Koniec limitu składek na ZUS. Sprawiedliwe rozwiązanie czy wręcz przeciwnie?

Kto straci na tej planowanej zmianie?
6 minut czytania
1094
0
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
3 grudnia 2017

Sejm uchwalił ustawę znoszącą próg, powyżej którego najlepiej zarabiający Polacy nie muszą płacić składek na ubezpieczenia emerytalne oraz rentowe. Autorzy projektu rządowego zakładają, że w rezultacie do budżetu sektora finansów publicznych trafi blisko 5,4 mld zł. Ale nie wszyscy się cieszą z tego powodu.

Obowiązujące przepisy mówią, że roczna podstawa wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe w danym roku kalendarzowym nie może przekroczyć sumy równej 30-krotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce w danym roku. O jakiej kwocie mowa? W 2017 roku jest to 127 tysięcy 890 zł. Są to przyjemne okoliczności natury dla zarabiających dobrze (i lepiej), ponieważ odprowadzają oni mniejsze składki i mogą więcej wpłacić na konto tudzież schować w skarpecie, wedle preferencji. Mówiąc najprościej wygląda to tak, że jeśli ktoś zarabia na tyle dużo, że przekracza ten próg na przykład w lipcu, to od tegoż lipca nie musi, a nawet nie może, już płacić składek.

Żeby bogacze mieli więcej na kawior?

Przepis ten narodził się dawno temu w odległym 1999 roku, wraz z wejściem w życie reformy emerytalnej (tak, to właśnie wtedy wprowadzono też OFE). Wbrew pozorom logika nie była wcale taka, by “bogacze” mieli jeszcze więcej pieniędzy na kawior. Celem było zachęcenie dobrze zarabiających do oszczędności, a zarazem ograniczenie wysokości ich świadczeń w przyszłości.

Wpłacając całość składki najbardziej zamożni Polacy mogliby w teorii (w teorii, bo spodziewam się, że ZUS raczej długo nie pociągnie, więc emerytura, moja i Wasza, jawi mi się jako naiwna mrzonka) liczyć na bardzo wysokie emerytury czy renty. Nie dość, że prowadziłoby to do znacznych dysproporcji w wysokości wypłacanych świadczeń, to jeszcze takie wypłaty stanowiłyby poważne obciążenie dla starego, dobrego FUS. Tymczasem jednak system zbudowany niemal 20 lat temu jest stopniowo rozbierany.

Czemu dobrze zarabiający mają płacić mniej na wspólne dobro, skoro ich na to stać?

Kto zyska, kto straci?

Zniesienie górnego limitu składek dotyczy około dwóch procent płatników, czyli 350 tys. osób. Są to pracownicy etatowi, którzy zarabiają ponad 10 600 złotych brutto miesięcznie. Projektowana zmiana dotknie przede wszystkim przedsiębiorstwa i pracowników w takich sektorach jak nowe technologie, IT czy nowoczesne usługi. Skutki odczują firmy średnie i duże, start-upy, centra usług, a także ośrodki badawcze. Nowelizacja nie ominie służb mundurowych, urzędników państwowych i zatrudnionych w sektorze publicznym. W dużym uproszczeniu zniesienie limitu oznacza dla tych wszystkich ludzi nic innego jak większe składki na ubezpieczenia społeczne i do tego mniejsze wynagrodzenia netto.

Zwolennicy zapowiadanych zmian wskazują na oburzające dysproporcje w wysokości płacy, jakie obowiązują na polskim rynku pracy. Sygnalizują, że w złagodzeniu tych różnic nie pomaga limit traktujący ulgowo osoby zamożniejsze szczególnie, że powodzi im się lepiej, po części dzięki możliwościom stworzonym przez państwo i społeczeństwo.

Pada pytanie o to, czemu dobrze zarabiający mają płacić mniej na wspólne dobro, skoro ich na to stać? Biednemu to zawsze wiatr w oczy, a bogatemu to się i byk ocieli, odpowiedzą niektórzy. Jednym z argumentów za wprowadzeniem nowych przepisów jest więc dążenie do sprawiedliwości (w zależności od poglądów warto się spierać, czy jest to sprawiedliwość czy niekoniecznie), czyli partycypowania w opłatach proporcjonalnie do zarobków. Autorzy projektu zwracają również uwagę na fakt, że próg ograniczenia maksymalnej rocznej podstawy wymiaru składek nie obowiązuje w innych ubezpieczeniach: chorobowym, wypadkowym oraz zdrowotnym. Fundamentalnym celem rządowej propozycji jest wprowadzenie jednolitych mechanizmów i reguł obowiązujących w ramach całego systemu.

Przeciwnicy projektu przytaczają w tym momencie kontrargument, pod postacią podatku dochodowego progresywnego, który wcale nie faworyzuje bogatej części społeczeństwa. Polega on na tym, że danina oddawana państwu jest tym wyższa, im większy jest dochód podatnika, liczony narastająco od stycznia. Obowiązują dwie stawki 18 proc. i 32 proc.. Jeśli dochód sięgnie 85 528 zł to do akcji wkracza ta wyższa. Zdaniem niektórych taka sytuacja sprowadza się wręcz do karania osób najbardziej ambitnych i zmotywowanych, które dobrze poradziły sobie na rynku pracy.

Wysoka płaca za ciężką pracę

“Skąd takie dysproporcje w zarobkach? Opowiem na własnym przykładzie. Kiedy byłem w szkole przykładałem się do nauki, podczas gdy wielu moich kolegów wolało spędzać czas pijąc piwo na podwórku. Teraz są w grupie, która domaga się sprawiedliwości pod postacią zniesienia limitu. Powinienem teraz płacić więcej za to że Państwo dało mi możliwość nauki i rozwoju? Oni też mogli z niej skorzystać, tylko im się nie chciało. Teraz zarabiam ponad dziesięć tysięcy miesięcznie. Nie wynika to z jakiejś tajemniczej niesprawiedliwości dziejowej, ale z wielu lat mojej ciężkiej pracy, poświęceń i konsekwentnego dbania o rozwój. Dlaczego mam być karany za to, że mi się chciało? A podatki i tak płacę większe – zarówno w kwocie bezwzględnej jak i procentowej, bo mam to szczęście, nieszczęście wpadać w drugi próg – komentuje Bartosz, Software Development Manager w jednej z brytyjskich firm zlokalizowanych w Warszawie.

Autorzy rządowej koncepcji przypominają, że w Polsce obowiązuje najbardziej regresywny system podatkowy w Europie, a ich celem jest jego normalizacja. „Pracownicy zarabiający 25 tys. zł miesięcznie są obciążeni niższym klinem podatkowym niż osoby zarabiające średnią krajową” – zauważa minister Morawiecki. Dodatkowo za zniesieniem limitu w wysokości podstawy wymiaru składek przemawia zdaniem zwolenników fakt, że zniknie potrzeba ciągłego monitorowania wysokości otrzymywanych przychodów przez pracodawcę i pracownika, co powoduje częste pomyłki, szczególnie w tych przypadkach, gdy dana osoba wykonuje kilka rodzajów pracy.

Sprawiedliwość na asapie

Jedną z podstawowych wartości, do których odwołuje się rząd uzasadniając zmiany jest właśnie solidarność wewnątrz społeczeństwa, sprawiedliwość i dbanie o dobro wspólne, rozumiane między innymi jako pomoc tym obywatelom, którzy radzą sobie gorzej. Przede wszystkim jednak ma chodzić o zrównanie sytuacji pracowników. Obecnie ci z niskimi wynagrodzeniami (98% wszystkich) odprowadzają składki od całości przychodów, a pracownicy z bardziej okazałymi wypłatami (2%) tylko od ich części. Przez to otrzymują oni proporcjonalnie wyższe wynagrodzenie netto.

Ustawa jest jednak dość mocno krytykowana za szybkie tempo prac nad jej treścią. Partnerzy społeczni należący do Rady Dialogu Społecznego jak na przykład NSZZ Solidarność, Konfederacja Lewiatan, BCC czy Pracodawcy RP, otrzymali projekt 26 października. Jednym z zarzutów wobec działań rządu jest podejrzenie, że wcale nie chodzi o sprawiedliwość, a bardziej o zwiększenie wpływów do ZUS i załatanie dziury po obniżeniu wieku emerytalnego.

Czy podniesienie składek może spowodować, że duże firmy zrezygnują ze swoich planów w Polsce?

Jednocześnie autorzy projektu zachęcają do pomysłu kusząc wyższą emeryturą dla pracowników, których dotyczy zmiana. Ten skutek jest jednak dla większości z nich mało przekonujący, bo osoby zarabiające przynajmniej dwu i pół krotność średniego wynagrodzenia, już na obecnych zasadach mogą liczyć na spokojną jesień życia. Co więcej szacuje się, że o ile projekt zmniejszy obecnie deficyt FUS, to w przyszłości przyczyni się do jego powiększenia. Obiecywane wyższe świadczenia dla bogatszej części społeczeństwa nie są więc wcale takie pewne. Zakładając jednak, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, a ZUS nie pogrąży się w nicości, to pogłębi się dysproporcja dochodów i wydatków funduszu. Odnosząc się jeszcze raz do poczucia sprawiedliwości i oczekiwań względem zamożnych obywateli (że się podzielą z tymi biedniejszymi), rodzi się obawa, że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat osoby dostające niskie świadczenia będą się domagać wyrównania poziomu emerytur. I co wtedy?

Pojawiają się również głosy, na przykład partii Kukiz’15, że zniesienie progu to kolejna forma podniesienia podatków, która skłoni wysoko wykwalifikowanych pracowników do szukania zajęcia poza granicami kraju. Zwolennicy nowelizacji odbijają piłeczkę, że exodus takich kadr trwa już od kilku lat, również przy obecnych regulacjach. Pytanie tylko, czy fala emigracji się nie powiększy.

Wstrzymajmy oddech…

Zmiana przepisów  już od 1 stycznia 2018 spowodowałaby nagłe zwiększenie kosztów, do których firmy nie miały szansy się przygotować. Niektórzy, jak na przykład  Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej argumentują, że jeśli ustawa faktycznie weszłaby w życie już za miesiąc ,to pracodawcy mogą zacząć rozwiązywać umowy z wysoko opłacanymi specjalistami. Jednocześnie jednak firmy deklarują, że przynajmniej roczne vacatio legis pozwoli im się przygotować do nowych warunków.

Pojawia się jeszcze kwestia tego jak taka sytuacja może wpłynąć na przeniesienie biznesu do Polski przez zagraniczne firmy. Spekuluje się, że po brexicie część korporacji z Wielkiej Brytanii zainteresuje się naszym rynkiem i przeniesie do Polski swoje siedziby. Głośno wyrażane są obawy, że pojawiające się na horyzoncie wyższe koszty posiadania pracowników, którzy dotychczas korzystali z limitu, mogą nie przypaść do gustu inwestorom. Czy podniesienie składek może spowodować, że duże firmy zrezygnują ze swoich planów w Polsce? Możliwe.

“Wsłuchujemy się w głosy przedsiębiorców, ja też się przychylam do tego, by ustawa, którą zaproponowała pani minister Rafalska, miała zdecydowanie dłuższe vacatio legis. Przedsiębiorcy mają już pozamykane budżety i nie powinni być zaskakiwani.(…) Chcemy, by przedsiębiorcy mieli czas na przystosowanie się, na przemyślenia i dyskusję – zadeklarował minister finansów Mateusz Morawiecki w swojej rozmowie z PAP. Jednocześnie wicepremier wskazuje, że najbardziej naturalnym rozwiązaniem będzie wprowadzenie ustawy od początku 2019 roku. Na tym etapie decyzja w sprawie dalszych losów ustawy należy do Senatu. Najbliższe posiedzenie odbędzie się 5 grudnia.

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Złota Freelancerska Wolność. Jak wygląda przyszłość pracy zdalnej?

Kim są freelancerzy? Skąd się wzięli? Czy bycie freelancerem to wybór, czy może wyrok? Dlaczego jedni marzą, by nimi zostać, a inni zrobią wszystko by wrócić na etat? Jedno jest pewne: jest ich wiele, a będzie jeszcze więcej.
Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
22 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ