„Papież Franciszek bawi się w chowanego z moimi córkami”

Watykan: tu nawet bankomat mówi po łacinie
15 minut czytania
5338
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
24 grudnia 2017
Massimo Parisi/Shutterstock.com

Zawsze kiedy czegoś potrzebuje, może zapukać do drzwi papieża Franciszka, a papież Benedykt XVI przysyła jej smakołyki. Magdalena Wolińska-Riedi to Polka, która ma obywatelstwo Watykanu i jako żona gwardzisty papieskiego mieszka tu na stałe wraz z rodziną.

Edyta Ochmańska: Watykan to jedno z najmniejszych państw świata. Tylko 400 osób ma jego obywatelstwo, w tym 25 kobiet. Pani jest jedną z nich. Jak się pani tu znalazła?

Magdalena Wolińska-Riedi: W 2000 r. jako studentka italianistyki przyjechałam do Rzymu na Światowe Dni Młodzieży. Byłam wolontariuszką. To był wielki jubileusz i spotkanie z papieżem, na które przybyło wtedy do Rzymu 2 miliony młodych ludzi. Byłam tutaj miesiąc, moje zadanie polegało na tym, żeby ułatwiać pielgrzymom poruszanie się po mieście: po jego kluczowych punktach, węzłach komunikacyjnych i w okolicach bazylik. Ostatniego dnia mojej posługi znalazłam się w Watykanie, przy Bramie Spiżowej, i chciałam wejść do środka. Wtedy zatrzymał mnie młody gwardzista. Nie chciał mnie wpuścić, więc zaczęłam z nim dyskutować. To niewiarygodne, że właśnie mija 17 lat, odkąd spotkałam mojego męża, który pełnił służbę na placu Świętego Piotra.

Chyba niełatwo porozmawiać, a co dopiero umówić się z gwardzistą szwajcarskim, który pełni służbę w takim miejscu?   

Nie wiem, jak to się stało, ale chyba musiałam być bardzo przekonująca. Rozmawiałam z nim prawie pół godziny. Miałam przekazać ważny list osobie z najbliższego otoczenia papieża. Do tej sytuacji doszło w środę, gdy odbywała się audiencja generalna. Wiedziałam, że już niedługo wyjeżdżam, więc to była ostatnia okazja.

Mój mąż był pierwszym gwardzistą, którego spotkałam pod samą Bramą Spiżową.Kilkadziesiąt metrów dalej trwała audiencja, a my gawędziliśmy sobie w najlepsze o górach i nartach.

Magdalena Wolińska-Riedi

Ale i tak pani nie wpuścił?

Powiedział, że nie może, ale polecił, żebym przyszła za trzy godziny pod inną bramę. Czekał i tak się zaczęło. Wtedy nie istniały jeszcze portale społecznościowe. Pisywaliśmy do siebie listy. Między innymi ze względu na tę znajomość zdecydowałam się przyjechać na dłużej do Rzymu, na Papieski Uniwersytet Gregoriański. Skorzystałam z wymiany studenckiej. Dzięki temu widywaliśmy się częściej. Zaczęliśmy spędzać razem wakacje i odwiedzać rodziny w Polsce i Szwajcarii. Po trzech latach zdecydowaliśmy, że się pobierzemy.

Gwardzista szwajcarski na początku służby musi być kawalerem. Może się ożenić dopiero po kilku latach.

Teraz te zasady trochę się zmieniają, do niedawna to było minimum pięć lat i co najmniej stopień kaprala. Mój mąż Marcel miał wtedy siedem lat służby. Ale zawarcie małżeństwa to skomplikowane przedsięwzięcie. W Watykanie jest tylko kilkanaście mieszkań dla rodzin gwardzistów, a zatem musi być rotacja: dopiero gdy ktoś odejdzie ze służby, zwalnia się miejsce dla następnej rodziny. Bywa, że czeka się długie lata. Gwardzistów jest 110, a tylko dwanaście rodzin może zamieszkać w świętym miejscu.

Dla wielu gwardzistów ta procedura jest zbyt kłopotliwa i odchodzą ze służby, żeby założyć rodzinę.

Tak. Nam się udało. Nie musieliśmy długo czekać. Marcel zadzwonił w dniu moich urodzin i poinformował, że możemy się pobrać. To było trzy miesiące po tym, jak rozpoczęliśmy starania o zawarcie małżeństwa. Ale to naprawdę duże wyzwanie. Niezbędny jest komplet dokumentów z Polski, przetłumaczony na język łaciński. Potrzebne jest również świadectwo moralności, czyli kwit o nienagannym prowadzeniu się wystawiony przez proboszcza, oraz zaświadczenie o niekaralności z urzędu miasta.

Jakie trzeba spełniać warunki, żeby być żoną gwardzisty?

Żona gwardzisty staje się obywatelką Watykanu, więc musi być praktykującą katoliczką. Nie wystarczy deklaracja, trzeba to potwierdzić dokumentem od biskupa ze swojej diecezji. Zawsze byłam aktywna w Kościele, związana z oazą, więc nie było z tym problemu.

Magdalena Wolińska-Riedi z córkami

Ślubu udzielał wam późniejszy papież Benedykt XVI?

Tak, wtedy kardynał Joseph Ratzinger, który znał dobrze mojego męża. Kiedyś Marcel zaczepił go na dziedzińcu i powiedział, że żeni się z Polką. Ratzinger zawsze miał słabość do Polaków, więc ucieszył się i zapytał: „A kto ci ślubu udziela?”. Mój mąż odpowiedział bez wahania: „No ksiądz kardynał”. Na co duchowny: „Nic o tym nie wiedziałem, ale dobrze, nie ma sprawy”.

Kiedy wychodziłam za mąż, miałam 23 lata i kończyłam właśnie studia w Warszawie. Do ślubu jechałam zabytkowym mercedesem Jana XXIII. To był samochód kolegi z gwardii, który go odkupił od Watykanu. Ceremonię mieliśmy w małym kościółku Świętego Szczepana na terenie Ogrodów Watykańskich. Przed wejściem czekał kardynał Ratzinger wraz z siedmioma księżmi, którzy koncelebrowali mszę. Do ołtarza prowadził mnie tata, oboje byliśmy bardzo stremowani powagą miejsca, sytuacji i obecnością watykańskich hierarchów. Benedykt zawsze był bardzo ciepły, skromny, nieśmiały i trochę wycofany. Do dzisiaj mam z nim kontakt. Zawsze pyta, jak sobie radzimy, co jest miłe. Czasem przysyła nam do domu smakołyki. Może nie wierzy w moje umiejętności kulinarne (śmiech)?

Mieszkacie w służbowym mieszkaniu. Czy urządziła je pani, tak jak chciała?

Wystrój kuchni się nie zmienia, jest finansowany przez Gwardię Szwajcarską. Choć mieszkanie jest wysokie na cztery metry, nie mogłam zrobić na przykład antresoli. Każdą zmianę trzeba ustalać z gubernatorem Watykanu, żeby nie zaburzyć architektury i zasad panujących za murami. Mamy do dyspozycji magazyn mebli papieskich i kardynalskich sprzed setek lat. Korzystałam z niego przy urządzaniu wnętrz. Zachwyciłam się biurkiem Piusa IX, papieża, o którym pisałam pracę magisterską. Prawie do mnie trafiło, potem dowiedziałam się jednak, że nowo wybrany Benedykt XVI ostatecznie wziął je do Castel Gandolfo. U mnie w domu przeplata się nowoczesność z historią. Na ścianach wiszą obrazy  artysty szwajcarskiego, który sam był gwardzistą, a teraz jest wziętym współczesnym malarzem.   

A kto gotuje dla gwardzistów?

Jest specjalna kantyna, w której można wykupić obiady, ale jeżeli ktoś ma rodzinę, to raczej z niej nie korzysta. Dla rodzin gwardii co jakiś czas organizowane są uroczyste kolacje. To jest  bardzo miły czas, kiedy wszyscy są razem. Na co dzień jednak gotuję sama. W końcu mam pod nosem sklep.

Jedyny w Watykanie?

To supermarket przez miejscowych potocznie nazywany „spaccio dell’Annona” – to włoskie wyrażenie nawiązujące do przemytu. Mogą z niego korzystać tylko osoby mające specjalne przepustki (przede wszystkim obywatele, kler i pracownicy Watykanu, których jest tu około pięciu tysięcy).

Podobno ceny są niższe niż w Rzymie? Watykan nie płaci podatków ani akcyzy.

To nieprawda, że jest tu znacznie taniej niż na zewnątrz. Watykan jest nastawiony na bardzo wysoką jakość, siłą rzeczy takie produkty są droższe, np. dżemy, miody czy makarony robione domowym sposobem.

Trafiają tu tylko prestiżowe marki, wśród dostawców ogłaszane są przetargi. Każda firma chce, aby jej produkty znalazły się w takim miejscu. Można kupić owoce morza, doskonałą  wołowinę argentyńską, produkty z farmy papieskiej w Castel Gandolfo, ekologiczne mleko i jajka ze stemplem „fattoria pontificia”.

Ponadto jest apteka, stacja benzynowa, a na terenie dawnej stacji kolejowej znajduje się sklep z towarami RTV, biżuterią, dobrymi kosmetykami i ubraniami luksusowych marek. Po wiele rzeczy wychodzę „za granicę”, do Rzymu. Oswoiłam już to miasto z jego małymi sklepikami, piekarniami i tawernami. Mogę wziąć coś na zeszyt, jak zapomnę portfela.

Boże Narodzenie spędzi pani w Watykanie. Czy pielęgnuje pani polskie świąteczne zwyczaje?

Podtrzymuję tradycję, przygotowując typowo polską wigilię. Kupuję też choinkę, choć we włoskich domach zamiast niej stawia się szopki.

W tym roku przyjeżdżają do mnie rodzice z Warszawy. Muszę być tu na miejscu, ponieważ od kilku lat jestem korespondentką TVP we Włoszech i w Watykanie, co wiąże się z codzienną, często bardzo intensywną pracą. Szczególnie w okresie świątecznym realizuję dużo materiałów. Mam łatwy dostęp do biura prasowego Watykanu i wszelkich potrzebnych informacji.

Polskie siostry zakonne są niezwykle uprzejme i kupują dla mnie świąteczne produkty w polskim sklepie w Rzymie. Właśnie dostałam śledzie, barszcz, kapustę, ogórki itp. Nie będę miała karpia, bo tu o tę rybę niezwykle trudno. Ale będzie dorada. Na co dzień preferuję kuchnię szwajcarsko-włosko-polską, np. moje córki lubią spaghetti z małżami. Ale w święta musi być tradycyjnie.

Wyjątkowa w Watykanie jest też pasterka. Bazylika tonie w gwiazdach betlejemskich, wszyscy śpiewamy po łacinie średniowieczną kolędę i składamy sobie życzenia. Tegoroczna będzie wyjątkowa, bo moje córeczki zostały wybrane, by nieść kwiaty tuż obok Franciszka, w procesji z figurką Nowonarodzonego.

Czy wiecie, kto gotuje dla gwardzistów?

Nie ma przeszkód, by pani rodzice mogli zamieszkać w Watykanie na czas świąt?

Muszą mieć specjalne pozwolenie, dlatego fakt przyjazdu trzeba zgłosić kilka dni wcześniej.

Za mury można zaprosić tylko krewnych?

Można zaprosić znajomych, np. na kolację, ale trzeba ich odprowadzić do wyjścia przed godziną pierwszą w nocy. Potem wszystkie bramy są zamykane. Nikt z zewnątrz nie może zostać na noc. Jest mnóstwo kamer dookoła, w mój dom wycelowane są trzy. Nic się nie ukryje (śmiech).

Rodzina męża ze Szwajcarii też przyjeżdża na święta?

Nie, ponieważ jego mama jest zakrystianką. Pracuje w kościele i to jest dla niej intensywny czas. Rodzina przyjeżdża najczęściej na uroczystą przysięgę nowych rekrutów, która jest raz w roku. Z tej okazji organizuje się zawsze wielką imprezę.

Pani mąż po 22 latach służby odszedł w lipcu na emeryturę.   

Tak. Teraz mieszka w Księstwie Lichtensteinu. To ewenement, że mnie wraz z dziećmi pozwolono zostać w Watykanie. Decydenci wzięli pod uwagę, że ja tu pracuję, a moje córeczki, Maria i Melania, chodzą do szkoły. Trudno byłoby mi tak po prostu wyjechać i zmienić styl życia. Papież Franciszek jest niezwykle wyrozumiały i póki co pozwala mi tu nadal mieszkać (śmiech).

Zna pani papieża Franciszka, zdarza mu się bawić w chowanego z pani córkami. Jakim jest człowiekiem z pani punktu widzenia?

Rzeczywiście mam przywilej postrzegania papieża jako kogoś bliskiego: członka rodziny czy po prostu serdecznego sąsiada. Gdybym czegokolwiek potrzebowała, to mam takie wrażenie, że zawsze mogę zapukać do jego drzwi. Ale nie zdarza się to często, bo trudno zawracać papieżowi głowę. Ma trochę ważniejszych spraw.

To jest trzeci papież, z którym żyję bardzo blisko. To naturalne, że człowiek porównuje. Każdy z nich w jakiś sposób naznaczył moje życie. Jan Paweł II, bo był Polakiem, poza tym doświadczyłam jego cierpienia i śmierci. Benedykt, bo udzielał mi ślubu i do dzisiaj mamy kontakt. Natomiast Franciszek był zaskoczeniem. Nikt się nie spodziewał, że nie zamieszka w pałacu, który został zamknięty, podczas gdy ojciec święty osiedlił się w Domu św. Marty. Dla mieszkańców Watykanu było ważne, że gdy wracało się wieczorem do domu, widać było światło zapalone w oknach i sylwetkę papieża. Na początku nie mogłam przyzwyczaić się do pustki, jaka panowała w Pałacu Apostolskim, buntowałam się. Teraz to wydaje się takie naturalne, że mieszka sam, bez służby, i że je posiłki razem ze wszystkimi, a czasem spaceruje sobie po dziedzińcach. Nigdy nie zgodził się na przeniesienie do rozległych apartamentów papieskich (miałby do dyspozycji 20 pokoi), z których chętnie korzystali jego poprzednicy. Taka postawa często nie jest w smak podwładnym ojca świętego. Większość mieszka po królewsku, w pałacach mających nieraz nawet 500 metrów kwadratowych.

Franciszek jest rewolucjonistą, skupia się na biednych, pomija hierarchów, upomina polityków. Niektórzy katolicy są tym oburzeni, nazywają go nawet heretykiem. Jak na to wszystko zapatruje się Watykan i Rzym? No i jak pani to ocenia?

Franciszek jest niesamowicie spontaniczny i zarazem autentyczny w tym, co robi. Słyszałam opinie, że to taka poza, chęć bycia innym, ale one nie są trafne. Spontaniczność papieża widać, gdy np. zdarza mu się zadzwonić do kogoś, bo ten ktoś napisał do niego wzruszający list i przy okazji podał numer telefonu. Pochodzi z Argentyny, ma przodków o  włoskim rodowodzie. W takim klimacie ukształtowała się jego osobowość i on chce tę kulturę  przeszczepić tutaj, nie zawsze z powodzeniem. Spotyka się z dużym niezrozumieniem w samej kurii rzymskiej i w Watykanie, może jeszcze z większym niż na zewnątrz.

Ma też oponentów wśród hierarchów. Ale to wynika m.in. z faktu, że bardzo wiele spraw chce załatwiać sam, np. własnoręcznie przegląda pocztę, więc jego sekretarze są zatrudnieni trochę pro forma. Nie ma też kamerdynera, mieszka sam. Jest skromny. Nie chce, żeby mu noszono torbę, nie chce sprawiać kłopotu swoją osobą. Kiedyś poprosił mojego męża, żeby go zawiózł do dentysty – tutaj, w Watykanie. Innym razem wybrał się do okulisty, bo oprawki okularów mu się pokrzywiły. Powiedział, że pójdzie sam, bez obstawy. Jechał przez miasto swoim osławionym już fordem focusem i zatrzymywał się na czerwonym świetle. Proszę sobie wyobrazić papieża, który wysiada na placu Hiszpańskim, gdzie są tysiące ludzi. Wszędzie chce poruszać się bez ochrony, a to budzi jej niepokój.

Ma bardziej liberalne podejście do wielu spraw. To dezorientuje ludzi, zwłaszcza konserwatywnych katolików.  

Jest bardzo bezpośredni, przemawia językiem ulicy. Obserwowałam to, gdy towarzyszyłam mu w roli korespondentki podczas podróży do Meksyku i na Kubę. Gdy jest konferencja prasowa na pokładzie samolotu, dziennikarze zadają mu bardzo trudne pytania, zazwyczaj dotyczące słynnych afer watykańskich. Mówi to, co myśli w danej chwili. Potem to zostaje wyrwane z kontekstu i powielone przez media na całym świecie.

Wokół Watykanu od lat utrzymuje się wiele kontrowersji. Dysponuje ogromnym majątkiem, lecz nie sprawuje nad nim kontroli, przez co dochodzi do defraudacji. Czy sądzi pani, że Franciszek będzie w stanie poradzić sobie z korupcją, wewnętrznymi podziałami w Kościele czy problemem pedofilii?

Trudne pytanie. W Watykanie zdarzają się moralnie ułomni ludzie, odnotowuje się przekręty i skandale, ale to zaszłości sprzed dziesiątków lat. Niełatwo to zmienić  jednej osobie, choć Franciszek stara się to czyścić. Odkrywa kolejne fakty, a wtedy otwiera się puszka Pandory i wychodzą na światło dzienne brudne sprawy. To z kolei wzmaga wrogość ludzi, którzy przez lata mieli tu swoje stołki i nagle poczuli się zagrożeni. Franciszek próbował wprowadzać reformy. Zlecił przeprowadzenie audytu, wdrożył mechanizmy kontroli. Miał swojego zaufanego człowieka, kardynała George’a Pella z Australii, którego postawił na czele komisji ds. finansów. Finał jest taki, że postawiono mu bardzo poważne zarzuty pedofilskie i z dnia na dzień został wydalony na drugi koniec świata. Potem watykańska żandarmeria zatrzymała byłą doradczynię papieża, Franceskę Chaouqui, która pomagała papieżowi reformować finanse Watykanu. Aresztowano też hiszpańskiego księdza Angela Vallejo Baldę z Prefektury Spraw Ekonomicznych Stolicy Apostolskiej. Obojgu postawiono zarzuty kradzieży i rozpowszechnienia poufnych dokumentów.

Na pewno Franciszkowi nie jest łatwo, to wszystko uderza w niego, ale musi się z tym mierzyć. W czwartek podczas spotkania bożonarodzeniowego z kurią rzymską powiedział, że przeprowadzić reformy w tym mikroskopijnym państwie jest trudniej niż wyczyścić Sfinksa szczoteczką do zębów. Ma jednak świadomość, że Watykan to specyficzny świat. Tu zawsze będzie miał dużo wrogów: ludzi, którzy knując intrygi, pną się po coraz wyższych szczeblach hierarchii.

Papież Franciszek i Magdalena Wolińska-Riedi

Jakiś czas temu świat żył skandalem z udziałem Paola Gabrielego, kamerdynera papieża Benedykta. Został oskarżony i skazany przez watykański sąd za wynoszenie tajnych dokumentów i listów z apartamentów papieskich. Jak to możliwe, że do tego dopuszczono?

To był dla nas szok, bo wszyscy się znamy. Czuliśmy się nie tyle zgorszeni, ile zawiedzeni. Gabriele cieszył się wielkim zaufaniem papieża, był blisko niego. Wieczorem podawał mu herbatę, a rano czystą bieliznę. A jednocześnie przez lata sukcesywnie kopiował dokumenty i je wynosił. To był głęboko wierzący katolik, oddany papieżowi, traktujący go jak ojca. Tłumaczył się, że jego radykalne działania były celowe i służyły temu, żeby świat zobaczył, co tak naprawdę dzieje się za murami Watykanu. Zdecydował się na nie, ponieważ sądził, że w ten sposób problemy trawiące kurię rzymską zostaną przezwyciężone. Był przekonany, że to jedyny sposób, żeby pomóc papieżowi. Ale tak naprawdę mu zaszkodził.

W ostatnich latach, oprócz wspomnianej afery z kamerdynerem, zwanej Vatileaks, wybuchła też inna, której bohaterem był kardynał Tarcisio Bertone, ekssekretarz stanu Benedykta XVI i Franciszka. Ten duchowny zajmował się pieniędzmi wpłacanymi na fundusz szpitala pediatrycznego Dzieciątka Jezus w Rzymie, którego był protektorem. W ten sposób pozyskał 200 tys. euro na remont swojego luksusowego mieszkania. To wszystko nie jest wyssane z palca, to solidnie udokumentowane nieprawidłowości. Jestem zdania, że nie po to Watykan nosi miano najbardziej zmilitaryzowanego kraju świata, nie po to otacza nas dziewięciometrowy mur i nie po to zatrudnia się 110 gwardzistów oraz 150 żandarmów, żebyśmy mogli pozwolić sobie na utratę kontroli nad sprawami poufnymi, które ma każdy kraj.

Jak nowoczesna kobieta odnajduje się w świecie, który nie zmienia się od wieków i który z założenia jest światem męskim? Nie przytłaczała pani jego restrykcyjność? Kiedy pani do niego wchodziła, miała zaledwie 23 lata.

Na początku, jako młoda  dziewczyna, nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że trzeba wracać przed pierwszą w nocy, bo potem zamykają bramy. I do setek kamer, które mnie obserwują na każdym kroku. W ciągu 15 lat pobytu tutaj kilka razy zdarzyło mi się spóźnić. Jesteśmy pod stałą obserwacją. Gwardziści przy bramie, żandarmi włoscy przy kolejnej bramie, każdy zaułek monitorowany. Widzą, jak wychodzisz i wracasz. Nie można zabalować, bo wszystko widać. Jak w Big Brotherze. Podobnie jest z ubieraniem się: na ulicach Watykanu, tak jak w kościele, nie można nosić krótkich, prowokujących ubrań. Trzeba mieć zakryty dekolt i ramiona. Teraz, po latach, dostrzegam w tym wiele zalet, chociażby to, że czuję się bezpiecznie i nie muszę zamykać drzwi na klucz. Natomiast gdy chcę iść do restauracji lub załatwić inne sprawy, zawsze mogę wyjść za bramę, dwa kroki dalej, do Rzymu.

Gdy ktoś musi być hospitalizowany, też korzysta z rzymskich placówek, bo w Watykanie nie ma szpitala.

Jest tylko przychodnia z najwyższej klasy specjalistami; to są ci sami lekarze, którzy w razie potrzeby leczą papieża. Ale Watykan ma podpisane umowy z kilkoma rzymskimi klinikami, w jednej z nich rodziłam moje córeczki. Oczywiście wszelkie koszty leczenia pokrywa kuria.

Watykan to państwo zupełnie niezależne, na pełnych prawach od  1929 roku. I rzeczywiście dla nas to jest bardzo mocno wyczuwalne: przechodzimy przez bramę i jesteśmy w innych realiach. Raz w miesiącu mamy wspólną kolację, wychodzimy gdzieś do restauracji w Rzymie, plotkujemy. Kilka dziewczyn to moje rówieśnice, mają dzieci w wieku moich córek. Staramy się trzymać razem. Czujemy się wszyscy jedną dużą rodziną. Lubię sobotnie popołudnia i niedziele, kiedy ruch zamiera i zamykają wszystkie instytucje, urzędy oraz sklepy. Absolutny spokój i czystość wręcz szokująca w porównaniu z pobliskim Rzymem.

Córki chodzą do szkoły i wychowują się w środowisku wielokulturowym. Jak się w nim odnajdują?

Maria (8 lat) i Melania (10 lat) chodzą do państwowej szkoły szwajcarskiej; wszystkie dzieci gwardzistów jeżdżą wspólnym busem. Muszę przyznać, że sama często podziwiam, z jak wielką łatwością potrafią odnaleźć się w otaczającej rzeczywistości. Mówią swobodnie po polsku, włosku i niemiecku. W szkole mają język angielski, a babcia ze Szwajcarii zwraca się do nich w swoim rodzimym języku – retoromańskim. Czują się tu swobodnie. Mają oazę zieleni, czyli Ogrody Watykańskie, gdzie mogą bezpiecznie jeździć na wrotkach.

Oczywiście dla moich córek pewne rzeczy, które dla kogoś mogą wydawać się niezwykłe, są normalne, np. to, że papież przechodzi przez dziedziniec, a potem chowa się za kolumnami, żeby się z nimi podroczyć. Wczoraj dyskutowały ze mną na temat wspomnianej już procesji, w której biorą udział. Pytały: „Mamo, a długa będzie ta pasterka, bo nie wiemy, czy wytrzymamy?”.

Czy przez te kilkanaście lat zdarzyła się pani jakaś wpadka, niezręczna sytuacja?

Pamiętam, że kiedyś wjechałam przez bramę na skuterze. Miałam krótkie szorty. Gwardziści mieli potem temat do dyskusji przez tydzień. Drażni mnie tylko, że nasi panowie z ochrony przymykają oko na roznegliżowane kobiety, żony watykańskich pracowników, które mieszkają poza Watykanem, a nas odwiedzają tylko od czasu do czasu, żeby zrobić zakupy. Mówię: „Panowie, to nie w porządku, ja, w przeciwieństwie do nich, muszę chodzić z zakrytymi ramionami i kolanami”. I słyszę: „Ale ty masz być przykładem” (śmiech).

Jaki ma pani widok z okna? Często podgląda pani życie papieża?

Przez wiele lat miałam okno w miejscu, z którego widziałam okna Pałacu Apostolskiego. Gdy umierał nasz papież, wiedzieliśmy, co się dzieje. Dokładnie widziałam jadalnię, kuchnię i łazienkę. W ostatnich dniach życia Jana Pawła II światło w sypialni paliło się cały czas. Instynktownie wiedziałam, że dzieje się coś złego.

Watykan to jedyne miejsce na świecie, w którym powszechnie używa się łaciny.

Nawet watykańskie bankomaty mają łacińską wersję oprogramowania. Jest też sekcja łacińska sekretariatu stanu, działająca wyłącznie w oparciu o język łaciński. Tu tworzy się nowe słowa, przystające do współczesnych czasów. Pracują tu ojcowie franciszkanie i rozmawiają ze sobą wyłącznie po łacinie. To jest niezwykłe, że z jednej  strony czas zatrzymał się tysiąc lat temu, a z drugiej wszystko jest nowoczesne. Papież, będąc w podróży,  wysyła twitta.

Magdalena Wolińska-Riedi

Raczej tradycyjne jest też upodobanie do wina. Watykan może się podobno pochwalić największą liczbą litrów tego trunku przypadających na obywatela.  

Tak jak wszyscy Włosi pijemy wino do obiadu. To jest zupełnie normalne i naturalne. Żyjemy kilka kroków od Rzymu, na co dzień pracują tu Włosi. Lubimy wspólnie biesiadować, dyskutować. To miłe, gdy na dziedzińcu spotykam Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej, który jest odpowiednikiem premiera, a potem idziemy razem spokojnym krokiem i gawędzimy jak z kimś z bliskiej rodziny.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Motorniczy. Dzień z życia pod napięciem

Kiedyś to był zawód pewny i prestiżowy. Teraz to często po prostu robota, którą musisz wykonać najlepiej, jak umiesz i nie zabić przy tym nikogo. Z okazji Dnia Motorniczego przedstawiamy realia tej pracy widziane oczami wrocławskich tramwajarzy.
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
25 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ