Przypadek. Opowiadania o ważnych decyzjach

Nic nie dzieje sie przypadkowo?
6 minut czytania
1215
0
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
24 grudnia 2017

Co może się wydarzyć w twoim życiu, gdy mrugniesz, bo po prostu mucha ci do oka wpadła? Albo gdy wybierzesz zły numer, gdy chcesz umówić się na wymianę opon? Przypadki i drobiazgi grają główne role w leciutkich, podszytych absurdalnym humorem opowiadaniach Ani Ciężkowskiej.

— Dzień dobry! Chciałabym się umówić na wymianę opon, z zimowych na letnie.

— Obawiam się, że to zły numer. Do kogo chciała się Pani dodzwonić?

— No… do pana. Jest pan pewien, że to pomyłka?

— Jestem pewien.

— A pan nie może mi tych opon wymienić? Ja niestety nie mam pojęcia jak to zrobić.

Delfina P. się (nie) myli

Zapadła skonsternowana cisza. Zaskoczyło go pytanie i nieoczekiwana prośba o pomoc od nieznajomej. Łącza wibrowały w napięciu. Był raczej typem człowieka ostrożnego. Największym ryzykiem w jego życiu było picie herbaty z cytryną, pomimo pogłosek, że wywołuje ona chorobę Alzheimera.

— Proszę podać adres, przyjadę.

rys. Malwina Bienias

Po zakończonej pracy poczęstowała go kanapką z serem mimolette i bekonem w towarzystwie czarnej jak sam szatan kawy (już wtedy poczuł, że mógłby spędzić z nią życie), a obok nich przebiegła kotka w rui miaucząc wniebogłosy. Kulawy kocur dopadł ją tuż za rogiem, aż się kurzyło. Ich los przypieczętowało zsunięte ramiączko i dwie biedronki kopulujące na masce samochodu. Wierzyła w znaki od losu, a jemu podobało się, że chociaż miała drewnianą nogę, to i tak nosiła na niej podwiązkę. Potem dowiedział się, że jej ojciec był piratem i to po nim odziedziczyła w genach dębowego kikuta, zamiłowanie do szant, jak i słabość do rumu.

— Czy nie zechciałaby pani ze mną chodzić? — zapytał rano, a Delfina P., jak się okazało, zechciała.

Zjedli jajecznicę w łóżku i nakruszyli w nim bułkami, ale mieli to w nosie. Było im dobrze po raz pierwszy od dawna.

Kurtyna. Jakiś akt też się znajdzie

Gdy życie daje ci cytrynę, zmiażdż ją na lemoniadę

Aldona zapomniała tego dnia kluczy od domu i była skazana na chwilową tułaczkę po świecie, w oczekiwaniu na powrót Barnaby. Za godzinę kończył pracę, a przygoda w komunikacji miejskiej nie powinna zająć mu więcej niż 23 minuty, więc sprawa nie wyglądała szczególnie dramatycznie. Przez chwilę kluczyła uliczkami, uwikłanymi w starą przyjaźń z podwórkami i blokami, ale szybko poczuła, że październikowe powietrze wdarło się jej lubieżnie pod płaszcz i oplotło ciało zimnym dreszczem. Obrała kurs na osiedlową kawiarnię.

Na miejscu z lubością zameldowała się w dużym, pluszowym fotelu w klasycznej, angielskiej stylistyce Chesterfield. Widocznie przechylał się w lewą stronę, choć nie powinien. Był bez ogródek krzywy i brakowało mu kilku ozdobnych, mosiężnych ćwieków, a na prawym oparciu miał bezdyskusyjną plamę po kawie z syropem waniliowym, ale i tak jawił jej się, jako najwygodniejszy fotel, w jakim w życiu siedziała (przynajmniej w tym tygodniu). Nigdy wcześniej nie widziała też takiego odcienia zieleni. Mebel wyglądał jak nieślubne dziecko z kazirodczego związku pufy w odcieniu “zieleń wiosenna” z fotelem “stare złoto”, który podczas tapicerowania myślał o podnóżku w kolorze głębokiej zieleni Veronese’a. Zostawiła rzeczy przy stoliku i poszła zamówić coś ciepłego do picia.

— Poproszę herbatę, czarną.

Wymiana uśmiechów, grzecznościowe farfocle. Stanęło na tym, że z cytryną. Szatynka za ladą zainkasowała Aldonowe osiem złotych, po czym wstawiła wodę w czajniku elektrycznym i ulokowała torebkę herbaty w dużym, porcelanowym kubku. Sznurek związała rezolutnie wokół uszka, by przypadkiem nie wpadł do parzącej się herbaty. Pyknięcie czajnika obwieściło temperaturę wrzenia. Barmanka zalała naczynie wrzątkiem, by po chwili wrzucić do kubka pokaźny plaster cytryny. Aldona nie czekała długo. Złapała za butelkę z lemoniadą stojącą na półce obok kasy i walnęła dziewczynę w głowę. Nim barmanka zdążyła odzyskać równowagę powaliła ją na ziemię i zaaplikowała duszenie w połączeniu z dźwignią na kark. Szatynka nie zamierzała się tak łatwo poddać i wylała wrzątek z niedoszłej herbaty na nogi Aldony, za co dostała rekompensatę w formie widelczyka deserowego wbitego w prawe oko.

rys. Malwina Bienias

Pół godziny później policja spisywała zeznanie zdruzgotanej Aldony. Ciało barmanki leżało przykryte czarnym workiem.

– Kiedy zobaczyłam, co zrobiła z cytryną wiedziałam, że muszę działać szybko. To był instynkt. Wie pan, herbata ma w swoim składzie aluminium. Jest ono dla nas nieszkodliwe, bo występuje w postaci trudno przyswajalnej, w niewielkich tylko ilościach przechodzi do naparu, pozostała część kumuluje się w fusach, ale jeśli w czasie zaparzania dodamy sok z cytryny… Żarty się kończą. Powstaje łatwo przyswajalny cytrynian glinu, a ten jest już czort bardzo szkodliwy. Odkłada się w mózgu i może przyczyniać się do rozwoju choroby Alzheimera.

Aldona milknie, zerka kątem oka w stronę zwłok.

— Dziękujemy, może pani iść do domu – uspokoił ją funkcjonariusz – W takim razie, to była obrona ewidentnie konieczna. Nagranie z kamery to potwierdziło. Nie miała pani wyboru. Proszę się nie zadręczać, dobrze pani zrobiła. Serwowanie takiej herbaty to przestępstwo przeciw ludzkości.

Ruszyła do domu. Barnaba już czekał.

Cufał

Trzy minuty

Szedł chodnikiem. Nic nadzwyczajnego, ot, znoszone prześcieradło betonu. Spojrzał przelotnie na zjawiskową dziewczynę (uroda seraficzna, prawdziwa wirtuozeria natury) która, ku jego zdziwieniu, puściła mu oczko. Zdębiał, utknął na długość rzęsy (w przeliczeniu na sekundy) w przyjemnej konfuzji i gapił się na nią jak sroka w gnat. Nie spodziewał się tak pomyślnego obrotu spraw, gdy przekraczał rano granicę łóżko — świat. Postanowił nie zasypiać gruszek w popiele i podszedł do niej prężnym krokiem. Był masywnym tygrysem miękko kroczącym po ściółce lasu tropikalnego, dostojnym lwem pewnie zmierzającym w stronę ofiary, atletycznym Filemonem, zuchwałym samcem alfa po tej stronie ulicy, który wyłania się z wysokiej trawy z wibrującym mrrrau na wąsach, by wziąć w obroty najlepszą kocicę w okolicy. Szkoda, że go nie widzieliście.

— Hej, a co to za puszczanie oczka? — zagadnął z uśmiechem i mrugnął do urodziwej rozmówczyni.

Nie powiedziała mu tamtego dnia, że po prostu wpadła jej mucha do oka.

20 miesięcy, 3 dni, 8 godzin, 2 minuty

Zdecydował, że zacznie się zdrowo odżywiać. Z rozsądku, nie z przekonania. Miał dość historii o toksycznych łososiach, po zbójecku zarzynanych świniach, które lubią przecież drapanie po brzuszku, kurczakach faszerowanych hormonami wzrostu, kurach przerabianych na mączkę i smutnych krowach, dających smutne mleko, które piją coraz smutniejsi ludzie. Sok ze świeżych warzyw, hummus, pieczone zamiast smażonego, dorsz w migdałach, kasza jaglana, komosa ryżowa, chipsy z jarmużu, masło z oleju kokosowego — tego typu rejony doznań kulinarnych stały się jego udziałem. Bywało mu ciężko. Gdy zrobiła burgery z batatów, białej fasoli, pestek słonecznika i dyni, z tahini, doprawione sosem sojowym, natką i kminem, a do tego okraszone kiełkami cebuli i brokułów coś w nim pękło.

rys. Malwina Bienias

— Chciałam cię wspierać w twoim postanowieniu — powiedziała, widząc jego minę. Nałożyła sałatkę na talerz i strategicznie wycofała się w okolice kanapy. Zielenina spłynęła złowieszczo olejem lnianym.

— Nie przypominam sobie, bym postanowił być nieszczęśliwy — mruknął i nienawistnie pochłonął pierwszy kęs sałatki z rukoli, mango, awokado i mozzarelli, z niuansem smakowym w postaci soczystych ziaren granatu. Kiedyś jej przyzna, że mu smakowało.

33 miesiące, 27 dni, 1 godzina, 9 minut

Pojechali na wakacje. Był Rzym. Buongiorno, molte grazie, a do tego zwiedzanie, spaghetti, panna cotta. W programie wieczornym spacer. Zmrok był przyjemnie ciepły, łysy w pełni brylował na nieboskłonie. Weszli na Ponte Milvio, most zakochanych. Nagle uklęknął bez słowa.

— Tak! Tak! Tak! — usłyszał jej radosny okrzyk.

W mig zrozumiał, że właśnie się oświadczył i to skutecznie. Nie miał serca jej powiedzieć, że chciał po prostu zawiązać sznurowadło, szczególnie, że i tak pierścionek już miał kupiony. Czekał w domu na odpowiedni moment, bezpiecznie zakonspirowany w szufladzie ze skarpetkami. Powie jej prawdę, gdy oboje będą starzy i on będzie spał w szlafmycy, a ona w bawełnianych barchanach. Będą mogli się pośmiać nad kawą bezkofeinową i dozwoloną, dzienną racją łakoci: kostką czekolady, co najmniej 70 procent kakao, na głowę.

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Smog [OPOWIADANIA]

Smog to ostatnimi czasy temat budzący wiele emocji i stale obecny zarówno w prasowych doniesieniach, jak i w codziennych rozmowach oraz myślach – niekiedy nawet obsesyjnych. Czy z tych wiszących nad nami brudnych chmur może spłynąć coś dobrego? Ania Ciężkowska udowadnia, że tak.
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
11 grudnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ