Jak zostać aktywistą? „To cecha charakteru” – rozmowa z Cecylią Malik

„Jeśli raz coś się ruszy, już się z tym tematem zostaje”
12 minut czytania
349
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
10 grudnia 2017

Aktywista nigdy nie wygrywa w stu procentach, jego sukces ma czasem gorzki smak, a jeśli raz stanął murem za jakąś sprawą, prawdopodobnie już się od niej nie uwolni.

Bo jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć też B –  zaznacza Cecylia Malik, artystka, działaczka społeczna i ekologiczna, która w imię swoich spraw wspinała się na drzewa, przyczepiała sobie motyle skrzydła, pływała samodzielnie skonstruowaną tratwą po Wiśle i karmiła syna… na wyrębie.

Małgorzata Bożek: Czy aktywista musi być ekstrawertykiem? Czasem takie działania wymagają sporo odwagi.

Cecylia Malik: Są też introwertycy, ale muszą mieć jakichś ekstrawertyków, którzy im pomogą.

Prawie wszystkie Twoje akcje artystyczne mają tło społeczne albo ekologiczne. Łączysz twórczość z aktywizmem. To Twoja strategia na skuteczne działanie?

Każdy dysponuje środkami, które posiada. Naukowiec pracuje naukowo. Równocześnie, kiedy coś go porusza lub dzieje się coś złego, reaguje w ten sposób, że wykorzystuje swoją wiedzę naukową, publikuje teksty, korzysta z tego, do czego ma dostęp.

Cecylia Malik na ul. Emaus, Kraków – Matka Polka na wyrębie (fot. Piotr Dziurdzia)

Jak więc zostać aktywistą? Od czego zacząć?

Generalnie aktywistą się chyba nie zostaje. Może teraz jest taki trend: „chciałbym być aktywistą”. Spotkałam młode osoby, które tak mówiły. Dawniej używało się raczej sformułowania społecznicy. Mój dziadek był społecznikiem. To były osoby, którym nie wystarczało siedzenie w domu, które chciały robić coś dla swojej społeczności lokalnej, dla ludzi wokół siebie. Ale była to bardziej cecha charakteru i osobowości. I tak też jest, moim zdaniem, dzisiaj. Ważne są również środki, jakie się wybiera do swoich działań. Zależą od tego, co się umie i jakim się jest.

Ty jesteś przede wszystkim artystką.

Tak, jestem z wykształcenia artystką, malarką. Poza tym wszyscy w mojej rodzinie są artystami – mój tata i moja mama, rodzeństwo. Od zawsze w domu robiliśmy szopki, studiowaliśmy na ASP, muzykowaliśmy. Dla mnie to była normalna rzecz, nie jakiś wielki wybór, że najłatwiej było mi się dostać do plastyka, a potem na ASP. Na początku głównie malowałam obrazy, ale właściwie już jeden z moich pierwszych projektów po studiach wiązał się z miastem i przygodą. Malowałam fragmenty miasta, okienka piwniczne, różne rzeczy znalezione na chodniku, i pomyślałam, że nie będę tego robiła w pracowni, ze zdjęć, tylko właśnie na ulicy. W sumie przez dwa lata siedziałam na chodniku i malowałam na blejtramach obrazy. To było z jednej strony bardzo trudne, bo trochę się wstydziłam. Ludzie mnie mijali, zagadywali, psy zaczepiały, samochody parkowały tuż obok mnie, ale wtedy zrozumiałam, że to dla mnie bardzo ważne. Liczyły się zwłaszcza spotkania z ludźmi. Z tyłu blejtramów zapisywałam fragmenty rozmów. Szybko zdałam sobie sprawę, że nie jestem artystką, która lubi siedzieć w zaciszu pracowni.

Który projekt był dla Ciebie przełomowy, jeśli chodzi o wejście w skórę aktywistki?

To było „365 drzew”. To te działania bezpośrednio uczyniły ze mnie aktywistkę ekologiczną, choć oczywiście w ogóle nie miałam takich planów. Pewnego dnia wymyśliłam, że zrobię pamiętnik fotograficzny. Postanowiłam każdego dnia wchodzić na inne drzewo i fotografować to. Wrzucałam zdjęcia na swój profil na Facebooku, początkowo w ogóle nie myślałam, że może to być akcja w obronie drzew. Zainspirowała mnie moja ulubiona książka Italo Calvino „Baron drzewołaz”. Ten projekt przyniósł jednak fundamentalne doświadczenia w moim życiu. Zobaczyłam też, jak działają media społecznościowe. W tym momencie aktywizm bardzo mocno opiera się właśnie o nie, mamy darmowy sposób organizowania się i komunikowania ze sobą. Wielu ludzi chciało oglądać moje zdjęcia, więc cały czas przybywało mi nowych obserwatorów i znajomych. Wśród nich byli także krakowscy aktywiści i ekolodzy, zresztą nie tylko krakowscy, bo nawet Adam Wajrak zaczął komentować moje zdjęcia. Wcześniej nie znałam tego środowiska. 25 września 2010 roku weszłam na ostatnie, 365 drzewo. Byłam na okładce Wysokich Obcasów, Trójka dała mi tytuł Kulturysty Roku, zdjęcia zostały opublikowane w formie książki wydanej przez Fundację Bęc Zmiana. Poznałam też przy tej okazji wielu dziennikarzy. Potem był też projekt „ul. Smoleńsk 22/8”, który robiłam razem z siostrą Justyną Koeke. Dotyczył gentryfikacji.

132 Drzewo, Jesion, 03 02 2010, pod Cracovią

Zasłynęłaś też akcją obrony Zakrzówka?

O Zakrzówku dowiedziałam się z Facebooka, od mojego nowego znajomego, jednego z głównych krakowskich ekologów, Mariusza Waszkiewicza. To człowiek, który świetnie orientuje się w przepisach prawnych dotyczących przyrody. Wrzucił informację, że przez Zakrzówek będzie biegła droga i powstanie tam osiedle. I wtedy ja, jak zupełnie zielona osoba z ulicy, pomyślałam sobie: jak to – bloki na Zakrzówku?! Ja się na to nie zgadzam, skandal. To niesamowite, że mamy w Krakowie takie turkusowe czyste jezioro, otoczone skałami z lasem i łąką pełną gniewoszy  modraszków. Pomyślałam, jak zwykła kobieta, że w głowie mi się to nie mieści, to jest moje ulubione miejsce, jakaś absolutna atrakcja Krakowa, i zastanawiałam się, co powiem moim dzieciom, jak kiedyś spytają: „Kurczę, mamo, przecież to za waszego życia zabudowali Zakrzówek. Dlaczego na to pozwoliliście?”. I wtedy poczułam taki power, wstrząs, że przecież ja z Justyną przy pomocy Facebooka tak rozkręciłyśmy ulicę Smoleńsk, zdobyłam tylu znajomych i tyle kontaktów przy okazji „365 drzew”, to był taki znany projekt, a nie inwestowałam w żadną promocję, działałam tylko przez media społecznościowe. Pomyślałam, że możemy przecież rozkręcić jakiś protest dla Zakrzówka, poinformować dziennikarzy, trąbić o tym, że zagrożone jest tak cudowne miejsce. I wtedy zrobiłyśmy coś bardzo mądrego.

Co takiego?

Nie robiłyśmy tego same. Zaczęłam się dowiadywać, kto się Zakrzówkiem już zajmuje od tej strony. Okazało się, że jest grupa ludzi, która nazywa się Zielony Zakrzówek. To byli aktywiści, którzy od pięciu lat zbierali podpisy i angażowali się w wiele działań mających na celu obronę Zakrzówka przed zabudową. Jednak kompletnie stracili nadzieję, uznali, że nie ma już szans, że miasto pozwoli to zabudować. Zostali nawet nazwani ekoterrorystami, pisano, że to jest śmieszne, czego oni chcą, że miasta nie będzie na to stać, żeby przekształcić to w park i że to się w ogóle nie nadaje dla ludzi. Panowała właśnie taka retoryka. W 2010 roku miasto uważało, że inwestor jest osobą świętą, że jedynie on może miasto zbawić. Wtedy założyłyśmy na Facebooku Modraszek Kolektyw. Nie tworzyłyśmy specjalnie nowej organizacji.

Pani Helena i Bartolomeo Koczenasz (fot. Mieszko Stanisławski)

To, że nie formalizujesz swoich działań ułatwia Ci osiąganie celu?

Tak. Nigdy przy żadnych akcjach nie tworzę nowych organizacji. Tylko przyłączam się do istniejących i wspieram je artystycznie oraz medialnie. Tak naprawdę korzystam z potencjału sztuki, swoich kompetencji artystycznych. Piękne zdjęcie czy happening pozwalają wykreować pewien obraz, który może być bardzo nośny, ale on ma siłę, jeśli jest poparty pismami prawnymi i wiedzą merytoryczną. Dlatego to jest świetne, jeśli można połączyć siły. Przy Zakrzówku takie kompetencje miał Mariusz Waszkiewicz, ale nie mógł się z nimi przebić, podobnie jak ludzie z Zielonego Zakrzówka, którzy wiedzieli o nim wszystko. Wtedy ja z moją siostrą stwierdziłyśmy, że zrobimy protest w porozumieniu z nimi. Zaprosiłyśmy naszych przyjaciół i znajomych, potem się do tego dołączyły grupy z miasta, np. rowerzyści i inne grupy aktywistów. Protest był gigantyczny i niezwykły – tłum ludzi przebrany za motyle. Od tego czasu zmieniła się polityka wobec Zakrzówka, choć to był długi proces.

Zwykle jesteś też apolityczna.

Nie angażuje się politycznie w działania konkretnych partii, bo to zaszkodziłoby akcjom. Bardzo wiele osób wtedy nie wzięłoby w nich udziału. Obrońcami Zakrzówka mogą być przecież i katoliccy konserwatyści i lewicowcy. Stają są sojusznikami w sprawie, bo bronią razem czegoś, na czym wspólnie im zależy. Ja, jak już mówiłam, zakładałam kolektywy, z którymi różne osoby mogą się identyfikować, ale nie tworzę organizacji, bo organizacja specjalizuje się i zajmuje raczej już jednym, ściśle określonym tematem. Tego rodzaju kolektyw działa natomiast jak nieformalna agencja PR dla konkretnej sprawy. To też są inne kompetencje niż przy sformalizowanych działaniach, bo mnie zależy również na tej stronie artystycznej. Mam takie doświadczenie, że jak się już coś ruszy, nawet jeśli spontanicznie podejmuje się co do tego decyzję, potem bardzo często jest tak, że już się z tym tematem zostaje. Jak się jest uczciwym, to tak jest. I tak został mi ten Zakrzówek. Minęło siedem lat, a my cały czas musimy o coś tam się kłócić i walczyć, przypominać, więc wciąż jesteśmy z tą sprawą. Tak samo było z drzewami  i „6 Rzekami”. Przy rzekach z przyjaciółką Małgorzatą Nieciecką zainicjowałyśmy Wodną Masę Krytyczną, która stała się krakowską tradycją i odbyła się już po raz szósty. Teraz, po sześciu latach, obie jesteśmy mamami i razem z dziećmi zrobiłyśmy też z TVP Kultura program telewizyjny o Wiśle, nosi tytuł „Vistuliada”. Zwykle zaczynało się więc przypadkowo, ale te tematy są mi teraz bardzo drogie i bliskie, zostałam z nimi. Tak się zrodził mój aktywizm. Nie planowałam go. Ale jak się powie A, to trzeba powiedzieć też B.

Często chodzisz na akcje i protesty z dziećmi. Myślisz, że to sprawi, że one też będą podejmować podobne inicjatywy?

Mam nadzieję, że tak będzie. To jest dla mnie naturalne, że wiele razy były ze mną w takich sytuacjach. Pamiętam, że na „Warkocze Białki” (protest przeciwko regulacji rzeki Białki) starszy syn Antek już nie chciał ze mną chodzić, ale córka Urszulka siedziała ze mną i plotła te warkocze. Zresztą inspiracją do tego projektu były jej własne warkocze. Plotłam je jej codziennie do szkoły i wplatałam w nie wstążki, takim cygańskim sposobem. Codziennie to robiłam. I wtedy wymyśliłam tę akcję. Uplotłyśmy podczas niej sześć kilometrów warkoczy, ciężarówka mogła to wieść! Inicjatywa była realizowana w wielu miastach. Urszulka już wyrosła z warkoczyków. Ale projekty zawsze łączyły się z moim osobistym życiem.

„Chciwość”, protest (fot. Staszek Rozpędzik)

Tak było też z „Matkami Polkami na wyrębie”?

W przypadku tzw. lex Szyszko było tak, że urodziłam Ignacego we wrześniu zeszłego roku, pół roku dochodziłam do siebie, chociaż chodziłam też czasem z nim na jakieś protesty, jak trzeba było, ale nie robiłam swoich rzeczy. Dopiero zimą pojechałam na jakiś festiwal filmowy i wracając z niego, zobaczyłam, że faktycznie cała Polska jest pełna wyrębów. To zalewało też Facebooka i cały internet. Pomyślałam, że to jakaś klamra, że zaczęłam swój aktywizm od „365 drzew”, to były takie radosne zdjęcia – ja w kolorowych ciuchach, na drzewach – i widziałam, że połowy tych drzew, na które wchodziłam, już nie ma. Nie tylko z powodu lex Szyszko, bo wcześniej też oczywiście wycinano masę drzew, tyle że teraz przybrało to jakieś katastrofalne rozmiary. Docierały także do mnie z całej Polski głosy ekologów, aktywistów, o tej straszliwej ustawie, która pozwoli ludziom na prywatnych terenach bez żadnych zgód wycinać drzewa. Od jakiegoś czasu miałam w głowie, że trzeba coś zrobić, ale czułam, że kompletnie nie mam jak tego zrobić z Ignacym pod pachą. No i to było tak, że nawet marzyłam o zrobieniu wielkiego protestu w Warszawie, obdzwaniałam już różne organizacje ekologiczne, żeby każdy coś zrobił, żeby znaleźć jakiś pomysł. Ale czułam, że nie ma ducha, że ludzie są już zmęczeni ciągłymi manifestacjami. Sama też pomyślałam, że zorganizowanie czegoś takiego dla przyrody będzie bardzo trudne. I wtedy spotkałam się z przyjacielem, artystą. Powiedział mi: „Cecylia, nie bądź politykiem, nie bądź aktywistką, bądź sobą, czyli artystką. Kiedy wchodziłaś na drzewa, tylko tym mnie przekonałaś, że powiedziałaś, że to będzie piękne”. Tak bardzo zaczęłam wchodzić w ten aktywizm, że zapomniałam o tym, co stanowi moją siłę.

I zrobiłaś pierwsze zdjęcie.

Pomyślałam, że po prostu muszę jechać na wyrąb. Rano zabrałam się Piotrkiem, moim mężem, który jechał do pracy. Wcześniej sprawdziłam, gdzie jest jakiś wyrąb po drodze i zrobiliśmy zdjęcie, jak karmię Ignacego. Było kilka zdjęć próbnych, szukałam formy, chciałam stworzyć mocny obrazek. Potem wrzuciłam to zdjęcie na Facebooka. Robiłam na nim to, co wtedy przez większość swojego czasu, karmiłam swojego syna. Szybko fotografia miała jakieś 400 udostępnień i tego samego dnia napisały do mnie gazety. Pytały, co to za akcja – matka na wyciętych pniach. Wtedy zrozumiałam, że to jest to. Wyrąb zyskał bohatera, i to w dodatku mamę z dzieckiem, czyli coś w rodzaju naszej przyszłości – to dziecko w mieście smogu, w którym nie da się oddychać, na potwornie smutnym tle. Dołączyły do mnie moje koleżanki. Akcja szybko rozszerzyła się na całą Polskę. Nasze wspólne zdjęcie Matek Polek na wyrębie stało się ilustracją lex Szyszko. Opublikował je Guardian czy Corriere della Sera. Pojechałyśmy z nim nawet do papieża, wręczając mu przy okazji raporty Greenpeace i Krakowskiego Alarmu Smogowego.

Cecylia Malik ul. Malborska Kraków – Matka Polka na wyrębie (fot. Piotr Dziurdzia)

Twój indywidualny artystyczny projekt przerodził się w większy ruch. Co robić, żeby zostać usłyszanym, żeby być skutecznym?

Przede wszystkim łączyć siły, tworzyć kolektywy, koalicje. Jeżeli chcemy być skuteczni, musimy szukać sojuszy wszędzie, czyli uderzamy do kółka gospodyń wiejskich, rady dzielnicy, przyjaciół podwórka, klubu seniorów, śpiewających maluchów, ktokolwiek jest w okolicy. Trzeba poszukać ludzi, którzy zorganizują się dla sprawy. No i trzeba zrobić akcję. Bo można też zajmować się pracą legislacyjną, czyli tworzyć różnego rodzaju petycje, zbierać podpisy, szukać jakichś kruczków prawnych, które mogą wpłynąć na dane zagadnienie, to jest bardzo ważne, ale często niestety ignorowane przez władze, nawet jeśli całkowicie słuszne. Zazwyczaj nie ignorują natomiast spraw, które stają się głośne, medialne, choćby lokalnie. Trzeba zrobić cokolwiek, nawet piknik czy wieczór taneczny dla jakiejś sprawy, ale niech to będzie coś, na co można zaprosić dziennikarzy, zainteresować ich. Działając w grupie, zyskuje się też większą wiarygodność i ma się dużo większą energię. Kiedy jedna osoba słabnie, druga ma siłę i ciągnie coś dalej. Ważne jest też szukanie ekspertów, ludzi którzy mogą formalnie mocno pomóc.

I najlepiej działać na swoim podwórku?

Mam takie doświadczenie, że przy ogólnopolskiej polityce jesteśmy trochę bezradni. Bo to są wielkie interesy polityczne i nie tylko. Jako zwykli obywatele jesteśmy dość bezradni. Co mogliśmy zrobić z takim Szyszko? Mogliśmy jedynie pokazać, że ludzie nie godzą się na jego działania. Przy sądach było tysiące ludzi na ulicach i też niewiele to dało. To niestety pesymistyczne stwierdzenie. Ale na polu lokalnym można naprawdę bardzo wiele, w perspektywie miasta, wsi, miejscowości, jeżeli ludzie się zorganizują, na czymś im zależy, to każda sprawa jest wygrana. Wszystko zależy od zaangażowania.

A jak wciągać innych w takie działania?

Trzeba ich po prostu przekonać (śmiech). Zawsze znajdą się osoby, które będą mieć podobne zdanie do twojego. Trzeba ich po prostu poszukać. Sami jesteśmy często bezradni. Ale jak się już zbierzemy choćby w trójkę, każdy ma iluś tam znajomych, to zaczyna być takich osób coraz więcej.

Co jednak kiedy czegoś nie udaje się osiągnąć? Kiedy trzeba odpuścić?

Stuprocentowo nigdy się nie wygrywa. To jest trochę taka szarpanina. W przypadku Zakrzówka np. cały czas się coś nie udaje. Raz jesteśmy dwa kroki do tyłu, zaraz krok do przodu. Wszystko jest odrobinę gorzkie, bo wygrywasz, ale czujesz, że i tak cię wykorzystują do swoich interesów. Mimo wszystko, następuje jakaś zmiana, coś zawsze wygrywasz. Bo każda taka akcja jest totalną edukacją obywatelską, trafia do świadomości ludzi. Bez aktywistów nic byśmy nie wiedzieli o temacie, np. tym, że mamy tak zanieczyszczone powietrze w Polsce. Teraz wszyscy o tym wiemy, każdy polityk wrzuca to do swojego programu wyborczego. Mamy jakąkolwiek możliwość na zmianę, właśnie dlatego, że o tym wiemy. Bo społecznicy zaczęli o tym krzyczeć, mówić, robić „halo”. Zrodziła się wielka kampania edukacyjna. Przy rzekach niestety nie ma jeszcze takiej świadomości, w przypadku powietrza już jest.

Marta Sala i Cecylia Malik, performans Cud na Zakrzówku (fot. Piotr Dziurdzia)

Czyli połowa sukcesu to przebić się do świadomości ludzi.

Tak. Śmiejemy się czasem z przyjaciółmi, jak oglądamy nasze akcje, np. „Warkocze Białki”, gdzie wywiązała się cudowna awantura. Bo z jednej strony piękne warkocze, muzyka, artystyczne tło, a z drugiej górale, którzy na nas wrzeszczeli. Częstowaliśmy ich kiełbasą. Był z nami prof. Roman Żurek z Polskiej Akademii Nauk, bardzo znany hydrobiolog, rozmawiał z góralami, tłumaczył im nasze racje. To była po prostu taka żywa agora. Każda z tych akcji jest protestem, ale to chyba nie jest najważniejsze. Ważne jest, że jest właśnie taką agorą, spotkaniem, jak na greckim placu, gdzie zbierali się obywatele i żywo dyskutowali. Nie przez telewizję, nie przez media, ale przez najprostszy, bezpośredni kontakt. I wtedy babcia z Krakowa może porozmawiać z profesorem, architektem, ekologiem, bo wszyscy tam przyszli, żeby zająć się daną sprawą. Spotkanie tych wszystkich stron jest ważne, stron, które kłócą się, dyskutują, dowiadują nowych, zupełnie nieznanych wcześniej rzeczy. Ja też się przy takich okazjach wiele dowiaduję. To, że zaczynamy o wielu sprawach inaczej myśleć, wypracowują właśnie aktywiści. A każda rzecz zaczyna się od tego, jak się myśli.

Wszystkie moje akcje były możliwe dzięki mojej rodzinie, przyjaciołom i to jest sekret mojej siły. Zaczęłam aktywizm razem z siostrą Justyną Koeke. Teraz we wszystkich akcjach pomaga mi, razem ze mną je finansuje i robi mój mąż, Piotrek Dziurdzia. Obecnie działam w trzech kolektywach. Najwięcej akcji  i działań zrobiliśmy jako NIEDZIELNI. Do Niedzielnych należy właśnie mój mąż oraz Bartolomeo Koczenasz i Jakub Wesołowski. Mamy Kolektyw WODNA MASA KRYTYCZNA – to są Niedzielni i jeszcze Gocha Nieciecka – Mac i  Martyna Niedośpiał. Natomiast jeśli chodzi o MATKI POLKI NA WYRĘBIE, grupa założycielska to Anna Grajewska, Agnieszka Miłogrodzka, Agata Bargiel i Daria Gosek. Zawsze mogę też liczyć na nocne malowanie transparentów z mamą Anną Malik i siostrą Rozalią Malik.

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Polak pomaga nie tylko od święta. Co sprawia, że otwieramy serca i portfele?

Okres przedświąteczny to gorący sezon dla akcji charytatywnych. Czy Święta faktycznie uruchamiają w nas większe niż zazwyczaj pokłady empatii? Jak na co dzień i komu najchętniej pomagają Polacy?
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
9 grudnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ