Florida Project. Spraw sobie swój własny Disneyland

Recenzja "The Florida Project"
4 minuty czytania
453
1
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
20 grudnia 2017

„Wiesz, dlaczego to moje ulubione drzewo? Bo się przewróciło, ale dalej rośnie”. To nie cytat z dialogów Konfucjusza czy parafraza japońskiego haiku, a słowa psotnej sześciolatki z filmu „The Florida Project”. Kolorowej opowieści o tym, jak dziecięcy optymizm pozwala przekrzyczeć problemy dorosłych.

Młode dziewczę (Brooklynn Prince) klnie jak szewc, a dorosłym, gdy o coś ją proszą, odpala: Nie jesteś moim szefem! Zaraz po tych słowach, z przyjaciółmi u boku i krzykiem na ustach, biegnie penetrować kolejne zarośla i pustostany – chyba w imię dewizy, by znajdować się zawsze tam, gdzie nie powinno jej być.

Magiczny zamek

W filmie Seana Bakera wszyscy bohaterowie są w jakichś niby-miejscach. Rzecz dzieje się na przedmieściach Florydy, przy autostradach nieopodal Disneylandu złośliwie chowającego się tuż za horyzontem. Moonee (bo tak ma na imię nasze pierwszoplanowe wcielenie nadpobudliwości) mieszka z próbującą łączyć koniec z końcem młodą matką w tanim motelu o szumnej nazwie Magic Castle. To jedno z miejsc mijanych w drodze na wczasy, miejsc, do których trafia się tylko przypadkiem, gdzieś między benzynową stacją a osiedlem szeregowców, w których nikt już nie chce mieszkać. W takim właśnie „pomiędzy” Moonee sprawia sobie swój własny Disneyland: krainę, w której można przekrzyczeć problemy dorosłych.

Na filmową Florydę patrzymy tu przez różowe okulary dziecięcego optymizmu. I choć nieraz przebija przez nie odprysk tej czy innej patologii, niedociągnięcie tej czy innej państwowej instytucji, a sami stopniowo nabieramy pewności, że w pewnym momencie z różowych okularów Moonee po prostu wyrośnie, to chcemy patrzeć przez nie jak najdłużej. Sześciolatka przekształca gorzką rzeczywistość wedle uznania, zgodnie z psotnym widzimisię. Dziewczynka cudownie zbywa błędy dorosłych. Wszystko, co zostało przez nich odrzucone – łącznie z samymi ludźmi, wyrzutkami, którym nie ziścił się amerykański sen – nabiera w jej oczach wyjątkowości. Czy mowa o silikonowych piersiach emerytki z sąsiedztwa, czy o najsmaczniejszych lodach świata kupionych z jałmużny, tuż za rogiem. Relację z niezdolną do spłaty czynszu i niezdatną do rodzicielstwa obsceniczną cwaniarą, zwaną matką, Moonee zamienia w wyzwolone od obowiązków partnerskie siostrzeństwo. Kiczowaty motel rzeczywiście staje się spełnieniem jej dziecięcych marzeń – obfitującym w skrytki i pułapki fioletowym zamkiem z cukru. W jej świecie restauracje wyglądają jak gigantyczne potrawy, a sklepy jak kopulaści czarodzieje lub wielkie pomarańcze.

Kolorowy sen

Perypetie i fantazje biedującej Moonee realistycznie odbijają nadmiarową konsumpcję, na którą cierpią Amerykanie. Stają się też echem nadprodukcji filmowych marzeń, które fałszywie definiują tamto społeczeństwo. Razem z niewinną bohaterką chcemy jednak wierzyć, że odbywamy eskapadę po Krainie Czarów.

„Florida Project” (2017)

To kraina skąpana w słońcu i w kolorach. Pozornie pozbawiona zagrożeń. Lecz każdy dorosły skrywa tu drugie oblicze. Tak nam się przynajmniej wydaje. Delikatny dziadek może okazać się podejrzanym miłośnikiem dzieci. Choć matka Moonee ma cwaniactwo wypisane na twarzy, a bunt iskrzy jej z oczu, to równocześnie, z tą paletą tatuaży i nadmiarem makijażu, wydaje się fotogenicznym wcieleniem zepsutej popkultury – jakby uciekła z któregoś filmu Harmony’ego Korine’a. Z kolei obdarzony szatańskim spojrzeniem Willem Dafoe jako menadżer motelu przypomina raczej obitego przez los anioła. Jak gdyby przyszło mu dźwigać na barkach konsekwencje wszystkich ludzkich błędów. Obok galerii pooranych twarzy rodem z Bergmana czy Felliniego mamy wreszcie klan urwisów – młodych aktorów, z których emanuje pamiętna energia rodem z „Bestii z południowych krain”; na zmianę rozbrajających uśmiechem i wzruszających.

Willem Dafoe i Brooklynn Prince w filmie „Florida Project”

Reżyser Sean Baker, pokazując ten pozbawiony nudy raj dzieciństwa, nie popada w sentymentalizm ani nie moralizuje. Na swoich niedoskonałych, zarówno tych małych, jak i dużych bohaterów spogląda jak empatyczny dokumentalista – wyciszony i uważny. Nie wskazuje winnych, nie diagnozuje, ale i nie ucieka od brutalnej rzeczywistości. Pokazuje, jaka jest; choć sam jest realistą, potrafi dostrzec w niej piękno. Scenerie nierzadko stanowią tu subtelne metafory, a przyroda wydaje się lirycznie komentować nieliryczną rzeczywistość. Symetryczna w szerokich planach kamera czasem udaje, jakby prowadził ją Wes Anderson. Zapewne tak wyglądałby tytułowy „Grand Budapest Hotel”, gdyby zwolnić z niego pokojówki i opalić florydzkim słońcem. Wreszcie: tak brzmiałby manifest wolności, gdyby pozwolić wykrzyczeć go kilkuletniej psotnicy.

Film wchodzi do kin 22 grudnia.

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

„Łatwiej zrobić kosmitę niż Margaret Thatcher”. Sekrety charakteryzatorów

Czasem jedna charakteryzacja aktora trwa kilka godzin. Nicole Kidman, która wcieliła się w postać, nękanej myślami samobójczymi, pisarki Wirginii Woolf, otrzymała Oscara. Jak sama przyznała, pomogła jej w tym oszpecająca charakteryzacja. Była zaszokowana, bo nigdy wcześniej nie widziała na ekranie takiego wcielenia samej siebie. Jej reakcja dowodzi jednak, że miała do czynienia z charakteryzatorem doskonałym, czyli takim, po zabiegach którego aktor mdleje przed lustrem.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
22 kwietnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.