Filmowy kod kreskowy – kopia filmu, jego streszczenie czy dzieło sztuki?

Cały film w jednym kadrze
6 minut czytania
473
1
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
9 grudnia 2017
Blade Runner/http://moviebarcode.tumblr.com

Jeśli lubicie plakaty filmowe, a szczególną estymą darzycie te alternatywne, powstające poza komercyjnym obiegiem, kody kreskowe również przypadną wam do gustu! Cóż to za licho, zapytacie. Movie barcode to film w atrakcyjnej wizualnie pigułce.

Przypomnijcie sobie film, który otaczacie kultem, taki dziesięć na dziesięć z serduszkiem. Gdy wasz celuloidowy (lub cyfrowy) ulubieniec zostanie zwężony do jednego kadru, a tworzące go klatki zamienią się w kolorową serię pionowych linii o grubości piksela, wówczas otrzymacie filmową pigułkę: ograniczoną czterema ramami, nieruchomą pochodną mieniących się w trakcie seansu kolorów. Obraz filmowy sensu stricto.

Sporną kwestię, czy kod kreskowy (movie barcode) to kopia filmu, czy raczej jego streszczenie, zostawmy strażnikom praw autorskich i badaczom cyfrowej wizualności. Na chłopski rozum rzeczony wynalazek może kojarzyć się z taśmą filmową „pstrykniętą” zwężającym aparatem fotograficznym. Kod kreskowy, mimo że stanowi bezpośredni produkt informatycznego algorytmu, równocześnie odwzorowuje – niejako „z lotu ptaka” – dzieło sztuki filmowej.

Szaleństwo katalogowania

Przez kilka ostatnich lat do sierpnia zeszłego roku anonimowy użytkownik Tumblr na blogu Moviebarcode regularnie publikował kody kreskowe różnych plików video. Do zgromadzenia imponującej liczby ponad dwóch tysięcy ilustracji wystarczyła darmowa aplikacja Movie BarCode Generator. W kolekcji „zakodowanych” plików wideo najwięcej uwagi poświęcał pełnometrażowym premierom, czarno-białym klasykom kina, jak i wydzielonym z nich scenom i sekwencjom. Trudno sądzić, by za tym szaleństwem katalogowania kryła się głębsza ambicja. Osamotnionemu pod pasiastym kadrem tytułowi do dziś towarzyszy jedynie data premiery filmu. Kod kreskowy mówi więc tutaj sam za siebie – a raczej, niczym obiekt w galerii muzealnej, nieruchomo daje się podziwiać.

Blade Runner (1982)

Ktoś powinien zacząć drukować kody, by miłośnicy sztuki mogli taką galerię urządzić sobie w domu – wieszając kod nad łóżkiem, drukując go na kubku, nosząc na torbie i koszulce. Czyż życie kinofila nie stałoby się z miejsca piękniejsze? Przejdźmy się zatem po wirtualnej galerii i wybierzmy coś dla siebie.

Dramaturgiczny kalejdoskop

Na początek mój ulubieniec. „Mad Max: Na drodze gniewu”, czyli ekstremum kolorystycznego minimalizmu i dramaturgicznej przejrzystości. Prostota fabuły George’a Millera wyraża się w – widocznym na kodzie – duecie żółci i błękitu. Odcienie jasnych brązów wysuszonej apokalipsą gleby rozrzedza jasność nieba w górnych fragmentach kreskowego kadru. Rzadko zdarza się, by żółty stymulował racjonalne myślenie. I rzeczywiście, „Mad Max” to przecież dwuetapowy wyścig na złamanie karku. Jeśli, podobnie jak mi, w trakcie seansu jednego z najlepszych akcyjniaków ostatnich lat skoczyło wam tętno, to patrząc na kod, z rozrzewnieniem i ulgą wspomnicie drugą nocną sekwencję, pozwalającą złapać oddech i tonującą dramaturgię przed szalonym pościgiem w finale.

Mad Max: Fury Road (2015)

W zakodowanym cyklu o Harrym Potterze brązy familijnego kina z pierwszych dwóch części wyraźnie ustępują niepokojącym błękitom w „Więźniu Azkabanu”, które stopniowo zanurzają się w ciemną zieleń, dominującą w końcowych epizodach sagi. Operatorzy kolejnych ekranizacji cyklu zmniejszali liczbę widocznych w kadrze detali, ograniczając postacie do konturów, umieszczając je na styku punktowego światła i mroku. Świadome korzystanie z wizualności jako środka narracji sprawiło, że kod kreskowy jak w pigułce wychwytuje postępującą wraz z kolejnymi przygodami młodych czarodziejów powagę starcia światła z ciemnością. Wewnętrzne wahania tytułowego bohatera, zapowiadana walka dwóch czarodziejskich obozów, osłabienie politycznego porządku i Hogwart przemieniający się w cień samego siebie – wszystko to znajduje odzwierciedlenie w blaknącym brudzie pasków na kodzie kreskowym.

Kody kreskowe okazują się papierkiem lakmusowym dramaturgii także w przypadku większości blockbusterów akcji. „RoboCopa”, „Iron Mana” czy trylogię o Mrocznym Rycerzu Christophera Nolana łączy tendencja stopniowego zmniejszania jasności i temperatury barwnej z mrocznym ekstremum w finale. Takie są wymogi popularnej narratologii… i marketingu. Jeśli prolog wzbudził emocje, które w finale sięgnęły zenitu, to w kolejnych odsłonach wysokobudżetowej serii zenit należy ustawiać jeszcze wyżej.

Pokaż mi swój kolor, a powiem ci, kim jesteś

Odwrotnie niż twórcy filmów akcji i thrillerów, animatorzy od Disneya i Pixara stosują iście kalejdoskopową paletę kolorów. Można zaryzykować stwierdzenie, że kody tych filmów, jeśli powiesić je na ścianie, spełnią terapeutyczną funkcję szkoły pozytywnego myślenia z darmowymi endorfinami w pakiecie. Wysoka saturacja, nieporównywalna z filmami aktorskimi, pobudza widza, podświadomie otulając go emocjonalnym ciepłem eskapistycznej historii. Najzimniejsze dna oceanu w „Gdzie jest Nemo” oświetla więc trawiasta zieleń i lazur tropikalnej zatoki. Przez gęstwiny tytułowej „Księgi dżungli” tajemniczym sposobem przenika jasne niebo i zwiewna zieleń. Z kolei niebieska czystość lasu, w którym dzieje się obfitująca w melancholię „Pocahontas”, zupełnie pochłania inne kolory.

Pocahontas (1995)

Często postrzegane jako kobiece: fiołki, fiolety i fuksje dominują w „Kopciuszku”, „Hotelu Transylwania 2” i „W głowie się nie mieści”. To nie przypadek, te trzy filmy łączy wszak zajmująca pierwszy plan dziewczęca bohaterka. Na tym tle wyróżniają się zimowo-błękitna „Kraina lodu” i brunatno-leśna „Merida Waleczna”, kolorystyką potwierdzające mocny temperament dbających o własną niezależność pierwszoplanowych heroin.

W korespondowaniu palety kolorów z głównym bohaterem wygrywa jednak „Edward Nożycoręki”. Stworzony przez Tima Burtona świat zabarwia się metaliczną szarością ostrzy, jak gdyby odbijał się w nich lub zlał z nimi w jedno. Tytuł poświęconego Prince’owi „Purple Rain” również nie kłamie: kreskowy kod zapełniają wszystkie przykłady fioletu. Ta barwa stanowi symboliczny atrybut władców, a czasem wyznacza granice świata mistyki. Czyż można zgrabniej portretować zmarłą w zeszłym roku ikonę popu? Wyrazisty jest także kod kreskowy „Amelii”. Zanurza się w śmiałych żółciach i zieleniach, jak gdyby nadmiarem słonecznego światła tytułowa bohaterka chciała rozweselić swoich widzów.

Edward Scissorhands (1990)

Brązowe okulary Wesa Andersona

Analiza kodu kreskowego nie musi ograniczać się do korespondencji na linii paski-bohater. A co z harmonią barw danego twórcy? Choć miłośnicy twórczości Wesa Andersona kojarzą ją pewnie z czerwonym dresem z „Genialnego klanu” i różem słodkości z cukierni Mendl’s w „Grand Budapest Hotel”, to zgromadzona na jednym kodzie kreskowym twórczość z lat 1996-2012 dowodzi, że kolorystycznymi synonimami Amerykanina są brąz, pomarańcz i żółć. Dziesiątki odcieni słońca i ziemi przenikają zarówno morskie głębiny penetrowane przez Steve’a Zissou, jak i ośnieżoną Żubrówkę.

Kolory pasków na kodach bywają tyleż zabawnym co zastanawiającym zbiegiem okoliczności. Kod dziejącego się wyłącznie we wnętrzu samochodu „Locke’a” Stevena Knighta przypomina rozmazany asfalt widziany zza szyby pędzącego auta. Barwy opowiadającego o sadystycznej relacji ucznia i nauczyciela „Whiplash” proszą się o porównanie z drewnianą salą koncertową oświetloną zielonym znakiem wyjścia ewakuacyjnego… Widoczna na paskach przewaga pozbawionej słonecznego światła trupiej patyny w „Piratach z Karaibów: Klątwie Czarnej Perły” i zgniłej zieleni jarzeniówek w „Pile” Jamesa Wana również świadczy o wizualnej konsekwencji twórców.

Zakodowana epoka

Spójrzcie na zmiany kolorystyczne w kodzie kreskowym cyklu o Jamesie Bondzie. Niech filmoznawcy zgadują, czy najbarwniejsze fragmenty – te z Timothy Daltonem – wynikają ze specyfiki ówczesnego języka kina, ze stylu operatorów czy raczej z celowego zamysłu reżyserów. Czy wysmakowane, eleganckie niczym orzechowy mebel i srebrne jak Aston Martin kody filmów z Danielem Craigiem swoją kolorystyczną jakość zawdzięczają zmianie Agenta 007 w miłośnika minimalizmu i efektywności?

James Bond – Spectre (2015)

Na uwagę amatorów arthouse’u zasługuje częstotliwość, w jakiej następuje zmiana kolorystyki w kodach. Podzielone nie na paski, a wręcz na jednorodne, widoczne gołym okiem odcinki kody kreskowe „Idy” Pawlikowskiego, „Stalkera” Tarkowskiego czy „Miłości” Hanekego świadczą o wyjątkowej długości ujęć nieruchomej kamery. Tych kilka wymienionych tytułów zasłynęło przecież niespiesznym opowiadaniem, bliską perspektywą i nieruchomym lustrowaniem aktora znajdującego się tuż obok.

Rzadko wykorzystywana przez filmowców możliwość zmiany formatu obrazu w obrębie jednego filmu wyróżnia z kolei kod kreskowy „Mamy”. U Xaviera Dolana dwukrotne wyzwolenie bohatera z ciasnoty kwadratowego kadru wyraża okazjonalna obecność czarnej kaszety na powierzchni kodu.

Rozkminki i zagwozdki

Dłuższa wędrówka po tej wirtualnej galerii rodzi szereg pytań. Czy przynależność gatunkowa filmu, a także szerokość geograficzna i technologia, w jakiej został nakręcony, znajdują odzwierciedlenie w kolorach? Czy kod stanowi świadectwo zmian na osi czasu kina? Zastanawia mnie podobieństwo saturacji i rozpiętości kolorystycznej w tak różnych gatunkowo i tematycznie filmach, powstałych jednak w bardzo krótkim odstępie czasu: „The Rocky Horror Picture Show” (1975), „Suspirii” (1977) i „Gorączce sobotniej nocy” (1977). Kto sądzi, że przesadzam i powątpiewa w informacyjne możliwości kodów kreskowych, niech uważnie porówna – dosłownie znaczone kolorami – wydarzenia z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”.

The Rocky Horror Picture Show (1975)

Kolory na paskach mają swoje osobowości, nieraz dookreślają filmowego bohatera, czasem czytelnie demaskują kinowe konwencje i narracje, kiedy indziej zaś odzwierciedlają emocje wywoływane u publiczności. Kinofile mali i duzi! Niech Sherlock w każdym z was sprawi, że wstawanie z łóżka (nad którym powiesicie swój ulubiony kod kreskowy) już nigdy nie będzie takie samo!

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Wywiad

Jak ożyły obrazy van Gogha? Rozmowa z twórcami filmu „Twój Vincent”

Jak opowiedzieć o genialnym malarzu? Tworząc film, który wygląda jak namalowany przez słynnego postimpresjonistę. O tytanicznej pracy, która stoi za ręcznie malowanymi kadrami, opowiadają twórcy: Dorota Kobiela i Hugh Welchman.
Robert Skowroński
Robert Skowroński
6 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ