Polacy podchodzą do nich jak pies do jeża. Napiwki: oczywistość czy fanaberia?

Dawać czy nie?
13 minut czytania
2869
3
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
14 grudnia 2017

„Burak i cham” – tak niejeden polski kelner myśli o kliencie, który nie zostawił napiwku. Jego amerykański kolega nie jest tak dosadny, ale skuteczniejszy w egzekwowaniu tego, co mu się należy.

Za granicą zostawianie napiwków to, cytując klasyka, oczywista oczywistość, głęboko zakorzeniony zwyczaj, który nie wzbudza większych emocji i nie wywołuje publicznej dyskusji.  W Polsce natomiast za napiwkami nie stoi taka tradycja. – U nas cały czas trwa debata na temat tego zjawiska – mówi Adam Jarczyński, partner w Polskiej Akademii Protokołu i Etykiety oraz autor bloga Dobre Maniery 24. Pewnie dlatego do kwestii napiwków Polacy często podchodzą jak pies do jeża. Nawet jeśli mają poczucie, że należy je zostawiać, nie są pewni, jaka kwota wchodzi w grę i w jaki sposób ją przekazać.

Wręczanie miedziaków to obciach

Kelnerzy, obsługa hotelowa, taksówkarze, parkingowi, kurierzy, fryzjerzy i kosmetyczki – te profesje najbardziej kojarzą się z napiwkiem. – W Polsce przyjmuje się, że powinien on stanowić równowartość 10 proc. wykonanej usługi – wyjaśnia Adam Jarczyński. – Ale na tym gruncie nie da się wyznaczyć sztywnych granic. Zadowolony z usługi klient może wyrazić swoją wdzięczność, zostawiając większą kwotę, według swojego uznania. Natomiast źle świadczy o nas obdarowanie kogoś garścią miedziaków, które obciążają nam portfel. To nietakt. Jeśli mamy zamiar „uszczęśliwić” kogoś takimi drobnymi monetami, lepiej w ogóle zrezygnujmy z napiwku – radzi nasz rozmówca.

Angelika z południa Polski od dwóch lat jest kelnerką w sieci Maxi Pizza. Jak mówi, napiwki najchętniej zostawiają osoby dojrzałe, po trzydziestce. Zazwyczaj są to przedstawiciele klasy średniej, bo tacy najczęściej przychodzą do pizzerii. Najlepiej jest na początku miesiąca, tuż po wypłacie. Wtedy są bardziej skorzy do napiwkowania. Zostawiają złotówkę lub 2 zł, ale najczęściej 5 zł. Zdarzają się też większe kwoty: 10 lub 20 zł. – Klienci rzadko trzymają się zasady mówiącej o 10 proc. – mówi kelnerka. – Do mojej kieszeni trafiają wszystkie napiwki od obsługiwanych przeze mnie osób, bo w lokalu panuje zasada, że każdy zabiera to, co zarobił. Zdarza się, że pracując wyłącznie w weekendy, w ciągu miesiąca wyciągam z napiwków od 600 do 700 zł – przyznaje.

Za granicą zostawianie napiwków to, cytując klasyka, oczywista oczywistość, głęboko zakorzeniony zwyczaj, który nie wzbudza większych emocji i nie wywołuje publicznej dyskusji

Postaw mnie na nogi, a dam ci napiwek

Inaczej jest w sieci kawowej So! Coffee. Ala, która do niedawna pracowała w katowickiej filii sieci, mówi, że napiwki trafiały do wspólnego koszyka, a później każdy kelner dostawał swoją dolę. Jednak gdy była na zmianie sama, miała prawo wziąć wszystkie nadprogramowe pieniądze. Niekiedy klient zostawiał 2 zł, innym razem 8 zł. – Ci najhojniejsi przychodzili, kiedy miałam nocne zmiany. Gdy o 5 rano dostali kawę, która postawiła ich na nogi, byli tak zadowoleni, że zostawiali większe kwoty, mówiąc: „O rany, tak wcześnie, a pani taka sympatyczna i pełna życia”. Równie życzliwi byli amatorzy kawy, którzy wcześniej zdążyli uraczyć się napojami wyskokowymi – opowiada Ala.

Napiwek niejedną ma wersję

W niektórych lokalach, przy barze, są wyeksponowane puszki, do których klient może wrzucać pieniądze dla obsługi. Napiwki można też zostawiać, posługując się kartą płatniczą, bo w wielu restauracjach na terminalu pojawia się pytanie, czy do rachunku doliczyć 10 proc. kwoty, którą zainteresowany musi uiścić. A jak załatwić sprawę napiwku, gdy płacimy gotówką i zależy nam, by trafiła ona do konkretnego pracownika, który poświęcał nam czas i dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków? – Moi klienci najczęściej zostawiają napiwek w tzw. płatniku, do którego wkładamy rachunek i który zanosimy do stolika po zakończonym posiłku. To bardzo dobre rozwiązanie i może właśnie dzięki niemu nie są skrępowani i zachowują się swobodnie – mówi Angelika. Jeśli jednak nie jesteśmy w lokalu gastronomicznym, ale np. we fryzjerskim, który nie dysponuje płatnikiem, rozliczając się z fryzjerem, mówimy: „Dziękuję, proszę zaokrąglić do…” (i podajemy kwotę, którą chcemy dodać do rachunku) lub po prostu: „Dziękuję”. To dla usługodawcy sygnał, że nie domagamy się reszty. – W złym tonie jest natomiast wsuwanie pieniędzy do kieszeni osoby, którą chcemy nagrodzić napiwkiem – podkreśla Adam Jarczyński.

Hojność poduszki

Bardziej skomplikowane zasady napiwkowania obowiązują w hotelach. Obsługa musi mieć je w małym palcu, by nie narazić się na nieprzyjemności i uniknąć nieporozumień. – Gdy gość hotelowy chce podziękować osobom, które codziennie sprzątają jego pokój, może włożyć pieniądze do koperty i napisać na niej: „Dla obsługi hotelowej” – tłumaczy Paulina, która od trzech lat pracuje w pięciogwiazdkowym hotelu w Amsterdamie. – Może też położyć pieniądze na poduszce, bo to dla obsługi sygnał, że są przeznaczone dla niej – dodaje. Jeśli znajdują się w innym miejscu, żaden pracownik hotelu ich nie zabierze, bo są uznawane za własność gościa, nawet jeśli ten już się wyprowadził. Zdarza się też, że przełożeni celowo zostawiają w pokoju większe sumy pieniędzy, żeby sprawdzić, czy nowy pracownik zna te zasady i czy jest uczciwy.

A ile można zarobić na hotelowych napiwkach? – Zwykle personel dostaje 5–10 euro. Zdarza się 20 euro. Mnie samą obdarowano kiedyś kwotą 50 euro – mówi Paulina, dodając, że rekord w jej hotelu pobił gość, który wręczył pokojówce 200 euro. Takie sytuacje to jednak rzadkość. Nawet wśród Amerykanów i Japończyków, uchodzących za najbardziej szczodrych klientów.

W niektórych lokalach, przy barze, są wyeksponowane puszki, do których klient może wrzucać pieniądze dla obsługi

Antydemokratyczność napiwków

Zwyczaj dawania napiwków wywodzi się z Anglii. Tam w XVII w. bogacze, którzy chcieli być w karczmie obsłużeni bezzwłocznie, podrzucali do góry monety, przywołując w ten sposób pracowników wywodzących się z niższych warstw społeczeństwa. Do dziś przeciwnicy napiwków wypominają im feudalne pochodzenie, przypominając, że dzięki nim pan wywdzięczał się chamowi za strawę, rzucając mu pańskim gestem miedziaka. W naszych czasach jednak wręczanie napiwków nie ma nic wspólnego z eksponowaniem różnic społecznych między usługodawcą a usługobiorcą. Zaakceptowali je nawet Amerykanie, którzy początkowo też oburzali się na ich antydemokratyczność. Dzisiaj kelner zza oceanu dostaje „bonus” w wysokości 20–25 proc. wartości wykonanej przez siebie usługi, a jeśli klient zapomina bądź nie ma ochoty go zostawić, niejednokrotnie bez ogródek zadaje pytanie, „czy zrobiłem coś nie tak?”, dając do zrozumienia, że gość popełnia faux pas.

Polscy kelnerzy nie są tak zdeterminowani, choć zdarza się, że w lokalu wystawiają puszkę z napisem w stylu „Zbieramy na wakacje”. Jest to być może rodzaj wymuszenia, ale w wersji miękkiej i sympatycznej. Oczywiście zdarza im się rzucić inwektywą pod adresem nieobytego czy też skąpego klienta, ale dyskretnie, tak, by ten nie poczuł się urażony. W większości jednak są pogodzeni z nie zawsze rozpieszczającą ich rzeczywistością. – Napiwki raz są, a raz ich nie ma – mówi Angelika. – Mam świadomość, że nie wszyscy klienci będą je zostawiać – dodaje, podkreślając, że niektórzy goście pizzerii są skłonni wykłócać się o resztę w wysokości 17 groszy, choć zdarza się, że w kasie nie ma monet o takich nominałach.

Pieniądze osłodzą nietakt

Napiwek może też być sposobem na zatarcie złego wrażenia, jakie niekiedy klient robi na pracownikach lokalu. Angelika obsługiwała kiedyś parę. Kobiecie nie smakowała żadna z potraw proponowanych przez kelnerkę. Ta jednak wykazywała cierpliwość i była uprzejma.  – Przed opuszczeniem lokalu podszedł do mnie zakłopotany mężczyzna, tłumacząc, że żona miała gorszy dzień. Powiedział też, że zostawił dla mnie coś pod leżącą na stoliku tacą. Znalazłam tam 10 zł i karteczkę ze zdaniem: „Bardzo przepraszam, ale była pani cudowna” – wspomina kelnerka.

Adam Jarczyński podkreśla, że kelner zasługuje na napiwek, nawet jeśli gość jest niezadowolony z efektów pracy kuchni. To nie on odpowiada za jakość potraw, natomiast niejednokrotnie – jako pośrednik między klientem a kucharzem –  ratuje sytuację, odwołując się do swego dyplomatycznego talentu i kompetencji komunikacyjnych.

Kilka euro lub klika złotych to przyzwoity napiwek, warto jednak oprzeć się pokusie rzucenia na stół kilku miedziaków

Laurka w sieci zamiast napiwku

A czy usługodawca ma prawo odmówić przyjęcia napiwku? Oczywiście. I nie możemy mieć o to do niego pretensji, bo to żaden nietakt. – Jeśli jednak chcielibyśmy docenić taką osobę za dobrze wykonaną usługę, możemy zamieścić w sieci pochlebną ocenę na jej temat – radzi Adam Jarczyński.

Trzeba podkreślić, że odmowa przyjęcia napiwku zdarza się u nas raczej nieczęsto. Inaczej niż np. w Chinach i Japonii, gdzie napiwkowe transakcje są zjawiskiem nieznanym, a w tym ostatnim kraju mogą wręcz wprawić w konsternację zainteresowanych. Europa jednak jest z nimi za pan brat, przy czym warto pamiętać, że np. we Francji koszt obsługi jest doliczony do rachunku (co nie znaczy, że nie możemy zostawić dodatkowych 10 proc.). Również we Włoszech zapłacimy kilka euro więcej za nakrycie stołu.

Praca z klientem to nie idylla

Jak mówi Adam Jarczyński, napiwek to konwenans, zjawisko uwarunkowane kulturowo. – Czasami możemy być nieprzygotowani na wręczenie napiwku i choć nikomu krzywda się nie stanie, to jednak miejmy to na uwadze, wybierając się kolejny raz do lokalu – tłumaczy.

Niezostawianie napiwków nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami. Najwyżej ktoś nie najlepiej o nas pomyśli. – Zanim zaczęłam pracować w pizzerii, nie dawałam napiwków kelnerom, którzy mnie obsługiwali – mówi Angelika. – Teraz, gdy jestem gościem lokalu, nigdy o tym nie zapominam, bo dotarło do mnie, jak trudna, wymagająca i niekiedy uciążliwa jest praca z klientem.

Angelika studiuje kosmetologię. Cieszy się, że jako kosmetyczka też będzie mogła liczyć na napiwki, o czym przekonała się, gdy odbywała praktykę w gabinecie kosmetycznym: już dostała pierwsze napiwki od upiększających się pań.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa