowość. Już biskupi we Francji w 1889 roku, kiedy zbudowano pierwszy paryski piec kremacyjny, pełni wiary deklarowali brak dogmatycznych przeciwwskazań w przypadku kremacji, gdyż – twierdzili – odrodzenie leży wyłącznie w mocy boskiej. Kościół nadal jednak sprzeciwia się rozrzucaniu prochów (nawet odbywającemu się w duchu poszanowania przyrody) jako niezgodnemu z istotą chrześcijaństwa. Duchownym warto więc przypomnieć argument sprzed półtora wieku: więcej wiary w boskie możliwości, panowie!

Ekonomizacja śmierci

Gdy pomyśli się o innych instytucjach, które chcą podtrzymać status quo ustalonej od dekad konwencji pochówku, racje ekonomiczne łączą siły ze zwykłą przyzwoitością. Pasjonaci tanatokosmetyki, floryści, technicy ogrodnictwa, kamieniarze, ubezpieczyciele pogrzebowi, pracownicy firm transportujących zwłoki, dekoratorzy trumien, fotografowie specjalizujący się w pogrzebach, krawcy odzieży żałobnej, projektanci trumien, urn i akcesoriów pogrzebowych, twórcy czasopism i organizatorzy targów funeralnych, osoby transmitujące pogrzeby on-line i projektanci stron internetowych poświęconych zmarłym…

Poziom ekonomizacji śmierci potrafi zniesmaczyć. Przy ponurej okoliczności, jaką jest śmierć bliskiej osoby, nie zawsze zastanawiamy się, jaką korzyść odnosi zmarły z tej całej funeralnej rekwizytorni. W praktyce rozsypania prochów nietrudno byłoby więc ujrzeć gest (częściowej przynajmniej) antykapitalistycznej kontestacji. Sama rezygnacja z materialnej otoczki – i z tradycyjnego, droższego pogrzebu – stanowiłaby zaś wyraz zwykłej ludzkiej skromności.

Ekologia i higiena

W swoich nowożytnych europejskich narodzinach kremacja realizowała idee związane z higieną i poszanowaniem środowiska. Po raz pierwszy – na Międzynarodowym Kongresie Higienistów we Florencji w 1869 roku – spalanie zwłok postulowano jako ratunek przed ówczesną epidemią cholery. Czysta, wydajna i ekonomiczna metoda, jaką jest kremacja, ma uniemożliwić gnicie i rozprzestrzenianie się fetoru rozkładającego się ciała.

Utylitarny charakter rozwiązań kremacyjnych łączy się dziś z rosnącą świadomością ekologiczną. Coraz lepiej zdajemy sobie sprawę, że martwe ciała faszerowane są trującymi roztworami balsamującymi. Formaldehyd przedostający się do wód gruntowych nie jest obojętny dla środowiska. By przeciwdziałać zanieczyszczeniom, wsadzamy w ziemię tony zbrojonego betonu. Zanim zostaniemy zalutowani niczym toksyczny odpad w puszce Pandory zwanej trumną, pochłonięte zostaną nowe grunty, a tamtejsza flora zniknie lub poddana zostanie genetycznej estetyzacji. Nawet w swoim pośmiertnym egoizmie ludzkość pozbawia więc życia i zniekształca warunki istnienia innym gatunkom. Marnujemy tysiące metrów sześciennych drewna i stali rocznie. Naruszamy struktury ziemi, sukcesywnie powiększając karmione pestycydami połacie rozrastających się po horyzont cmentarzy.

Zmarli trują żywych?

Z wymienionych powodów wiele osób decyduje się na tzw. katakumby urnowe zamiast grobów rodzinnych. Malejąca liczba miejsc na cmentarzach i wysiłek utrzymania wielu grobów nie pozostają tu bez znaczenia. Rozwiązaniem na szerszą skalę byłby dostęp do cmentarzy krajobrazowych, na których rezygnuje się z nagrobków, a groby oznacza drzewami. Pozostawienie dzikiej roślinności zamienia taki cmentarz w siedlisko ptaków i zwierząt, tworząc zdrowy ekosystem. Zastosowanie biodegradowalnych urn wydaje się kolejnym godnym rozpowszechnienia pomysłem.

Wciąż istnieje jednak problem, o którym nie wspomnieliśmy: spalanie zmarłych truje żyjących! Zanim dojdzie do spopielenia, zwłoki przebywają w piecu krematoryjnym do dwóch godzin. Choć przeciwnicy kremacji wspominają przy tej okazji o mieszaniu krematoryjnych pozostałości i o zaburzeniu odrębności prochów poszczególnych zmarłych, to znacznie większym problemem wydaje się niszczycielskie działanie dymów i gazów cieplarnianych, w tym rtęci, emitowanych przez krematoria do powietrza. Raport Światowej Organizacji Meteorologicznej z końca października br. nie pozostawia złudzeń: stężenie CO2 w atmosferze osiągnęło najwyższy poziom od 800 tys. lat.

Decyzję o rozsypaniu prochów można by więc czytać jako wyraz dojrzałego pogodzenia się z nieuniknionością śmierci

Memento Mori? Memento Vitae!

W fascynującym eseju „Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci” Bernd Heinrich przedstawia inną alternatywę. Zielony pogrzeb. Polega on na pozostawieniu ludzkich zwłok w przeznaczonej do tego, najczęściej leśnej, strefie lub pochowaniu ich tam w szybko rozkładającej się (np. wiklinowej lub tekturowej) trumnie.

To najbardziej ekologiczne ze znanych rozwiązań uwzględnia życie po życiu w praktyce, reinkarnację sensu stricto. Heinrich przekonuje, że natura dała wszystkim gatunkom możliwość życia pozagrobowego bez korzystania z kuglarstw tej czy innej metafizyki. Tylko dumny i przekonany o swojej supremacji człowiek, wierzący w zmartwychwstanie i wspierający się wielowiekową tradycją, blokuje ten cykl życia, przerywając sięgający miliardów lat łańcuch pokarmowy. Jako jedyny gatunek w przyrodzie odmawia jej substancji odżywczych zawartych w jego ciele. Internuje się w grobie, głodząc Ziemię. Śmierć – pozbawiona betonowego wykopku, zalutowanej trumny z metalu i formaldehydu konserwującego sztywniejące w zakładzie pogrzebowym ciało – urządza przecież wielką ucztę dla kruków i sępów, później chrząszczy, a w końcu miliardów bakterii.

Wizja przechodzenia śmierci w życie nie nosi u Heinricha znamion pogardy człowiekiem ani, z drugiej strony, romantycznego myślenia czy popadania w filozoficzne dwoistości. Ugruntowaną w nauce (Heinrich jest emerytowanym profesorem biologii na Uniwersytecie w Vermont) wieczność osiągamy tu i teraz: szybując w przestworzach za sprawą ptasich „grabarzy”, stając się źródłem pokarmu, a tym samym kontynuując wielowiekową duplikację genów i dalszą ewolucję. Padlinożerne zwierzęta i owady uczą Heinricha, że starotestamentowy proch, z którego rzekomo powstaliśmy i w który mielibyśmy się obrócić, to bujdy na resorach. Powstaliśmy z roślin oraz zwierząt i w nie prędzej czy później się przemienimy.

Zielony pogrzeb w Polsce

Na podobne praktyki można natrafić wśród australijskich aborygenów czy północnoamerykańskich Siuksów Lakota, a nawet w Tybecie (w trakcie tzw. podniebnego pogrzebu drapieżne ptactwo czyści ciała zmarłych aż do gołych kości). Pola i lasy do zielonych pochówków wydzielane są np. w USA i w Anglii. Jak zaadaptować ten zwyczaj w Polsce?

Podstawową przyczyną pochówku jest sanitarna konieczność pozbycia się zwłok. Zielony pogrzeb stwarza ryzyko wycieku gazów, płynów ustrojowych i innych produktów rozkładu. Polskie przepisy dążą do zminimalizowania styczności osób postronnych ze zwłokami. W naszym klimacie upowszechnienie zielonych pochówków na masową skalę powodowałoby ryzyko pojawienia się zakażeń u ludzi. Zwłoki stają się pożywką dla biologicznych czynników chorobotwórczych, a same wytwarzają tzw. jady trupie.

Nie oszukujmy się: tabu śmierci i wpisany w naszą kulturę szacunek do ludzkiego ciała sprawiają, że grupa zainteresowanych zielonym pochówkiem jest, i długo będzie, bardzo wąska. Równocześnie przybywa entuzjastów ekologicznego umiarkowania: wegetarian i wegan, freegan, minimalistów i zwolenników idei „zero waste”. Wyostrza się świadomość wpływu człowieka na ekosystem. Może w dyskusji nad metodami pochówku należałoby więc uwzględnić powiązany z tymi ideami, coraz częściej akceptowany społecznie, pragmatyczny stosunek do śmierci?

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Społeczeństwo

Uroki roztaczane przez niektóre zwłoki: stań się łąką, diamentem lub dźwiękiem

Prędzej czy później każdy z nas zastanawia się, co właściwie po sobie pozostawi, a obecnie wybór jest znacznie większy, niż granit lub marmur. Dzięki nauce Wasze szacowne zwłoki mogą stać się ogrodem, doniczką z drzewkiem, a nawet zapisem dźwięku.
Emilia Grim
Emilia Grim
17 września 2017
CZYTAJ WIĘCEJ